Szokująca dyskwalifikacja polskiego skoczka w Innsbrucka poruszyła nie tylko polskich fanów, ale cały świat dyscypliny. W końcu pierwszy raz zdarzyło się, by zawodnik został ukarany za użycie zakazanego od ponad trzech lat fluoru. — Na razie nie mamy zielonego pojęcia, skąd na nartach wziął się fluor — mówił Maciej Maciusiak i podkreślał, że w smarze nie mogło być tej substancji.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
— Jesteśmy bardzo zaskoczeni, bo na pewno nie posiadamy takich smarów i mamy zakaz kupowania czegoś takiego. Z tego pomiaru, który został nam przedstawiony, wynika, że musiało być go dużo. To nie są śladowe ilości. Wychodzi na to, jakby ewidentnie było to smarowane fluorem, a przecież tego samego smaru używaliśmy w Garmisch, gdzie przechodziliśmy kontrolę bez żadnego problemu — dodawał polski trener.
Producent smaru odpowiada Polakom
Jeszcze przed konkursem w Innsbrucku szkoleniowiec sugerował, że błąd mógł popełnić producent smaru. „Maciej Maciusiak przekazał, że sprawa fluoru w smarze nart u Pawła Wąska to najprawdopodobniej kwestia zanieczyszczonego/niewłaściwego smaru szwajcarskiej firmy Toko — z certyfikatem i zatwierdzonymi regulacjami” — czytamy w niedzielnym wpisie dziennikarza Jakuba Balcerskiego.
Serwis Sport.pl zwrócił się do firmy TOKO w tej sprawie i uzyskał odpowiedź. „Z naszej strony możemy 100-proc. zagwarantować, że od czterech lat nie sprzedajemy bezpośrednio jako TOKO produktów zawierających stężenie fluoru. Podkreślam: nasza firma na etapie produkcji nie dodaje niczego, co zawiera fluor” — ocenia wprost dyrektor zarządzający Bruno Kernen.
Przedstawiciel szwajcarskiej firmy dodaje bez zastanowienia, że z jego punktu widzenia błąd musiał zostać popełniony w polskiej kadrze. „Według mnie błąd w sytuacji z Pawłem Wąskiem w Innsbrucku popełniono po stronie polskiego sztabu” — analizuje.
Sam skoczek nie ukrywał, że cała sytuacja miała na niego negatywny wpływ. — Byłem w rozsypce. Ta sytuacja mnie dobiła, nie będę tego ukrywał — wyznał na łamach Przeglądu Sportowego Onet.
— Dziś [w niedzielę] narty znów były sprawdzane i wtedy okazało się, że zawinił konkretny smar, który najpewniej źle „wyszedł” już z produkcji. Po pierwszym dzisiejszym teście znów wyszedł wynik pozytywny. Potem narty zabrał serwismen i wyczyścił je, by tego fluoru nie było — tłumaczył Wąsek.