AGNIESZKA KORNELUK: Oczywiście! Odliczałam dni do wylotu do Polski. Łódź od Poznania nie jest daleko, więc na pewno w hali pojawią się członkowie mojej rodziny. Cieszę się, że wylosowałyśmy zespół z Łodzi. Zresztą Fenerbahce do Budowlanych mają szczęście, bo już trzeci raz z rzędu te ekipy rywalizują ze sobą w grupie Ligi Mistrzyń. W ostatnich latach podobne szczęście miał Developres Rzeszów do Imoco Conegliano. Teraz zespół z Włoch rywalizuje w grupie z ŁKS Commercecon Łódź.

Tak, choć nie oglądam wszystkich meczów. Staram się jednak sprawdzać wyniki spotkań. Podobnie jak wszyscy jestem pozytywnie zaskoczona postawą UNI Opole. Fajnie, że pojawił się nowy zespół, który włączył się w walkę o czołowe lokaty. Zobaczymy, jak będzie wyglądała druga część sezonu w wykonaniu Opolanek, zwłaszcza w obliczu poważnej kontuzji ich rozgrywającej [Margaret Speaks tuż przed świętami doznała urazu stawu skokowego, który wyklucza ją z gry do końca sezonu].

Fenerbahce jest jednym z faworytów Ligi Mistrzyń. Czujecie się na tyle silne, żeby po raz pierwszy od 2012 r. sięgnąć po złoto tych rozgrywek?

Zadanie nie jest łatwe, ale patrząc na to, że w całym sezonie przegrałyśmy zaledwie jeden mecz, to uważam, że jesteśmy gotowe do walki o najwyższe cele. Jest ich sporo, gry też będzie dużo, ale myślę, że stać nas na rywalizację o złoty medal Ligi Mistrzyń.

W 2025 r. zdobyła pani mistrzostwo i Puchar Polski z Developresem Rzeszów, przejęła opaskę kapitana reprezentacji, sięgnęła po brązowy medal Ligi Narodów, trafiając do drużyny marzeń tych rozgrywek. Na koniec był triumf w Superpucharze Turcji z nowym zespołem. Rok 2025 był dla Agnieszki Korneluk wymarzonym?

W sylwestra oglądałam zdjęcia z minionego roku i zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście sporo się w nim wydarzyło zarówno pod względem sportowym, jak i pozasportowym. Wiadomo, że zawsze chce się więcej i niedosyt pozostał, ale ogólnie był to bardzo dobry rok i myślę, że mogę być z tych wszystkich osiągnięć zadowolona.

Agnieszka KornelukAgnieszka Korneluk (Foto: Marco Cesario, SIPA USA/Newspix / newspix.pl)

Które trofeum najlepiej pani wspomina?

Każde okazało się na swój sposób wyjątkowe i jednego nie wybiorę. Zdobycie Pucharu i mistrzostwa Polski było dla mnie dużym wyzwaniem. Gdy przechodziłam do Developresu, towarzyszyło mi przekonanie, że to będzie rok, w którym ten klub w końcu sięgnie po mistrzostwo, a nie jak do tej pory po wicemistrzostwo Polski [Rzeszowianki zdobywały je pięć razy z rzędu w latach 2020–24]. Było to dla mnie duże osiągniecie, bo po wielu latach klub w końcu doczekał się złotego medalu, zwłaszcza że ludzie z nim związani mogli mieć w głowach blokadę i przyzwyczaić się do srebra. Wydaje mi się, że pomogłam wnieść do zespołu przekonanie, iż zdobycie mistrzostwa kraju jest możliwe, bo głośno też o tym mówiłam. Później z reprezentacją Polski sięgnęłam po kolejny brązowy medal Ligi Narodów. W Atlas Arenie podczas turnieju finałowego pojawili się członkowie rodziny i moi znajomi. Hala była wypełniona po brzegi i muszę przyznać, że było to niezapomniane przeżycie.

W tym sezonie przeniosła się pani do Turcji. Tamtejsza rzeczywistość życia bardzo odbiega od pani wyobrażeń?

Zawsze chętnie przyjeżdżałam do Turcji, czy to na rozgrywki klubowe czy kadrowe. Tamtejszy klimat mi odpowiada, choć oczywiście jest trochę zaskoczeń, jeśli chodzi o codzienność. Myślę, że już przywykłam do tego życia, choć nadal je odkrywam, ale wiem już coraz więcej i uważam, że dobrze się tutaj zaaklimatyzowałam.

Co zatem było dla pani najbardziej zaskakujące?

Chociażby to, że kiedy wyszłam z domu 1 stycznia, to mimo święta wszystkie sklepy były otwarte, nie tak jak w Polsce. Stambuł to turystyczne miasto, gdziekolwiek się nie wyjdzie, można spotkać turystów. Znajduje się tutaj mnóstwo bazarów. 1 stycznia spadł też śnieg, jednak szybko się roztopił. W mieście jest także mnóstwo kotów. W telefonie mam całą galerię ich zdjęć. Pojawiają się w nieoczywistych miejscach, w galeriach handlowych, sklepach spożywczych czy w korytarzu naszej hali.

Kot wynoszony z hali podczas meczu tureckiej ligi koszykówkiKot wynoszony z hali podczas meczu tureckiej ligi koszykówki (Foto: FOT. SESKIMPHOTO/NEWSPIX.PL / newspix.pl)

Co pani najbardziej ceni w Turcji?

Jedyna rzecz, za którą nie tęsknię, jeśli chodzi o życie w Polsce, to pogoda, bo jestem osobą ciepłolubną. Na przełomie roku w Stambule było tylko kilka stopni na plusie, ale niedługo ponownie na termometrze ma się pojawić 15 stopni. Pogoda naprawdę mi tutaj odpowiada.

A jeśli chodzi o popularność? Da się ją porównać do tej z Tauron Ligi?

Czuję się tutaj bardziej anonimowo niż w Polsce, aczkolwiek zdarza się, że kibice zaczepiają mnie na ulicy. W Nowy Rok jedna z pań powiedziała mi, że kibicuje i ogląda nasze mecze, dodając, że jestem najlepszą środkową na świecie, ale zaraz po… Edzie Erdem. (śmiech) Eda jest tutaj królową, ma nawet swój pomnik. To chyba mówi samo za siebie.

Naprawdę?

Tak, codziennie obok niego przechodzę. Mieszkam w ośrodku zlokalizowanym w okolicach klubu. Obok stadionu piłkarskiego Fenerbahce stoi kilka pomników, w tym właśnie Edy. Pomnik za życia jest dla mnie prawdziwym fenomenem, zwłaszcza że Eda jeszcze nie zakończyła kariery.

Eda ErdemEda Erdem (Foto: FOT. SESKIMPHOTO/NEWSPIX.PL / newspix.pl)

W tym sezonie zadebiutowała pani w Vodafone Sultanlar Ligi w barwach Fenerbahce, w którym aż roi się od gwiazd. Długo zajęła pani aklimatyzacja w drużynie?

Nigdy nie grałam w zespole tak naszpikowanym gwiazdami i myślę, że nie ma wielu takich drużyn na świecie. Nie miałyśmy jednak żadnych problemów z nawiązaniem kontaktu, zwłaszcza że grałam już przeciwko tym zawodniczkom. Wszystko przebiegło naturalnie.

W ekipie występuje pani z takimi siatkarkami jak Melissa Vargas czy Ana Cristina. Jak mogłaby je pani scharakteryzować od tej drugiej, codziennej strony?

Sportowców inaczej odbiera się, gdy ogląda się ich w telewizji, a inaczej przy bezpośrednim kontakcie. Każda z nich jest wartościowym człowiekiem i cieszę się, że mogę je poznać od tej strony.

Pomógł pani fakt, że dyrektorem klubu był Dariusz Stanicki?

Współpraca Stanickiego z Fenerbahce trwała do końca 2025 r., czyli ponad 20 lat. Mieliśmy ze sobą kontakt i czasami łatwiej było rozwiązać pewne kwestie w języku polskim.

A jak idzie pani z językiem tureckim?

Nauczyłam się na razie kilku podstawowych zwrotów typu: jak się masz, dzień dobry, dziękuję i przepraszam. Turecki to niesamowicie trudny język, co potwierdziły też dziewczyny, które są w Fenerbahce już od pięciu lat. Język włoski był dużo łatwiejszy i po dwóch latach gry w Serie A [Korneluk występowała najpierw w Pomi Casalmaggiore, potem w Savino Del Bene Scandicci] mogłam się nim posługiwać. Nie mówię może perfekcyjnie, ale zawsze, gdy lecimy do Włoch, to jestem w stanie się porozumieć. W przypadku języka tureckiego na naukę trzeba poświęcić zdecydowanie więcej czasu.

Magdalena Stysiak podkreślała, że gra w Fenerbahce była jej marzeniem. A co panią szczególnie przyciągnęło do tego klubu?

Fenerbahce to klub, który zawsze walczy o najwyższe cele. Chce wygrać Ligę Mistrzyń, a mnie w turnieju finałowym jeszcze nie udało się wystąpić. Nigdy do tej pory nie otrzymałam też oferty od takiego klubu jak Fenerbahce, dlatego kiedy ją dostałam, to się nie wahałam. Każdy sportowiec chce walczyć o najwyższe cele, również o wygranie Ligi Mistrzyń, dlatego być może uda mi się spełnić moje kolejne siatkarskie marzenie.

Magdalena Stysiak (numer 3) i Dana Rettke (numer 14) w barwach Eczacibasi DynavitMagdalena Stysiak (numer 3) i Dana Rettke (numer 14) w barwach Eczacibasi Dynavit (Foto: FOT. ABACA/NEWSPIX.PL / newspix.pl)

Zdobycie Superpucharu Turcji było pani wyśnionym debiutem?

Tak. Nie był to łatwy mecz, grałyśmy przeciwko VakifBankowi Stambuł i uważam, że ta drużyna będzie naszym najgroźniejszym rywalem. Nasze zespoły rozegrały dotąd dwa spotkania i oba kończyły się wynikiem 3:2 [w finale Superpucharu górą był Fenerbahce, a w lidze VakifBank]. Najważniejsze jest jednak to, że to my zgarnęłyśmy Superpuchar i mam nadzieję, że pójdziemy za ciosem.

Może być pani pewna miejsca w szóstce Fenerbahce w każdym meczu?

Jeśli chodzi o środek siatki, to nasz trener rotuje składem. Przeprowadziłam z nim kiedyś rozmowę i powiedziałam mu, że jestem świadoma, do jakiego zespołu dołączyłam, i jeśli tylko mogę pomóc, to jestem gotowa. O mojej grze decyduje też limit zagranicznych zawodniczek na boisku, bo Alessia Orro i Arina Fiedorowcewa mają pewne miejsca w szóstce. Do gry wraca też Ana Cristina, więc jeżeli ona pojawi się w wyjściowym zestawieniu, to może się okazać, że tak często na parkiecie nie będę się pojawiać. Zobaczymy jednak, jak to wszystko się potoczy. Etap aklimatyzacji mam za sobą i teraz będę mogła rozwinąć skrzydła i pokazać pełnię swoich możliwości.

W lidze tureckiej występuje osiem siatkarek znad Wisły. Była pani zaskoczona, że aż tak dużo Polek zdecydowało się na grę w Turcji?

Do tej pory rzeczywiście pojedyncze zawodniczki decydowały się na grę za granicą, a teraz faktycznie w Turcji jest nas dużo. Myślę, że to dobrze dla reprezentacji Polski, bo możemy się ogrywać na wysokim poziomie.

Fenerbahce jest pani trzecim zagranicznym klubem w karierze, bo wcześniej były występy we Włoszech. W Polsce spędziła pani dziesięć sezonów, za granicą jak na razie trzy. Skąd takie decyzje?

Karierę zaczynałam w Polsce, chociaż już wcześniej, przed moim transferem do Włoch, myślałam o wyjeździe za granicę. Poukładało się jednak tak, że grałam na naszym krajowym podwórku. Potem miałam już większe ambicje i w tamtym momencie liga włoska uchodziła za najlepszą na świecie. Chciałam spróbować swoich sił w Serie A, zwłaszcza że było to dla mnie spełnienie marzeń, a jednocześnie wyzwanie. Cieszę się, że się na to zdecydowałam, jednak tęskniłam za Polską, za domem, rodziną i znajomymi. Jestem rodzinną osobą i myślę, że to także był jeden z głównych powodów, dla których zdecydowałam się na powrót. Skoro jednak w minionym roku ponownie pojawiła się możliwość walki o najwyższe cele, to nie mogłam z takiej okazji nie skorzystać. Postawiłam przed sobą kolejne wyzwanie.

Myślała pani też o kierunku azjatyckim?

Rozmawiałam wcześniej z moim menedżerem, że jestem go ciekawa. Czekałam na ofertę z Azji, jednak jej nie dostałam.

Kiedyś Magda Stysiak mówiła mi, że mimo dużych odległości do przebycia w samym Stambule i napiętego kalendarza udaje jej się spotykać poza halą z innymi Polkami grającymi w Turcji. A jak to wygląda u pani?

Z Magdą spotkałyśmy się niedawno… na lotnisku w Warszawie. Wracałyśmy razem do Stambułu, obie mieszkamy w azjatyckiej części miasta. Miałyśmy wówczas czas na wymienienie się różnymi spostrzeżeniami. W sumie dosyć często widujemy się ze wszystkimi dziewczynami, bo niemal każda z nas gra w innym klubie, co oznacza, że często bezpośrednio się ze sobą mierzymy. Ostatnio umówiłyśmy się z Martyną Czyrniańską na pomeczową kolację. Może nie zdarza się to jakoś bardzo często, ale udaje nam się znaleźć czas na spotkania.

Utrzymuje też pani kontakt z Fabianem Drzyzgą? W końcu występujecie w jednym klubie.

Mijamy się w hali, bo w tej samej trenujemy. Ostatnio pomiędzy treningami udało nam się nawet złożyć sobie życzenia noworoczne.

Wraca pani jeszcze do wydarzeń z minionego sezonu reprezentacyjnego?

W sylwestra wróciłam na chwilę do wspomnień z kadry, ale ogólnie skupiam się na tu i teraz. Pamiętam mecz z Włoszkami w Lidze Narodów w Łodzi, w którym w ogóle nie podjęłyśmy walki z rywalkami. Nie cierpię spotkań, w których choć teoretycznie mój zespół nie występuje w roli faworyta, to nie stara się urwać chociażby seta, aby być zadowolonym przynajmniej ze swojej postawy. Wiedziałyśmy, że to Włoszki są faworytkami. Uważam, że zawsze są szanse i gdy wychodzę na boisko, wierzę w wygraną. Przeciwko mistrzyniom olimpijskim zabrakło nam przekonania, że możemy coś zdziałać. To są mecze, po których boli mnie serduszko.

Na mistrzostwach świata nasza postawa była już lepsza, ale wówczas Włoszki pokazały wielką klasę i udowodniły, że zasługiwały na zdobycie tytułu. To wszystko, co się w lecie wydarzyło, jest już jednak przeszłością, na którą nie mamy wpływu. Pozostaje nam tylko uczyć się od najlepszych.

Zadawała sobie pani pytanie, co by się stało, gdybyście w ćwierćfinale mistrzostw świata zagrały z innym rywalem?

Nie, bo nie lubię takiego gdybania. Warunki, w których przychodzi nam rywalizować, są wynikiem zasad i określonego regulaminu zawodów, których nie można zmienić.

Czy po tym sezonie, w którym sporo Polek zdecydowało się na zagraniczne wyjazdy, kadra jest w stanie zrobić progres na miarę podium mistrzostw Europy?

Mistrzostwa Europy mogą okazać się jeszcze trudniejszym turniejem niż ubiegłoroczny mundial, bo coraz więcej zespołów na Starym Kontynencie czyni progres. Wśród nich są chociażby Francuzki, o których jeszcze do niedawna nikt nie słyszał, a teraz mają za sobą bardzo fajny sezon. Do przodu idą też Niemki oraz Holenderki.

W jednym z wywiadów napomknęła pani, że powoli w pani głowie pojawiają się myśli o zakończeniu kariery. Gdy dostanie pani powołanie od Stefano Lavariniego na najbliższy sezon reprezentacyjny, przyjmie je pani?

Już rozmawiałam z trenerem Lavarinim i myślę, że jeszcze do tego tematu wrócimy, gdy zadzwoni do mnie przed startem rozgrywek. Nie chcę niczego jeszcze ogłaszać. Odpowiem jednak na pani pytanie w ten sposób: gdy tylko otrzymywałam powołanie do reprezentacji, nigdy nie odmawiałam, jeżeli mogłam grać. Dopóki będę grała w siatkówkę, przyjadę też na zgrupowanie kadry, o ile trener uzna, że zasługuję, aby znaleźć się w reprezentacji.

Czyli jest szansa, że zobaczymy panią jeszcze na igrzyskach w Los Angeles?

(śmiech) To jest jeszcze bardzo odległy temat.

Powiedziała pani, że ma pomysł na siebie po zakończeniu kariery i raczej przyszłości nie wiąże ze sportem. Co to zatem będzie?

Pomysłów miałam sporo. Gdy grałam w Impelu Wrocław [w latach 2013–17], to po liceum od razu poszłam na studia. Studiowałam na kierunku coaching fitness & wellness i miałam pomysł, aby otworzyć własne studio treningu personalnego. Bardzo mi się ta wizja podobała, jednak w międzyczasie odkryłam dużo różnych innych pasji niekoniecznie związanych ze sportem. Spełniam się w kuchni, piekąc torty oraz inne słodkości, ale także przygotowuję różne zdrowe potrawy. Myślę o tym, aby po zakończeniu kariery pójść właśnie w tym kierunku.