• Dużo czytania, a mało czasu? Sprawdź skrót artykułu

Relatywnie ciepłe i bezśnieżne zimy, do jakich przyzwyczailiśmy się w ostatnich latach, spowodowały, że wielu z nas zapomniało, że nasz kraj leży w klimacie umiarkowanym przejściowym, gdzie zimy mogą być zarówno łagodne, jak i bardzo ostre. Ostatnio wystarczyło zaledwie kilka dni mrozów i kilkadziesiąt godzin z opadami, by wiele regionów kraju zostało niemal sparaliżowane. Jak to możliwe, że choć przed laty śniegu było więcej, to drogowcy wówczas lepiej radzili sobie z odśnieżaniem? Zdaniem naszych rozmówców, na taki stan rzeczy złożyło się kilka czynników. Jednym z nich jest fakt, że Polacy zapomnieli, jak jeździ się po śniegu, a w wielu wypadkach przestali nawet zmieniać na zimę opony.

  • Jakie są przyczyny problemów z odśnieżaniem w Polsce?
  • Dlaczego kierowcy nie zmieniają opon na zimowe?
  • Jakie problemy mogą wystąpić w przypadku śnieżycy?
  • Co się działo z drogami w Polsce w zimie 1978 roku?

Kilka dni temu media społecznościowe, a następnie większość ogólnopolskich i lokalnych mediów opanowały filmy nagrane przez policję i straż pożarną. Widać na nich policyjny śmigłowiec Black Hawk, który lata nad torami z Olsztyna do Działdowa i podmuchem z wirnika zdmuchuje śnieg z drzew sąsiadujących z linią kolejową. „Trudne czasy wymagają użycia specjalnych metod — zachwycali się internauci, podekscytowani tym jak polskie służby wykorzystują sprzęt do walki „z zimą”.

I choć użycie śmigłowca jako „odśnieżarki” jest widowiskowe, daleko mu do naprawdę spektakularnej metody, którą w naszym kraju do walki ze śniegiem używano ponad 60 lat temu. Wówczas PKP do usuwania zasp z torów przygotowało specjalny wagon z przypiętym silnikiem odrzutowym z samolotu wojskowego MIG-15. Choć była to zapewne robota szalenie niebezpieczna, okazywała się też bardzo skuteczna. Gorące spaliny z silnika topiły śnieg na torach, a podmuch był tak duży, że skutecznie odwiewał zaspy nawet na kilkanaście metrów od torowiska.

Zdjęcie z takich prac kilka lat temu pokazywało w sieci Muzeum Podhalańskie im. Czesława Pajerskiego w Nowym Targu.

Drogowcy z Podhala: gdy pada śnieg, dróg absolutnie się nie soli

Pod koniec grudnia wystarczyło, by w niektórych miejscach kraju napadało w sumie 50 cm śniegu i służby drogowe nie stanęły raczej na wysokości zadania i szlaków komunikacyjnych nie odśnieżyły.

Zimą 1978 r. mieliśmy podobną sytuację. W grudniu do Polski przyszedł arktyczny front, który przyniósł mróz (nawet do minus 20 st. C) oraz obfity śnieg. Tego spadło w ciągu kilku dni tak dużo, że wiele dróg zostało zasypanych, zawianych zaspami i w konsekwencji odciętych od świata. Służbom drogowym przetarcie niektórych szlaków komunikacyjnych zajęło dobrych kilka tygodni. Niektóre, najmniej kluczowe, stały się przejezdne dopiero podczas marcowych roztopów. Tyle tylko, że wówczas zaspy miały nawet trzy metry!

Zima Stulecia na Wierzbnie w Warszawie - rok 1979Archiwum Grażyny Rutowskiej / Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zima Stulecia na Wierzbnie w Warszawie – rok 1979

— Myślę, że pomiędzy obecnym atakiem zimy a tym sprzed lat jest zasadnicza różnica — mówi Zygmunt, blisko 60-letni pracownik jednej z firm komunalnych w mieście na południu Małopolski. — Wówczas drogi i tory były sparaliżowane, gdy zaspy obok sięgały dwóch metrów, a dziś państwo w niektórych regionach kraju „stanęło”, gdy śniegu było 20-30 cm. Ja oczywiście w latach 70. nie odśnieżałem jeszcze dróg. Ale byłem dzieckiem i pamiętam, jak chodziłem do szkoły w śnieżnych tunelach, które były wyższe ode mnie. Jestem przekonany, że gdyby dziś w Polsce miała miejsca aż taka śnieżyca, to nasz kraj miałby naprawdę olbrzymie problemy. Wyjątkiem zapewne byłoby Podhale i okolice. Tu ludzie po prostu śnieżną zimę mają co roku i są do niej nauczeni. Ale pozostała część kraju dosłownie stanęłaby.

Zdaniem naszego rozmówcy w „pozagórskich” regionach Polski drogowcy przez ostatnie lata po prostu oduczyli się jak walczyć z atakiem zimy. Kierowca pługopiaskarki z Zakopanego tłumaczy, że w wypadku śnieżycy bardzo potrzebna jest systematyczność oraz wiedza: jak i kiedy działać. Bardzo ważne jest, by drogowcy śledzili prognozy pogody i na drodze byli już kilkanaście minut przed pierwszymi opadami.

— Jeśli będziemy czekać na to, aż zacznie padać, to może się okazać, że będzie za późno — mówi Zygmunt i po chwili dodaje. — Załóżmy, że śnieg zaczyna padać o godz. 16. I wówczas kierowcy pługów dopiero jadą z domu do bazy. Nawet jeśli zrobią to ekspresowo i na drogi wyjadą o godz. 16.15, to jeśli naprawdę potężnie sypie, problemy będą niemal murowane. Bo po tych 15 minutach zwłoki 10 km od bazy drogowców już ślizgają się auta, których kierowcy mają założone letnie opony [w Polsce nie ma obowiązku zmiany ogumienia na zimowe]. I to 15 minut opóźnienia w wyjeździe powoduje, że pługopiaskarka nie dotrze już szybko w to miejsce. Drogę zablokuje jej nawet kilkaset samochodów. Zadziała efekt domina.

Kolejny z naszych rozmówców to Szymek. Mężczyzna ma w powiecie nowotarskim firmę, która wygrywa przetargi na odśnieżanie dróg. W rozmowie z nami tłumaczy, że równie ważna podczas nagłej śnieżycy jest kolejność działań.

— Gdy pada intensywny śnieg, to trzeba jechać pługiem, ale absolutnie nie wolno takiej drogi posypywać solą. Co najwyżej samym piaskiem — tłumaczy. — Bo gdy na sól napada kolejny świeży śnieg, a za chwilę wszystko „zmiksują” koła samochodów, to zrobi się z tego breja błota pośniegowego. To jest jeszcze bardziej groźne. Niestety mam wrażenie, że moi koledzy po fachu z centrum Polski o tym nie wiedzą. Jest śnieżyca, oni jadą z całym swoim arsenałem na drogi, a to pogarsza sytuację. Inna sprawa, że wielu kierowców w Polsce przeraża dziś jeżdżenie po białej drodze. Ludziom wydaje się, że to niewykonalne.

Zimowe opony? Wielu osobom to się „nie opłacało”

Zdaniem kierowcy pługopiaskarki ostatnie lata z bezśnieżnymi zimami w większości regionów Polski spowodowały, że ludzie po prostu oduczyli się pewnych zachowań i uwierzyli, że w naszym kraju białe zimy już nie występują. I dlatego wielu kierowców nie zmienia opon w swoich samochodach na zimowe. Skutki tego przed sylwestrem mocno dały się we znaki jadącym między innymi na osławionym już odcinku S7 pod Mławą.

Dużej grupie kierowców zimowe opony wydają się niepotrzebnym wydatkiem. Bo — jak tłumaczą — drogi w ostatnich latach, nawet zimą niemal zawsze był czarne. To, co się stało 30 grudnia pod Mławą, było dowodem, że takie myślenie okazało się zgubne. Zobaczyła to cała Polska. W minionych sezonach na problem zwracali uwagą tylko górale.

W Zakopanem czy Bukowinie Tatrzańskiej po każdych (nawet niedużych) opadach śniegu tworzyły się wielkie korki. Te powodowali nie miejscowi, ale turyści. Wczasowicze przyjeżdżali bowiem do górskich kwater na letnich oponach i gdy padał śnieg, ślizgali się na podjazdach. Miejscowi oglądali to z niedowierzaniem. W Onecie pisaliśmy o — bezskutecznych — apelach samorządowców z Podhala, by zmienić prawo tak, żeby wjazd na ten teren bez zimowych opon był karany.

Brak zimowych opon to od lat także problem kierowców tirów. Część właścicieli firm przewozowych, dla których pracują, nie wymienia opon w swoich ciężarówkach. Bo kupno nawet 16 do jednego składu, to wydatek wielu tysięcy złotych. Fakt, że kierowcy w śnieżne dni „staną”, ich pracodawcy traktują jako ryzyko wliczone w koszta. A przecież jeśli tiry staną na drogach, to zablokują je dla innych kierowców.

Zaraz po paraliżu na S7 ministrowie Dariusz Klimczak (infrastuktura) i Marcin Kierwiński (sprawy wewnętrzne) zapowiedzieli, że policja i inspekcja ruchu drogowego będą kontrolowały stan techniczny ciężarówek.

— To największa głupota, jaką słyszałem — mówi Marian, kierowca tira spod Kalisza. — Niech nas kontrolują. Bo co niby sprawdzą? Hamulce. Ja mam dobre. Ale nie mam opon zimowych! Dlatego, gdy droga jest biała, nigdzie nie pojadę, bo mój zestaw ślizga się niczym na lodowisku. A opon mi szef nie kupi, bo żadne prawo go do tego nie zmusza. Zapowiedzi polityków o kontrolach, bo była po prostu „gra pod publiczkę” — dodaje.

Kierowców paraliżuje widok „białych dróg”?

— Dobre opony są potrzebne, podobnie jak doskonalenie umiejętności jazdy zimą — mówią zakopiańscy taksówkarze. — Niestety, w ostatnim dziesięcioleciu poziom wyszkolenia wielu kierowców, jeśli chodzi o jazdę po śniegu czy w ogóle zimą, spadł dramatycznie.

Leszek, zakopiański taksówkarz z 40-letnim stażem, uważa wszystko dlatego, że kiedyś śnieg leżał w całym kraju przez większość zimy.

Droga przez Białkę Tatrzańską. Choć szosa pokryta jest śniegiem kierowca autobusu radzi sobie na niej bardzo dobrze. Mężczyzna potrafi jednak jeździć w takich warunkachTomasz Mateusiak/Onet / Onet

Droga przez Białkę Tatrzańską. Choć szosa pokryta jest śniegiem kierowca autobusu radzi sobie na niej bardzo dobrze. Mężczyzna potrafi jednak jeździć w takich warunkach

— Część ludzi, którzy w ostatnich sezonach przyjeżdżali do Zakopanego, dopiero tu pierwszy raz od lat widziała białe ulice — mówi. — To byli ludzie spanikowani. Oni często już na parkingu pod pensjonatem zakładali łańcuchy na koła. A mieli naprawdę dobre opony i samochody z napędem na cztery koła. Dobry kierowca to by takim na Gubałówkę wyjechał po stoku, a ci ludzie bali się jeździć po płaskich ulicach! Polacy, jeśli chodzi o jazdę zimą, mają dziś masakrycznie niskie umiejętności. Do tego niską wiedzę. Jak popada śnieg, to niemal każdego dnia widzimy przejeżdżających obok postoju kierowców, którzy założyli łańcuchy na tylne koła, a mają samochody z napędem na przód — dodaje i nie może powstrzymać się od śmiechu.

Tomek, właściciel pensjonatu w okolicach Bukowiny Tatrzańskiej, potwierdza te obserwacje. — Większość kierowców z centrum Polski panicznie boi się zimy. Nie potrzeba śniegu. Wystarczy, by taka osoba zobaczyła na wyświetlaczu samochodu, że na zewnątrz temperatura jest już na minusie, żeby jechać 20-30 km na godz. Ja rozumiem ostrożność, ale bez przesady. Naprawdę musimy coś zrobić ze szkoleniem kierowców w tym kraju, bo przecież mroźne zimy mogą do nas wrócić na dłuższy okres. I co będzie wówczas? Paraliż kraju co dwa dni?

Śnieżne zimy wrócą? Jest teoria mówiąca o tym, że następuje „zmiana cyklu”

O tym, jak będzie wyglądać tegoroczna zima przez najbliższe dwa-trzy miesiące dopiero się przekonamy. Jak na razie synoptycy zapowiadają mróz i opady śniegu do końca stycznia. Jeśli patrzeć historycznie to przed wyjątkowo srogimi zimami z lat 1978-1981 w Polsce też był okres niemal 10 lat, gdy zimy były raczej łagodne i bezśnieżne.

Kilka miesięcy temu w rozmowie z Onetem dr hab. inż. Mariusz Czop, hydrogeolog z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie mówił, że wśród naukowców jest koncepcja zakładająca, że w naszej części Europy okresy suszy i nawodnienia przeplatają się ze sobą naturalnie w okresie około 10-letnim.

Jeśli taka zmiana właśnie następuje, to przez kolejne lata Polacy będą musieli się z zimą po prostu przeprosić. Wówczas większość miast i gmin nawet z nizinnych terenów ponownie wyposaży swoje firmy komunalne w porządne (i liczne) pługopiaskarki i ciężarówki z wirnikami. Z kolei zwykli Polacy ponownie zaczną wymieniać opony dwa razy do roku i z czasem nauczą się, że jazda nawet po białej (ale odśnieżonej drodze) nie musi być niczym strasznym.