Niewielki fragment lasu nieopodal Bochni, skrywał tajemnicę przez ponad sześć stuleci. Pod warstwą ziemi, zaledwie trzydzieści centymetrów pod powierzchnią, spoczywało ceramiczne naczynie wypełnione setkami monet z czasów dynastii Jagiellonów — srebrnymi denarami, półgroszami oraz wyjątkowo cennymi złotymi dukatami. To właśnie ten depozyt, szybko został uznany za jedno z najważniejszych odkryć archeologicznych ostatnich lat w regionie. 16 marca zeszłego roku natrafili na niego Marek i Wojciech Budzyn, członkowie Stowarzyszenia Poszukiwaczy STATER. Wojciech jest także założycielem facebookowego kanału Na Tropie Skarbów, którego obserwuje kilkadziesiąt tysięcy użytkowników. To właśnie na nim szczęśliwy poszukiwacz poinformował o swoim odkryciu.
- Jakie monety znaleziono w skarbie?
- Kiedy dokonano odkrycia skarbu?
- Jakie warunki trzeba spełnić, aby legalnie prowadzić poszukiwania?
- Jakie są emocje związane ze znalezieniem skarbu?
Znalezisko od początku wzbudziło ogromne zainteresowanie archeologów i historyków. Eksperci potwierdzili, że w glinianym dzbanku znajdowały się aż 622 monety, starannie ułożone i zabezpieczone, jakby ich właściciel doskonale zdawał sobie sprawę z wartości ukrytego majątku. Skarb najprawdopodobniej należał do osoby żyjącej w XV w. i jest niemym świadkiem burzliwych dziejów regionu.
FB/Na tropie skarbów / KrakówDlaWas
Wojciech Budzyn i jego brat natrafili na skarb Jagiellonów sprzed ponad 600 lat
Jak wygląda moment, w którym zwykłe poszukiwania zamieniają się w spotkanie z historią? Co czuje człowiek, który jako pierwszy od wieków dotyka depozytu ukrytego przez kogoś z czasów Kazimierza Jagiellończyka? O kulisach odkrycia, emocjach towarzyszących znalezisku i odpowiedzialności, jaka spadła na odkrywców po odnalezieniu skarbu, opowiada Wojciech Budzyn — jeden z tych, którzy zapisali się już w historii regionu.
Panie Wojciechu, jak zaczęła się pana przygoda z poszukiwaniem skarbów — co zapoczątkowało pasję?
— Od zawsze lubiłem wiedzieć, „co było w tym miejscu kiedyś”. Przez lata kolekcjonowałem stare zdjęcia mojego miasta — Bochni, próbując porównywać współczesny krajobraz z tym dawnym. Jeśli chodzi bezpośrednio o poszukiwania przedmiotów ukrytych w ziemi za pomocą wykrywacza metali to wszystko zaczęło się od pierwszowojennej łuski z karabinu Mosin, znalezionej na pniu w lesie, gdzie w 1914 r. toczyły się zażarte walki Operacji Limanowsko-Łapanowskiej. Pomyślałem wtedy, że w ziemi pod naszymi stopami musi być tego więcej — a żeby to znaleźć, potrzebny będzie wykrywacz.
Nazwa pana profilu, „Na Tropie Skarbów”, sugeruje, że nie będzie przesady w nazwaniu pana tropicielem. Jak w takim razie wyglądają przygotowania przed wyruszeniem na „łowy”? Na co zwraca pan uwagę, wybierając miejsce do eksploracji?
— Legalne poszukiwania zabytków mogą odbywać się tylko i wyłącznie na gruntach (konkretnych działkach) na jakie detektorysta uzyskał pozwolenie, zarówno od właściciela gruntu, jak i od Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Możemy więc działać dwojako — albo uzyskiwać pozwolenia na duże powierzchniowo obszary (np. lasy Lasów Państwowych) albo starać się o pozwolenia na konkretne pola lub łąki. Zatem często obszar, na którym prowadzone są poszukiwania to kwestia przypadku — po prostu taki jest dostępny w tym momencie i należy go przeszukać. Kiedy obszar jest bardzo duży, (np. las), korzystamy ze starych map, dokumentów i opracowań, żeby wytyczyć przebieg pradawnych dróg i szlaków, oraz położenie nieistniejących już karczm lub całych osad. Zwiększa to prawdopodobieństwo znalezienia ciekawych przedmiotów. Ważne są również legendy i podania, charakterystyczne nazwy miejsc (np. Zamczysko, Skarbowy Las, Trakt Królewski itp.).
Czy każda wyprawa kończy się znalezieniem satysfakcjonujących artefaktów?
— Absolutnie nie, wszystko jest w większym lub mniejszym stopniu kwestią szczęścia i przypadku. Bywa tak, że po kilku godzinach poszukiwań najlepszą „znajdką” wyjętą z ziemi jest stary guzik od spodni. Innym razem każdy kolejny sygnał to moneta — nie ma reguł. Natomiast, jak mówi stara maksyma — „Nie ma miejsc przeszukanych” — więc nie warto się poddawać!
Domyślam się, że często trafiają się fałszywe sygnały — np. metaliczne odpady zamiast monet lub artefaktów. Jeśli miałby pan procentowo określić ilość tego typu fałszywych zdarzeń to ile by ona wyniosła?
— Bardzo ciężko określić procentowo, ponieważ to wszystko „zależy”. W głębokiej puszczy, do której przeciętny niedzielny spacerowicz nie dociera, jest przeważnie mniej śmieci, niż w okolicy leśnego szlabanu lub pola wzdłuż drogi krajowej. Kiedy przeszukujemy z archeologami miejsca takie jak centra miast lub okolice zamków, ilość śmieci potrafi być kosmiczna. Poszukiwania w takich miejscach są często niemożliwe lub bardzo żmudne. Tutaj mój skromny apel — nie wyrzucajmy śmieci w lasach. Niszczy to przyrodę, a nam nie ułatwia pracy.
Poszukiwania z pewnością dostarczają wielu emocji i adrenaliny…
— Myślę, że właściwszym neuroprzekaźnikiem jest tu dopamina (śmiech). Każdy kolejny sygnał może okazać się wygraną. Mechanizm działania prawie jak w przypadku jednorękiego bandyty — dlatego poszukiwania uzależniają i to w całym tego słowa znaczeniu. Poziom adrenaliny też może podskoczyć, zwłaszcza kiedy zaskoczy nas zmierzch pośród ciemnego, głębokiego lasu lub spotkamy stado dzików.
Co robi pan na co dzień? Czy poszukiwanie skarbów może być zajęciem na cały etat i zapewnić utrzymanie?
— Z wykształcenia jestem farmaceutą i pięć lat pracowałem w zawodzie. Obecnie mam swoją firmę, zajmuję się produkcją wideo i wizualizacjami 3D. Oprócz tego prowadzę profil „Na Tropie Skarbów” na Instagramie i Facebooku. Nie zarobiłem na tym ani złotówki, ale podejrzewam, że da się monetyzować poszukiwania i stworzyć z tego biznes przynoszący dochody. Natomiast nie jest to coś dla mnie.
Przechodząc do największego odkrycia dokonanego przez pana i pana brata — spodziewaliście się takiego znaleziska?
— Oczywiście, że nie. Tamtego dnia wytypowałem to miejsce, mając nadzieję, że trafimy na ślady drogi prowadzącej z jednego ze wzgórz w Bochni do centrum miasta. Wcześniej w tej okolicy znajdowaliśmy przedmioty z epoki brązu, z czasów wpływów rzymskich i II Wojny Światowej. Średniowieczny, polski skarb był niemałym zaskoczeniem!
Znalezione przez was srebrne i złote monety z pewnością rozpalają wyobraźnię. Co czuliście, gdy spod warstwy ziemi zaczęło ukazywać się gliniane naczynie a po odkopaniu okazało się, że w środku są pieniądze?
— Na pewno była to radość, zaskoczenie i poczucie zwycięstwa. Znalezienie skarbu to marzenie każdego poszukiwacza. Cała ta historia jest jak z książek przygodowych, tylko złoto i srebro, zamiast w skrzyni, zamknięto w glinianym naczyniu.
O prawdziwej ilości i wartości znalezionych monet dowiedzieliście się z czasem. Jaka była pana reakcja?
— Gdy usłyszałem, że konserwator wydobył z wnętrza naczynia 622 monety, musiałem dopytać, czy na pewno mówimy o tym samym skarbie. Ciężko było mi uwierzyć, że w tym małym ceramicznym flakonie zmieściło się tego aż tyle. Na zdjęciu RTG widać, że monety ułożone były starannie, jedna na drugiej. Na samym dnie znajdowały się te najważniejsze — cztery złote dukaty Zygmunta Luksemburskiego. Kto je tam ukrył? Dlaczego? A może nie ukrył, tylko zgubił? Albo stracił? Być może na któreś z tych pytań uda znaleźć się, chociaż połowiczną odpowiedź — skarb jest obecnie badany i analizowany przez różnych naukowców. Czekamy na wyniki ich pracy.
Czy wiadomo już, jaka wartość ma znaleziony przez was skarb?
— Jeśli chodzi o wartość finansową, to nie wiem, pewnie niemało, ale nieszczególnie mnie to interesuje (śmiech). Dla mnie liczy się to, że jako rodowity Bochnianin mogłem znaleźć ten skarb i oddać go do tutejszego muzeum. Wartość historyczna tego znaleziska jest bardzo duża, jest to pierwszy, duży skarb w postaci monet odkryty w Bochni.
Jak pan wspomniał, w środku glinianego naczynia znajdowało się aż 622 monety z czasów Jagiellonów. Co jeszcze wiadomo o znalezisku?
— Na tle innych depozytów odkrywanych w ostatnich dwudziestu latach, ten skarb wyróżnia się nie tylko swoją wielkością, ale też wyjątkowym zestawem monet. Najbardziej intrygujące okazały się właśnie złote dukaty Zygmunta Luksemburskiego. Były to monety wybijane na wzór włoskiego florena, w królewskiej mennicy w Budzie, ze złota najwyższej próby (0,986), o wadze około 3,5 grama. Na awersie zwykle przedstawiano herb Królestwa Węgier oraz samego monarchę, natomiast na rewersie król klęczy przed ukrzyżowanym Chrystusem. To monety prestiżowe, rzadko spotykane na ziemiach polskich. Nic dziwnego więc, że to właśnie one przyciągnęły największą uwagę badaczy i miłośników historii.
Z pewnością największym odkryciem dokonanym przez pana jest znalezienie glinianego pojemnika z monetami. Ale pewnie są inne znaleziska, które również były dla pana ważne.
— Historia ludzi na terenie obecnej małopolski zaczyna się już w paleolicie. Da się tu znaleźć przedmioty wytworzone ludzką ręką z każdej epoki historycznej. Mnie fascynują najbardziej te odległe, pradawne jak epoka brązu czy nieco młodsze czasy kultury przeworskiej, wędrówki ludów czy wczesnego średniowiecza. Do moich najlepszych znalezisk należą rzymskie denary odnalezione w różnych lasach, fibule z brązu z czasów wpływów rzymskich oraz bransoleta z brązu sprzed 3500 lat.
Wraz z bratem jest pan członkiem Bocheńskiego Stowarzyszenia Poszukiwaczy STATER. W swoich materiałach podkreśla pan, że dba o to, by poszukiwania były legalne i etyczne, bo wymagają one pozwoleń. Zatem jakie warunki trzeba spełnić, by móc zgodnie z prawem eksplorować tereny?
— Żeby móc legalnie szukać przedmiotów zabytkowych w ziemi z użyciem wykrywacza metali konieczne jest posiadanie zgody właściciela gruntu na prowadzenie poszukiwań (w dokumencie wskazane są konkretne działki) oraz pozwolenie od Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków na szukanie zabytków. To drugie uzyskuje się po pozytywnym rozpatrzeniu wniosku przez WKZ — w tym wniosku zawiera się m.in. sposób prowadzenia poszukiwań, motywację i uzasadnienie, kierowników poszukiwań i mapy z precyzyjnie zaznaczonym obszarem. Jesteśmy zobowiązani do informowania Konserwatora Zabytków o znalezieniu przedmiotów zabytkowych oraz (jeśli tak postanowi WKZ) do przekazania tych zabytków konserwatorowi. Następnie takie przedmioty mogą trafić do muzeum. Dodatkowo robimy dokumentację fotograficzną oraz sprawozdania z poszukiwań — znajdują się tam informacje o dokładnej lokalizacji GPS każdego przedmiotu, głębokość zalegania itd.
Jak wygląda sprawa uzyskania pozwolenia na eksploatację danego terenu? Jak przebiega współpraca z instytucjami?
— Ścieżka formalna nie należy do najłatwiejszych, ale dla chcącego nic trudnego. Po kilku latach współpracy z WKZ i Lasami Państwowymi w naszym regionie muszę przyznać, że wszystko przebiega wzorowo. Bardzo ważne jest dla mnie, żeby nasze poszukiwania przynosiły realne korzyści dla polskiej archeologii i historii i na szczęście — to już się dzieje. Przedmioty, które udało się znaleźć mi i moim kolegom ze Stowarzyszenia STATER stały się obiektem prac naukowych, przyczyniły się do powstania nowych stanowisk archeologicznych oraz zasilają zbiory muzeów. Dla mnie to już jest sukces.
Czy zdarzyło się panu natrafić na osoby o podobnych zainteresowaniach, ale działające bez wymaganych pozwoleń?
— Zdarza się to niezmiernie rzadko. Być może dlatego, że takie osoby po prostu unikają kontaktu z innymi ludźmi w lesie.
Jakie cechy powinna posiadać osoba chcąca zająć się podobnym zajęciem jak pan?
— W kontekście samych poszukiwań — na pewno cierpliwość. Można szukać przez kilka dni i nic nie znaleźć albo trafiać na śmieć za śmieciem. Trzeba się dużo nachodzić, żeby były efekty. Oprócz tego „wiara w zwycięstwo” — że gdzieś tam, za kolejnym drzewem, za kolejną doliną, w kolejnym lesie czeka na nas skarb. Kolejna ważna cecha to uczciwość — bez względu na to, czy cieszy nas obecny system prawny, czy nie, odnajdywane przedmioty powinny być ewidencjonowane, a nie znikać na czarnym rynku.
Do poszukiwań używa pan wykrywaczy metalu. Czy ta pasja jest kosztowna? Mam na myśli oczywiście sprzęt.
— Nie powiedziałbym, że jest to wyjątkowo kosztowna pasja — w zasadzie największym kosztem jest zakup wykrywacza głównego i pinpointera. A tutaj zakres cen jest bardzo szeroki i każdy znajdzie coś na swój budżet. Myślę, że to raczej formalności związane z uzyskiwaniem pozwoleń tworzą wysoki próg wejścia.
Wykrywacz to podstawa, ale czym jeszcze należy dysponować, poza odpowiednimi zgodami, wyruszając w teren? Jaki sprzęt okazuje się przydatny?
— Płyn na owady — od maja do listopada ułatwia wstęp do lasu, natomiast nie zawsze go gwarantuje. Powyżej pewnej ilości komarów i strzyżaków po prostu nie da się szukać (śmiech). Telefon z mapami (najlepiej lidarowymi) i GPS — do oznaczania znalezisk i nawigacji. W dużych lasach można stracić orientację. Krótkofalówka — bardzo przydatna, kiedy jesteśmy rozrzuceni na dużej powierzchni, każdy w stowarzyszeniu ją ma. Zapasowe baterie lub powerbank — nie ma nic gorszego niż rozładowany wykrywacz w środku lasu. Dobry plecak — z zapięciami, który nie leci nam na głowę przy każdym schyleniu się do dołka.
Jakie rady byście dali początkującym poszukiwaczom, którzy dopiero chcą zacząć?
— Zapoznajcie się z obowiązującymi przepisami, nie zniechęcajcie się biurokracją, spróbujcie dołączyć do lokalnego stowarzyszenia działającego na rzecz historii regionu, dołączcie do grup na Facebooku o tematyce poszukiwawczej, zapiszcie się do Polskiego Związku Eksploratorów. Na początek wystarczy wykrywacz do 2000 zł i łopata. Do zobaczenia na poszukiwaniach!