Zatrzymanie prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro przez siły amerykańskie 3 stycznia 2026 roku, a następnie przewiezienie go do Nowego Jorku staje się kolejnym wydarzeniem wpływającym na postrzeganie globalnego ładu, który próbują układać Stany Zjednoczone.
Operacja ta, przeprowadzona przez USA, spotkała się z ostrą krytyką ze strony ONZ, której sekretarz generalny António Guterres nazwał ją „niebezpiecznym precedensem”. Chiny również zareagowały, żądając natychmiastowego uwolnienia Maduro. Reakcje europejskie są zróżnicowane; choć wielu liderów z zadowoleniem przyjęło usunięcie Maduro, niektórzy, jak premier Hiszpanii, skrytykowali interwencję USA jako naruszenie prawa międzynarodowego.
W świetle tych działań USA i samego Trumpa staje się jeszcze bardziej oczywiste, że Europa musi pilnie przyspieszyć proces budowania własnej, niezależnej zdolności do obrony. Przyszedł czas na odbudowę europejskiej zbrojeniówki.
Odpowiedź Europy na działania USA
W ostatnich latach Europa poważnie uszczupliła zapasy ciężkiego uzbrojenia, zwłaszcza czołgów z czasów zimnej wojny. Dodatkowo zdolności produkcyjne broni pancernej na Starym Kontynencie są skrajnie ograniczone. Niemcy wytwarzają do 50 czołgów rocznie, choć produkcja ma wzrosnąć dzięki współpracy z Czechami. Z kolei odtworzenie masowej produkcji czołgów w Polsce, Wielkiej Brytania czy Francja wymagałoby ogromnych nakładów finansowych i lat przygotowań, co doskonale ilustruje przykład polskiego BUMAR-u. Czasu na odbudowę tych kompetencji jest coraz mniej.
Sytuacja pojazdów opancerzonych jest równie trudna. Magazyny państw dawnego bloku wschodniego zostały w dużej mierze opróżnione. Choćby Polska, po przekazaniu Ukrainie około 400 BWP-1, sama mierzy się z luką sprzętową. Huta Stalowa Wola produkuje około 60 nowych wozów rocznie, co pozwala jedynie na powolną odbudowę własnych zdolności.
Nieco lepiej prezentuje się produkcja kołowych transporterów opancerzonych – Niemcy, Francja, Wielka Brytania i Polska dysponują umiarkowanymi, lecz wciąż niewystarczającymi mocami produkcyjnymi. Pozwala to na modernizację w czasie pokoju, ale nie sprosta skali potencjalnego konfliktu z Rosją.
Cel wojny w Ukrainie? „Putin chciał osłabić Europę i NATO”:
Fundamentalnym problemem są europejskie magazyny, przez dekady nieprzygotowane na długotrwałą wojnę o wysokiej intensywności. Doświadczenia z Iraku i Afganistanu utrwaliły błędne przekonanie o ekspedycyjnym i ograniczonym charakterze przyszłych konfliktów. Wojna w Ukrainie zweryfikowała te założenia. Dziś wiele armii NATO, w tym Francji czy Holandii, żałuje złomowania sprzętu pancernego i rozpoczyna odbudowę zdolności dopiero przed rosyjską inwazją.
Musimy zadbać o siebie
Europa mierzy się z jednym z największych dylematów strategicznych od zakończenia zimnej wojny. Nowa amerykańska strategia bezpieczeństwa narodowego opracowana za czasów prezydentury Donalda Trumpa i sygnały o możliwym ograniczeniu roli USA w europejskiej obronie wywołały falę niepewności. Deklaracje o przesuwaniu odpowiedzialności na państwa europejskie, choć tonowane, powinny były już dawno skłonić europejskich liderów do refleksji.
Ta potrzeba staje się jeszcze bardziej paląca, gdy obserwujemy dynamicznie zmieniający się globalny ład, czego przykładem jest zatrzymanie przez siły amerykańskie prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro i przewiezienie go do Nowego Jorku.
Incydent ten, choć rozgrywający się daleko od granic Europy, ma bezpośrednie implikacje dla jej bezpieczeństwa i strategii bezpieczeństwa. Pokazuje, jak działania nawet najbliższych sojuszników mogą nagle zmienić reguły gry na arenie międzynarodowej, stawiając Europę w trudnej sytuacji.
W ostatnich latach większość krajów europejskich zwiększyła wydatki na obronność. Niektóre państwa, zwłaszcza na wschodniej flance – jak kraje bałtyckie czy Finlandia – już przekraczają próg 5 proc. PKB przeznaczany na wojsko lub planują to osiągnąć w najbliższej przyszłości. W 2024 roku łączna suma wydatków na obronność państw członkowskich Unii Europejskiej osiągnęła 343 miliardy euro (około 1,9 proc. PKB), co było najwyższym poziomem w historii. W roku 2025 te nakłady wzrosły do około 381 miliardów euro, odpowiadając 2,1 proc. PKB. To pierwszy raz, kiedy wspólne wydatki europejskie przekroczyły wyznaczony dawniej cel NATO na poziomie 2 proc. PKB.
Niemcy i Francja odpowiadały w 2024 roku łącznie za 44 proc. wydatków obronnych UE. Niemcy wydają najwięcej spośród krajów wspólnoty w wartościach nominalnych, choć ich udział w PKB jest niższy niż w niektórych państwach Europy Środkowej. Mimo to stanowią główne koło napędowe europejskiego przemysłu zbrojeniowego.
Europejska zbrojeniówka
Europa, według danych SIPRI (Stockholm International Peace Research Institute), należy do światowej czołówki producentów uzbrojenia. Europejskie koncerny zbrojeniowe generują rocznie ponad 200 miliardów euro przychodów, a w globalnej czołówce firm obronnych regularnie pojawiają się BAE Systems, Airbus Defence and Space, Leonardo, Rheinmetall czy Thales. Jednak ta siła ekonomiczna nie przekłada się automatycznie na zdolność szybkiego zwiększenia produkcji ani na realną autonomię strategiczną.
Po zakończeniu zimnej wojny europejski przemysł obronny wyhamował, zamykając wiele linii produkcyjnych. Zostały one zoptymalizowane pod kątem jakości i certyfikacji, a nie masowej produkcji. Zwiększenie produkcji wymaga dziś nie tylko funduszy, ale także czasu na zatrudnienie i szkolenie pracowników, odbudowę łańcuchów dostaw oraz zakontraktowanie komponentów, często pochodzących spoza Europy.
Sektor ciężkiego sprzętu jest w szczególnie trudnej sytuacji. Produkcja czołgów i bojowych wozów piechoty po zimnej wojnie została drastycznie ograniczona. W praktyce jedynie Niemcy są dziś w stanie seryjnie produkować czołgi, choć w bardzo ograniczonym zakresie. Francja, Wielka Brytania czy Polska utraciły ciągłość produkcyjną, a jej odbudowa wymagałaby wieloletnich inwestycji. Podobnie jest w artylerii, gdzie zdolności produkcji luf, amunicji i systemów rakietowych przez lata redukowano do poziomu wystarczającego jedynie na potrzeby pokojowe.
Sektory lotniczy i morski prezentują się lepiej, z zachowanymi wysokimi kompetencjami technologicznymi. Produkcja myśliwców, samolotów transportowych, okrętów wojennych i podwodnych utrzymuje wysoki poziom techniczny, jednak problemem pozostaje tempo. Programy takie jak Eurofighter, A400M czy fregaty nowej generacji są kosztowne, długotrwałe i nieprzystosowane do szybkiego zwiększania produkcji w sytuacji kryzysowej. To przemysł projektowany na czasy stabilności, nie wojny.
Zmiana perspektywy
Ostatnie dwa lata przyniosły zmianę myślenia. Państwa europejskie zaczęły podpisywać wieloletnie kontrakty ramowe, zwiększać finansowanie przemysłu i koordynować zakupy na poziomie unijnym. Jednak proces przestawiania przemysłu zbrojeniowego na tryb wojenny dopiero się rozpoczął.
Nadal brakuje jednak jednolitego centrum decyzyjnego, wspólnego planowania produkcji i jasnego podziału ról między państwami. Bez tego Europa będzie wydawać coraz więcej środków, lecz nadal wolniej i mniej efektywnie niż potencjalni przeciwnicy.
Europejski przemysł zbrojeniowy nie jest słaby technologicznie ani finansowo. Jego problem tkwi w tym, że został zaprojektowany na inne czasy. Jeśli Europa chce wziąć odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo i zmniejszyć zależność od Stanów Zjednoczonych, musi nie tylko zwiększyć wydatki, ale przede wszystkim głęboko przebudować sposób produkcji broni. W przeciwnym razie nawet setki miliardów euro nie przełożą się na realną zdolność do prowadzenia wojny na własnym kontynencie.
Sławek Zagórski dla Wirtualnej Polski