Prezydent USA Donald Trump próbował przedstawić atak na Wenezuelę i porwanie dyktatora Nicolasa Maduro oraz jego żony jako egzekwowanie prawa karnego. Dlatego też w sobotę Waszyngton opublikował utajniony dotychczas akt oskarżenia wydany przez nowojorski sąd przeciwko Maduro, jego żonie, synowi i kilku innym wysokim rangą członkom socjalistycznego reżimu, takim jak potężny minister spraw wewnętrznych Diosdado Cabello.

Dokument ten daje wgląd w wewnętrzne mechanizmy reżimu i pokazuje, jak bardzo dyktator i jego poplecznicy osobiście zaangażowani byli w przemyt narkotyków z Kolumbii do Stanów Zjednoczonych oraz jak chronili grupy terrorystyczne — kolumbijską ELN [Armię Wyzwolenia Narodowego] i FARC [Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii].

Doszło do tego, że dostawy narkotyków były częściowo chronione przez państwowe siły bezpieczeństwa, a wenezuelskie samoloty wykorzystywano w roli kurierów — pod przykrywką działań dyplomatycznych transportowały do Wenezueli zyski ze sprzedaży narkotyków.

Atakując ją, Stany Zjednoczone naruszyły prawo międzynarodowe. Z aktu oskarżenia wynika jednak, że represyjny reżim Maduro również działał daleko poza granicami wyznaczonymi przez prawo międzynarodowe dla suwerennych państw.

Ostatecznie jednak uzasadnienie prawne — eksterytorialne egzekwowanie amerykańskiej jurysdykcji karnej — jest marną przykrywką dla tego, co faktycznie miało miejsce w weekend: praktycznej realizacji amerykańskich roszczeń hegemonicznych wobec „zachodniej półkuli”, czyli podwójnego kontynentu amerykańskiego.

Nowe podejście

Jest to całkowicie zgodne z logiką nowej strategii bezpieczeństwa narodowego Trumpa przedstawionej na początku grudnia. Stany Zjednoczone zrezygnowały w niej z ambicji odgrywania roli światowego hegemona i siły porządkowej, ponieważ nadmiernie obciąża to zasoby kraju. Zamiast tego zamierzają skoncentrować się na własnym podwórku — a więc na obu Amerykach.

W tym celu Trump reaktywuje i aktualizuje doktrynę Monroe’a z 1823 r., której celem było utrzymanie wpływów obcych mocarstw z dala od zachodniej półkuli. Podczas sobotniej konferencji prasowej stwierdził, że jego administracja przekroczyła już doktrynę Monroe’a, dlatego niektórzy mówią już o doktrynie Donroe.

W nowej strategii bezpieczeństwa narodowego Waszyngton jasno określił cele tej polityki. „Chcemy zapewnić, aby zachodnia półkula pozostała w miarę stabilna i była wystarczająco dobrze zarządzana, aby zapobiegać lub zniechęcać do masowej imigracji do Stanów Zjednoczonych. Chcemy, aby rządy tej półkuli współpracowały z nami w walce z kartelami narkotykowo-terrorystycznymi i innymi międzynarodowymi organizacjami przestępczymi. Chcemy, aby ta półkula pozostała wolna od wrogich interwencji zewnętrznych i wspierała krytyczne łańcuchy dostaw. Chcemy również zapewnić sobie dalszy dostęp do miejsc o kluczowym znaczeniu strategicznym”.

W świetle tych celów Wenezuela była idealnym obiektem do zorganizowania operacji pokazowej. Wraz z socjalistyczną Kubą reżim Maduro stanowił trzon latynoamerykańskiego oporu wobec wpływów amerykańskich w regionie. Dlatego też logiczne było, że podczas sobotniej konferencji prasowej sekretarz stanu USA Marco Rubio skierował wyraźne groźby również wobec reżimu na Kubie.

Strategiczna ropa naftowa

Jest też inny aspekt tej operacji — Wenezuela posiada największe rezerwy ropy naftowej na świecie, w związku z czym ma strategiczne znaczenie dla amerykańskiej gospodarki. Dlatego też temat ropy był ważnym elementem sobotniego oświadczenia Trumpa, który ogłosił powrót amerykańskich koncernów naftowych do tego kraju.

Wenezuela była jednak również punktem oparcia dla tych zagranicznych mocarstw, których wpływ Trump chce wyeliminować z Ameryk. W maju ubiegłego roku Rosja zawarła strategiczne partnerstwo z Maduro, które obejmowało również kwestie bezpieczeństwa. Co więcej, tuż przed aresztowaniem wenezuelski polityk spotkał się z chińską delegacją, aby porozmawiać o pogłębieniu partnerstwa. Nawet bez tego duża część wenezuelskiego eksportu ropy trafiała do Chin.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Maduro utrzymywał również bliskie partnerstwo z Iranem i zezwolił Hezbollahowi, libańskiej organizacji terrorystycznej kontrolowanej przez Teheran, na wykorzystanie Wenezueli do bazy operacyjnej w Ameryce Łacińskiej. Odkąd fundusze z Iranu nie płyną już tak hojnie do Hezbollahu, przeszedł on do zaspokajania swoich potrzeb finansowych w większym stopniu poprzez handel narkotykami w Ameryce Południowej, zwłaszcza w Wenezueli.

Była ona de facto państwem klienckim Rosji, Chin i, w mniejszym stopniu, Kuby, która w ostatnich latach wysłała do niej podobno do 30 tys. najemników, aby ustabilizować rządy Maduro. Po interwencji amerykańskiej wszystkie jej partnerstwa z antyzachodnimi „złoczyńcami” tego świata stoją teraz pod dużym znakiem zapytania.

W ostatnich latach Chińczycy podjęli znaczne wysiłki, aby zdobyć wpływy w regionie, co potwierdziła przedstawiona przez nich kilka tygodni temu biała księga. Teraz reżim w Pekinie najpewniej uzmysłowi sobie, jak bardzo jest bezsilny, skoro Amerykanie mogli po prostu porwać jego kluczowego sojusznika. — Chinom dość trudno będzie grać na tyłach Ameryki, jeśli Ameryka postanowi przyjąć twardą postawę — uważa historyk Neill Ferguson w wywiadzie dla „The Free Press”.

— W gruncie rzeczy chodzi o to, że prezydent Trump realizuje swoją wizję, zgodnie z którą Stany Zjednoczone powinny mieć hegemonię na zachodniej półkuli. Winny też być dominującą potęgą w regionie wolnym od wpływów Chin, Rosji, Kuby i Iranu. America First [Ameryka przede wszystkim] wymaga dominacji [USA] na zachodniej półkuli — twierdzi Jonathan Panikoff z Atlantic Council.

Podczas konferencji prasowej Trump jasno dał do zrozumienia, do kogo faktycznie skierowane jest to przesłanie. — Dominacja Ameryki w zachodniej półkuli nigdy więcej nie będzie kwestionowana — stwierdził triumfalnie.

Co to oznacza dla Europy?

Niezaspokojony apetyt

Dla Europejczyków zniknięcie brutalnego, antyzachodniego dyktatora, którego władzę wielu z nich uznaje za nielegalną, na pierwszy rzut oka jest dla nich czymś pozytywnym. Jednocześnie jednak w Europie panuje znaczny niepokój związany z tym, jak nonszalancko Amerykanie zlekceważyli prawo międzynarodowe.

Większość europejskich polityków oficjalnie próbuje zatem zachować równowagę między radością a niepokojem, zwłaszcza że ograniczenie globalnych wpływów antyzachodnich mocarstw, takich jak Chiny, Rosja i Iran, leży również w interesie Europy. „Strategicznie rzecz biorąc, interwencja ta jest oczywiście bardzo pożądanym ciosem w interesy Rosji: znacznie ogranicza rosyjskie transakcje naftowe i globalne wpływy Moskwy” — napisał Wolfgang Ischinger, przewodniczący Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, w serwisie X.

Europejczycy obawiają się jednak, że Trump może teraz zwrócić uwagę na duńską Grenlandię. „Najważniejsze w tej całej sytuacji jest to, że administracja USA bardzo poważnie traktuje swoje plany dominacji i kontroli nad zachodnią półkulą” — napisał w serwisie X Phillips O’Brien, ekspert ds. strategii z Uniwersytetu St. Andrews w Szkocji. „Groźby wobec Grenlandii należy więc potraktować bardzo poważnie” — dodał.

W niedzielę rano Katie Miller, żona zastępcy szefa sztabu Białego Domu, opublikowała na X mapę Grenlandii w kolorach flagi amerykańskiej i opatrzyła to krótkim komentarzem: „już niedługo..

Niepokojące dla Europy jest również to, co interwencja Trumpa pociąga za sobą z geopolitycznego punktu widzenia. Podobnie jak nowa strategia bezpieczeństwa oznacza ona odejście USA od roli gwaranta opartego na zasadach porządku światowego, w którym wszystkie państwa są równe, i wkroczenie w świat, w którym triumfuje siła i wielkie mocarstwa dzielą glob na strefy wpływów. „Dominujący wpływ większych, bogatszych i silniejszych narodów jest ponadczasową prawdą stosunków międzynarodowych” — można przeczytać w nowej strategii USA.

Myślenie w kategoriach stref wpływów od kilku lat przeżywa zaskakujący renesans. „Podejście oparte na strefach wpływów w kwestiach strategicznych w dużej mierze zniknęło z dyskursu publicznego po zakończeniu zimnej wojny, kiedy to pokładano wielkie nadzieje w globalizacji i multilateralizmie” — pisze magazyn specjalistyczny „Foreign Policy” we wstępie do całej serii artykułów na ten temat.

„Obecnie jednak wielu analityków twierdzi, że za drugiej kadencji prezydenta Trumpa powraca ona z jeszcze większą siłą, nie mówiąc już o reżimach prezydenta Rosji Władimira Putina i przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jingpinga” — dodaje magazyn.

Przysługa dla dyktatorów

Dominacja USA na półkuli zachodniej oznacza również, że w przyszłości Waszyngton może uznać strefy wpływów innych mocarstw w ich regionalnym otoczeniu. Wydaje się, że to jest właśnie siła napędowa prorosyjskiej polityki Trumpa wobec Ukrainy — idea, że Rosja ma takie samo prawo do hegemonicznej dominacji w swoim otoczeniu, jak USA w Ameryce.

Autorzy charakteryzującej się antyeuropejskim tonem strategii USA stwierdzili nieco eufemistycznie, że w Europie należy „przywrócić strategiczną stabilność z Rosją”. Jak pokazały negocjacje w sprawie Ukrainy, jest to sprzeczne z europejskimi interesami bezpieczeństwa.

Chiny i Rosja zareagowały wprawdzie ostrymi słowami na aresztowanie swojego sojusznika. Jak jednak zauważa amerykański ekspert ds. bezpieczeństwa Tom Nichols na łamach magazynu „The Atlantic”, Trump wyświadczył Moskwie i Pekinowi przysługę, umożliwiając im podjęcie podobnych działań w ich własnym sąsiedztwie. „Stany Zjednoczone pokazały Rosji, Chinom i wszystkim innym zainteresowanym, jak najeżdżać kraje i jak pojmać przywódców, którzy im się nie podobają” — stwierdza.