Wyraźnie podekscytowany Trump, chwaląc „amerykański sukces”, wspomniał, że rozprawił się z narkoterrorystami, którzy dręczyli „jego” Amerykanów, zapowiedział, że Stany Zjednoczone będą teraz tymczasowo rządzić Wenezuelą, i przypomniał, że cała akcja jasno pokazała całemu światu dominację USA. W swoim show regularnie schodził jednak na temat jednej surowca — ropy naftowej. I na obietnicę, że amerykańskie firmy będą mogły teraz czerpać większe korzyści z bajecznych — największych na świecie — zasobów Wenezueli.

Według Trumpa zarobione pieniądze pomogą nie tylko mieszkańcom Wenezueli, ale także amerykańskim koncernom naftowym i „Stanom Zjednoczonym w postaci rekompensaty za szkody, jakie wyrządził nam ten kraj”. Z jego perspektywy, z powodu narkotyków z Wenezueli (i działań tamtejszych gangów) w USA zginęły dziesiątki tysięcy ludzi. Twierdzenia te są co prawda dyskusyjne, ale mimo to od kilku miesięcy służą one jako wyjaśnienie ogromnego zainteresowania prezydenta Wenezuelą. Trump oświadczył jednocześnie dziennikarzom, że złoża ropy naftowej były kluczowym czynnikiem nie tylko przy podejmowaniu decyzji o ataku, ale także przy składaniu obietnicy, że Stany Zjednoczone będą w najbliższej przyszłości „rządzić” Wenezuelą.

— Nie będzie nas to nic kosztowało, ponieważ pieniądze wydobywane z ziemi są ogromne — dodał Trump, tłumacząc, że wszystkie „inwestycje” zwrócą się Stanom Zjednoczonym. Wzniosłe słowa o korzyściach płynących z operacji wojskowej nie przesłaniają oczywiście faktu, że skutki tego ataku dla globalnej polityki są znacznie bardziej złożone.

Nie jest wcale pewne, w jaki sposób Trump zamierza przejąć kontrolę nad Wenezuelą, ponieważ tamtejszy rząd, nawet bez prezydenta, nadal się utrzymuje. Analitycy i czołowe media przypominają, że podobne działania USA w przeszłości rzadko były interpretowane jako jednoznaczny sukces (Irak, Afganistan, Libia czy Syria) i że obecnie prawie niemożliwe jest przewidzenie przyszłych konsekwencji ataku na Maduro. Amerykańscy analitycy i światowe media przypominają, że nie jest też jednoznaczna pozornie prosta „magia” wenezuelskiej ropy.

Wenezuela: 300 mld baryłek „brudnej” ropy

Jak to zwykle bywa w przypadku amerykańskiego prezydenta, w sobotę nie powiedział on dokładnie, w jaki sposób Ameryka zamierza przejąć kontrolę nad Wenezuelą (i jej ropą). Analitycy ostrzegają, że znaczne zwiększenie wydobycia ropy w tym kraju może potrwać lata i kosztować dziesiątki miliardów dolarów. Według szacunków Wenezuela posiada ponad 300 mld baryłek ropy, co stanowi największe zasoby na świecie (około 17 proc. globalnych zasobów). Obecnie w kraju wydobywa się jednak około miliona baryłek dziennie, co stanowi około jeden proc. światowej produkcji. Ponadto znaczna część wenezuelskiej ropy jest wyjątkowo „brudna”, co zwiększa koszty jej przetwarzania.

W 2019 r. Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na wenezuelską ropę, która obecnie jest eksportowana głównie do Chin, które są jej największym odbiorcą. Kluczowym partnerem Wenezueli w wydobyciu i przetwarzaniu ropy jest Rosja. Oczywiście żadnemu z mocarstw nie podoba się interwencja Stanów Zjednoczonych, jednak Donald Trump zbywa to uwagą, że nikt inny na świecie nie byłby w stanie dokonać czegoś podobnego.

Krytycy prezydenta ostrzegają jednak, że może to nie być prawda i że jeśli Trump będzie nadal nalegał na „wpływy” amerykańskie w Ameryce Łacińskiej, Moskwa i Pekin mogą spojrzeć w ten sam sposób na „swój” region (obecnie dotyczy to przede wszystkim Ukrainy i Tajwanu). Prezydent Trump na razie odłożył jednak na bok geopolitykę i skoncentrował się na korzyściach, jakie przemysł wydobywczy Wenezueli przynosi amerykańskim gigantom naftowym.

Zanim Wenezuela w 1976 r. znacjonalizowała przemysł naftowy, główną rolę odgrywały w nim amerykańskie koncerny, takie jak Exxon, Mobil i Gulf Oil. W latach 90. kraj ponownie otworzył swój przemysł naftowy dla zagranicznych koncernów wydobywczych, w tym z USA, ale socjalistyczny dyktator Hugo Chavez, poprzednik Nicolasa Maduro, rozpoczął w 2007 r. kolejną fazę nacjonalizacji. Amerykańskie koncerny ExxonMobil i ConocoPhillips opuściły wówczas kraj i złożyły międzynarodowy pozew przeciwko rządowi Wenezueli. Sądy nakazały Wenezueli zapłacić firmie ConocoPhillips ponad 10 mld dol. [36 mld zł według aktualnego kursu], a firmie ExxonMobil ponad 1 mld dol. [3 mld 607 mln zł] — obie firmy otrzymały dotychczas jedynie ułamek tej kwoty.

Właśnie o tym mówi obecna administracja, domagając się Wenezueli odszkodowania, i przed sobotnim atakiem ponownie powtórzyła ten argument. Stephen Miller, główny doradca prezydenta Trumpa ds. polityki imigracyjnej, napisał w zeszłym miesiącu w mediach społecznościowych, że „przemysł naftowy w Wenezueli został stworzony dzięki amerykańskiemu potowi, pomysłowości i ciężkiej pracy”. Sam Trump miesiąc temu stwierdził na przykład, że Wenezuela „zabrała Ameryce jej ropę” i że chce ją odzyskać dla swojego kraju.

Cały świat obserwuje, że prezydent Trump w swojej polityce zagranicznej często koncentruje się właśnie na ropie i ogólnie na surowcach mineralnych, które chce „wydobywać” dla Stanów Zjednoczonych. Ta perspektywa wpłynęła przecież również na jego obecne negocjacje z Rosją i Ukrainą. Nie jest to nowość w jego drugiej kadencji. „Mówię to od lat. Weźmy ropę” — powiedział na przykład w 2016 r. w wywiaedzie dla „The New York Timesa”, gdy został zapytany, czym jego strategia walki z Państwem Islamskim na Bliskim Wschodzie różni się od podejścia ówczesnego prezydenta Baracka Obamy.

Nawet jeśli pominiemy kwestię legalności i zasadności wydobycia ropy w Wenezueli, problemem pozostaje również sama wykonalność takiego zadania. Wenezuelska państwowa spółka naftowa PDVSA nie dysponuje wystarczającym kapitałem specjalistyczną wiedzą, aby zwiększyć produkcję. Pola naftowe w tym kraju są zaniedbane i cierpią z powodu długotrwałego niedofinansowania, zniszczonej infrastruktury, częstych awarii zasilania i kradzieży sprzętu (jak podaje na przykład najnowsze badanie brytyjskiej firmy badawczej Energy Aspects).

Rafineria El Palito należąca do wenezuelskiej państwowej spółki naftowej PDVSA, Puerto Cabello, Wenezuela, 21 grudnia 2025 r.

Rafineria El Palito należąca do wenezuelskiej państwowej spółki naftowej PDVSA, Puerto Cabello, Wenezuela, 21 grudnia 2025 r.Jesus Vargas / PAP

Teoretycznie amerykańskie koncerny naftowe, gdyby uzyskały większy dostęp do Wenezueli, mogłyby pomóc w stopniowym zwiększeniu wydobycia, chociaż miałoby to negatywny wpływ na jakość powietrza w regionie i globalne ocieplenie na naszej planecie. Wzrost produkcji w Wenezueli nie będzie jednak tani. Wspomniana firma Energy Aspects szacuje, że zwiększenie wydobycia o kolejne pół mln baryłek dziennie kosztowałoby 10 mld dol. [ponad 36 mld zł] i zajęłoby około dwóch lat. Jeszcze intensywniejsze wydobycie w kolejnych latach kosztowałoby dziesiątki miliardów dolarów.

Perspektywa reszty świata

Obalenie rządu Wenezueli może otworzyć nowe możliwości dla amerykańskich firm naftowych, jednak analitycy branży twierdzą, że i one mogą znaleźć się w nieprzyjemnej, chaotycznej sytuacji. „Rząd amerykański, który nie ma jasnych planów wobec tego kraju i nie wie jeszcze, komu powierzyć jego kierowanie, mógłby wywierać presję na gigantów naftowych, aby reprezentowali go w Wenezueli i pomogli na przykład w utworzeniu lub utrzymaniu przy władzy nowego rządu” — napisała w sobotę w raporcie inwestycyjnym Helima Croft, szefowa działu surowców w banku inwestycyjnym RBC Capital Markets. Obecnie przemysł naftowy Wenezueli jest silnie powiązany z obecnym rządem i armią, a ograniczenie wpływu wojska na przemysł naftowy i szeroko pojętą gospodarkę „może być trudne” — dodaje.

Według szacunków, dzięki dużym inwestycjom produkcja wenezuelska mogłaby potencjalnie podwoić się w ciągu następnej dekady do ponad 2 mln baryłek dziennie, ale nadal to mniej niż połowa produkcji ropy w amerykańskim stanie Teksas.

Na miejscu pozostaje więc na razie tylko jedna amerykańska firma — Chevron — która produkuje około jednej czwartej wenezuelskiej ropy. Na początku lat 2000., kiedy inne firmy zostały zmuszone do wyjazdu, Chevron pozostał, mając nadzieję, że warunki w końcu się poprawią. W ostatnich latach firma stanęła przed szeregiem trudnych zadań wynikających z coraz bardziej napiętych stosunków między Stanami Zjednoczonymi a Wenezuelą. Na przykład w zeszłym roku walczyła o przedłużenie licencji z czasów prezydenta Joego Bidena, która umożliwiłaby jej rozszerzenie działalności w Wenezueli.

Ten gigant naftowy z siedzibą w Houston [w Teksasie] działa w Wenezueli od 1923 r. i prowadzi tam kilka projektów wydobywczych na lądzie i morzu. — Popieramy pokojowe i zgodne z prawem przejście, które wspomoże stabilność i ożywienie gospodarcze — powiedział w sobotę rzecznik firmy Kevin Slagle. — Jesteśmy gotowi do konstruktywnej współpracy z rządem USA w tym okresie i wykorzystania naszego doświadczenia i obecności do wzmocnienia bezpieczeństwa energetycznego USA.

Najnowszy krok Waszyngtonu z pewnością będzie miał globalne konsekwencje. — Jeśli naprawdę podejmiemy działania i zrobimy coś nadzwyczajnego — konfiskatę, nacjonalizację, umożliwienie wejścia amerykańskim firmom i wykorzystanie tego jako narzędzia nacisku w celu uzyskania ogromnych rent od nowego rządu — zmieni to postrzeganie Stanów Zjednoczonych i amerykańskich koncernów naftowych przez resztę świata — mówi Jason Bordoff, dyrektor i założyciel Centrum Globalnej Polityki Energetycznej Uniwersytetu Columbia.

Wydobycie ropy mogłoby teoretycznie pomóc Stanom Zjednoczonym w walce z Rosją (która jest obecnie finansowo uzależniona od sprzedaży ropy) i Chinami (które starają się umocnić swoją pozycję w Ameryce Łacińskiej). Biały Dom koncentruje się jednak obecnie głównie na zyskach dla amerykańskich firm. Te jednak nie mają jeszcze pojęcia, jak można by je osiągnąć.