Korespondencja z Turnieju Czterech Skoczni

Śledzisz Turniej Czterech Skoczni?

Nie. Oglądałem co prawda zawody w Oberstdorfie, ale już wczoraj (rozmawialiśmy w poniedziałek — przyp. red.) byłem w tym czasie na snowboardzie.

Czyli skaczą u ciebie w Innsbrucku, a ty wybierasz snowboard. Obraziłeś się trochę na skoki?

Nie obraziłem się, ale po prostu po tylu latach już mam trochę dosyć tego sportu. To wszystko jest bardzo powtarzalne. Zająłem się innymi rzeczami. Skoki to nie jedyna opcja w życiu.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Czym się w takim razie zajmujesz?

Zaraz po odejściu ze związku, założyłem firmę. Zajmuję się produkcją filmów, np. z wydarzeń sportowych, kręcę też teledyski… W tym roku będę pracował jako operator na igrzyskach w Bormio dla oficjalnego nadawcy. Będę zajmował się skialpinizmem i narciarstwem alpejskim mężczyzn.

Praca na igrzyskach to tak jak w sporcie duże wyróżnienie?

Na pewno większa kamera i większa odpowiedzialność.

Rozmawiamy tuż przed rywalizacją w Bischofshofen. Z jednej strony to pewnie stąd pochodzi jedno z najgorszych wspomnień w twoim życiu, czyli wypadek, ale też jedno z lepszych w skokach. Drugi występ w Pucharze Świata i od razu zająłeś tu szóste miejsce.

Byłem wtedy młodziakiem, miałem 16 lat! Nagle moje nazwisko pojawiło się wśród największych gwiazd. Bardzo lubiłem wieczorne konkursy, a poza tym skocznia w Bischofshofen zawsze mi sprzyjała, choć dla wielu była trudna. Nie każdy umiał tam trafić w próg. Mi na tej skoczni zawsze było jakoś łatwiej, miałem tam dobre czucie.

Ten wynik nie był dla środowiska dużym zaskoczeniem. Już wcześniej jako 15-latek wywalczyłeś choćby srebrny medal mistrzostw świata juniorów. Czułeś się jednym ze złotych dzieci austriackich skoków?

Zupełnie nie. Skakałem i dobrze się bawiłem. Te wyniki po prostu przyszły.

Ale zewsząd na pewno słyszałeś, jak dużym talentem jesteś.

Gdy chodzisz do szkoły w Stams i w swoim roczniku jesteś jednym z najlepszych, walczysz z Gregorem Schlierenzauerem i Mario Innauerem, to zdajesz sobie sprawę, że może wyjść z tego coś większego. Z drugiej strony zastanawiam się, czy ja w ogóle miałem taki cel, by być najlepszym na świecie? Wydaje mi się, że nie do końca o tym myślałem. Robiłem to absolutnie profesjonalnie, ale nie narzucałem sobie presji.

Co cię wyróżniało wśród zawodników z twojego rocznika?

Myślę, że przede wszystkim dobrze radziłem sobie w locie, miałem dobre czucie powietrza. Nawet gdy nie jechałem ze zbyt dużą prędkością, później w powietrzu potrafiłem wiele nadrobić.

Arthur PauliArthur Pauli (Foto: Dominik ANGERER / newspix.pl)

Wspomniałeś o Stams. Ta szkoła, która w środowisku sportów zimowych uchodzi wręcz za legendarną.

W tamtych czasach pewnie tak było. Dzisiaj jest już dużo więcej takich szkół, też w Polsce macie trochę ośrodków, w których można fajnie potrenować. Wtedy faktycznie była elitarna, ale teraz to standardowy poziom.

Z jakimi trenerami tam pracowałeś?

Miałem ogromne szczęście do trenerów. Najpierw trafiłem na Richarda Schallerta, potem po pierwszym roku trenowałem z Wernerem Schusterem. W ostatnim roku był jeszcze Harald Haim, inną grupę prowadził Alex Stoeckl, ale razem jeździliśmy na obozy. Grupa szkoleniowców, którymi dysponowaliśmy, była genialna, mieli naprawdę ogromne kompetencje. To był dobry czas.

Twoja kariera rozwijała się wręcz modelowo…

Nie chcę teraz umniejszać tym sukcesom, ale nigdy nie stałem np. na podium Pucharu Świata. Szło naprawdę dobrze, ale w życiu tak bywa, że jedna sytuacja potrafi wszystko szybko zmienić. Tak jak w moim przypadku wiele zmienił jeden wypadek.

Wypadek, którego skutkiem był wstrząs mózgu, liczne stłuczenia po upadku, a także ucisk płuc. Jak w ogóle do tego doszło?

Tydzień spędziłem na intensywnej terapii… To był mój błąd. Spadła mi narta i w najwyższym punkcie poleciałem na główkę.

Trauma na całe życie?

Myślę, że nie na całe życie, ale w skokach na pewno. Nigdy nie zdołałem wrócić już na dawny poziom. To było dla mnie bardzo męczące, bo celem przestało być lądowanie jak najdalej, tylko po prostu, by wylądować na nogach. W tej sytuacji dalsze uprawianie tego sportu nie miało sensu.

Strach towarzyszył ci przy każdym wejściu na belkę?

Nie, ale bardzo często. Gdy widziałem, że warunki są trochę trudniejsze, skoki natychmiast przestawały być zabawą. Jeszcze długo próbowałem utrzymywać kondycję fizyczną na jak najlepszym poziomie. Potem po dwóch latach próbowałem jeszcze zawalczyć o powrót, ale problemy nasiliły się na tyle, że zdecydowałem się wybrać inną drogę. Założyłem, że jeśli jakkolwiek mam wrócić, to najpierw muszę całkowicie zapomnieć o skokach i jeśli będę miał ochotę, ewentualnie zacząć jeszcze raz.

Widziałeś w ogóle ten skok?

Widziałem go tylko raz, ale było to nagranie od tyłu. Może i dobrze, że ten skok nie był nagrany normalnie, nie chcesz mieć w głowie takich obrazków.

Przestałeś skakać, ale nie odszedłeś ze skoków. Jak to się stało, że zostałeś trenerem Holendrów?

Pamiętam, że zadzwonił do mnie Horst Tielmann i po prostu zapytał, czy nie chciałbym się tego podjąć. Wydaje mi się, że to był niecały rok, odkąd skończyłem skakać. Od początku wiedziałem, że chciałbym zostać przy skokach i przekazywać swoją wiedzę następnej generacji, ale na pewno funkcja trenera głównego Holendrów było wrzuceniem na głęboką wodę. Trochę razem podziałaliśmy, myślę, że wypracowałem sobie pewną bazę, z której później korzystałem w Austrii.

Arthur PauliArthur Pauli (Foto: Jarosław Arczewski / newspix.pl)

Po wielu latach w strukturach austriackiej federacji współpraca z Holendrami musiała być dla ciebie mocnym zderzeniem z rzeczywistością.

Absolutnie. Bardzo dużo czasu spędzaliśmy w samochodach. To był projekt bardzo niskobudżetowy, ale mimo tego myślę, że trochę fajnych rzeczy udało nam się zrobić. Mieliśmy bazę w Austrii, ale też jeździliśmy np. do Szczyku albo do innych miejscowości, w których odbywały się zawody i przedłużaliśmy pobyt. Na pewno był to dość intensywny czas.

Później pracowałeś już dla Austrii.

Zacząłem jako trener w bazie w Innsbrucku. Zajmowałem się raczej prostymi rzeczami, początkowo nie miałem zbyt wielkiej odpowiedzialności. Potem byłem w kadrze B. Miałem duże szczęście, że mogłem pracować u boku Haralda Diessa. Za moich czasów trochę tych zawodników przeszło drogę z FIS Cupu do Pucharu Kontynentalnego. Przykładowo Daniel Huber przetrwał pod naszymi skrzydłami te pierwsze kontuzje. W Pucharze Kontynentalnym byłem asystentem Andersa Widhoelzla. Trochę razem wygraliśmy. tym czasie szyłem też bardzo dużo kombinezonów.

Ostatnie dwa lata przed igrzyskami w Pekinie byłem już w drużynie narodowej. Tam zajmowałem się już wieloma różnymi rzeczami. Był to dość trudny czas, ale na pewno bardzo interesujący. Trochę bardziej zaangażowałem się w kwestie sprzętowe, w rozmowy z FIS. Patrzyłem na skoki z wielu różnych perspektyw, były też sukcesy… W końcu zdecydowałem, że wystarczy.

W międzyczasie Polakom marzyło się, żebyś skakał dla naszego kraju.

Jeśli już dostajesz się do austriackiej drużyny, to wiesz, że stać cię na poziom TOP15 w Pucharze Świata. Nie wiem, jakie warunki były wtedy w Polsce, ale biorąc pod uwagę, co działo się w Stams, nie wiem, czy gdziekolwiek mógłbym trafić lepiej. Mój tata jest wielkim polskim patriotą, więc na pewno by się ucieszył, ale zawsze był to temat bardziej medialny.

Nigdy nie było żadnych rozmów w tym temacie?

Nie, absolutnie nic wielkiego się nie działo.

Często odwiedzasz Polskę?

Tak, nadal mam w Polsce rodzinę. We Wrocławiu mam wujka, kuzyna, kuzynkę, a w okolicach Jeleniej Góry mieszkała moja babcia. Wcześniej w lecie albo nawet dwa razy do roku jeździliśmy do Polski. Jeszcze, gdy byłem narciarzem alpejskim, we współpracy z klubem Śnieżka Karpacz wyjeżdżaliśmy na obozy. Pamiętam, że byliśmy w Kołobrzegu. Razem z bratem biliśmy tyczki slalomowe w piachu.

Kiedy już po zakończeniu kariery, śledziłeś kolegów z dawnych lat, jak choćby Gregora Schlierenzauera, zdarzało ci się gdybać, zastanawiać, w jakim miejscu byłbyś dziś, gdyby nie wypadek?

Nigdy nie myślałem o tym ten sposób, to nic nie daje. Bardzo cieszę się z miejsca, w którym jestem teraz. Ten wypadek na pewno nie był czymś pozytywnym, ale po tym, jak przestałem skakać, mogłem doświadczyć wielu innych rzeczy. Kiedy jesteś w tej „bańce”, skoki wydają się najważniejsze na świecie, ale gdy z niej wychodzisz, widzisz, że poza sportem jest inne życie. To niesamowite, ile jest możliwości do wykorzystania.