Korespondencja z Innsbrucka
Dyskwalifikacja Pawła Wąska w kwalifikacjach była dużym zaskoczeniem, ale to jej powód okazał się jeszcze większą sensacją. Po raz pierwszy zdarzyło się, by zawodnik został ukarany za użycie zakazanego od sezonu 2023/24 fluoru.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
W polskim sztabie zapanowała ogromna konsternacja. — Jesteśmy bardzo zaskoczeni, bo na pewno nie posiadamy takich smarów i mamy zakaz kupowania czegoś takiego. Z tego pomiaru, który został nam przedstawiony, wynika, że musiało być go dużo. To nie są śladowe ilości. Wychodzi na to, jakby ewidentnie było to smarowane fluorem, a przecież tego samego smaru używaliśmy w Garmisch, gdzie przechodziliśmy kontrolę bez żadnego problemu — mówił na gorąco trener Maciej Maciusiak.
— Problemem jest teraz to, że nie wiemy, gdzie został popełniony błąd i czego szukać. W tym wszystkim najbardziej szkoda Pawła, bo nie jest niczemu winny. Cały czas ciężko pracuje nad wszystkim, a tu taka głupia dyskwalifikacja. Nie wiemy, co dalej robić. Chcemy przed zawodami sprawdzać jutro cały team, żeby dowiedzieć się, co jest nie tak — dodawał.
Sam fluor podczas skoku nie pomaga. Został zakazany ze względu na rakotwórczość niektórych związków tego pierwiastka, a także na jego negatywny wpływ na środowisko naturalne. — Nawet jak popatrzymy na prędkości najazdowe, widać, że nic to nie dawało — podkreślił trener polskich skoczków.
Polacy będą współpracować z FIS
Maciusiak zadeklarował ścisłą współpracę z FIS w celu wyjaśnienia tej sprawy. Kontrolerzy otrzymali już nawet smar, którego Polacy używali. Zaskoczenia całą sytuację nie krył szef Pucharu Świata, Sandro Pertile.
— Pomiar został przeprowadzony na górze. Wtedy pojawiła się informacja, że wykryto fluor, więc po skoku Pawła do końca kwalifikacji narty pozostały w budce do wyjaśnienia sytuacji. Jury dopiero przyszło i dyskutowało, co zrobić — przekazał Maciej Maciusiak.
Czy ktoś mógł celowo zabrudzić narty Polaków?
Natychmiast pojawiła się hipoteza, że być może ktoś celowo zanieczyścił narty polskiego skoczka. — Myślę, że nie miałoby gdzie się to stać. Zawodnik wychodzi z szatni i do końca niesie swoje narty. Nawet nie bierzemy pod uwagę takiego rozwiązania — uciął temat Maciusiak.