Tylko w ostatnich dniach odpowiedziało na to pytanie dwoje kluczowych polityków w swoich krajach — wysuwających roszczenia wobec obfitującej w metale ziem rzadkich i surowce energetyczne Grenlandii Stanach Zjednoczonych oraz Danii, która obejmuje największą wyspę świata swoją suwerennością.
Najpierw temperaturę wokół arktycznej wyspy podgrzała w dniu ataku USA na Wenezuelę Katie Miller, żona zastępcy szefa personelu Białego Domu Stephena Millera. 3 stycznia opublikowała ona na portalu X mapę Grenlandii jako terytorium USA z dopiskiem „Wkrótce”.
Dwa dni później premier Danii Mette Frederiksen w wywiadzie dla duńskiej stacji TV2 stwierdziła, że jeśli USA zdecydują się zaatakować inny kraj NATO — a tym byłoby de facto zajęcie Grenlandii — to będzie to końcem NATO oraz systemu bezpieczeństwa obowiązującego od II wojny światowej.
Na fali tej samej awantury Stephen Miller w wywiadzie dla CNN oświadczył, że „aby USA mogły zabezpieczyć region Arktyki, chronić i bronić NATO i interesów NATO, Grenlandia powinna być częścią Stanów USA”, dodając, że „nikt nie będzie walczył militarnie z USA o przyszłość Grenlandii”.
W tym miejscu warto zauważyć, że ewentualnym dołączeniem do USA nie są zainteresowani sami Grenlandczycy. „Koniec z presją. Koniec z insynuacjami. Koniec z fantazjami o aneksji” — zareagował na amerykańskie zapędy premier wyspy Jens-Frederik Nielsen.
Ignorujące stanowisko Grenlandczyków słowa Millera stanowią bezpośrednie potwierdzenie wyrażonej w najnowszej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA zamiaru objęcia strefą wpływów zachodniej półkuli świata. Wszak ok. 95 proc. Grenlandii należy do zachodniej hemisfery.
Prawdziwe są słowa Millera dotyczące spodziewanego braku militarnej reakcji Europy na ewentualne kroki USA. Trudno wyobrazić sobie, żeby kraje Unii Europejskiej podjęły decyzję o zbrojnej odpowiedzi na ewentualne zajęcie Grenlandii przez Amerykanów. Skonfliktowana wewnętrznie i słaba militarnie Europa nie stanowi dla USA wyzwania ani pod względem swojej decyzyjności, ani siły zbrojnej.
Samo przypuszczenie, że Europa zdobyłaby się na militarną odpowiedź Amerykanom, należy dziś zaliczyć do kategorii absurdu. Dla uporządkowania faktów warto jednak nadmienić, że Grenlandia leży mniej więcej w równej odległości, około 2 tys. km, od najbliższych granic i USA i Europy. Jednak z tych dwóch organizmów tylko Amerykanie posiadają wystarczające środki logistyczne, aby prowadzić skuteczne operacje tak daleko od swojego terytorium i w tak skomplikowanych warunkach klimatycznych.
Prawdziwe są też słowa Mette Frederiksen. Formalnie Dania jest sojusznikiem USA w ramach Sojuszu Atlantyckiego. Jak już napisałem, Grenlandia jest też objęta parasolem bezpieczeństwa NATO. Zajęcie wyspy przez Amerykanów oznaczałoby więc sytuację, w której jeden z sojuszników atakuje drugiego. Tym samym złamany zostałby fundament sojuszu. NATO de facto przestałoby istnieć.
Konsekwencje braku obrony przez Europejczyków sojuszniczego terytorium oraz demontażu NATO sięgałyby oczywiście dalej niż tylko utrata Grenlandii.
Zielone światło dla Rosji
Po pierwsze, USA stałyby się dla Unii Europejskiej państwem wrogim. Trudno inaczej nazwać kraj, który dokonałby inwazji na terytorium zależne jednego z członków tej organizacji. Każdy z krajów UE stanąłby więc przed dylematem — czy solidarnie z unią uznać Waszyngton za wrogą stolicę, czy też udawać, że nic się nie stało i dalej traktować USA za swojego sojusznika.
Druga opcja skazywałaby taki kraj na marginalizację w UE. Podkreślam to, ponieważ jest to dokładnie ten dylemat, przed którym stanęłaby uznawana za proamerykańską Polska. Nie jest wykluczone, że takich krajów byłoby więcej, co prowokowałoby kolejne pęknięcia w i tak niespójnej unii. Na rozbicie UE grają dziś zarówno Amerykanie, jak i Rosjanie.
Zajęcie Grenlandii przez Amerykanów miałoby jeszcze jedną, niezwykle poważną konsekwencję. Ostatecznie ustawiając się w kontrze do UE, Waszyngton dałby wszystkie zielone światła Moskwie do ustanawiania własnej „strefy wpływów”.
W tej kwestii Kreml nie zmienił swojego stanowiska od grudnia 2021 r., kiedy tuż przed pełnoskalową inwazją na Ukrainę Rosjanie stawiali Zachodowi warunki, które mogłyby powstrzymać ich przed atakiem. Wśród nich było nie tylko objęcie swoimi wpływami Ukrainy, ale i całej Europy Środkowo-Wschodniej, włącznie z Polską, z której miałyby zostać wycofane wszelkie instalacje NATO.
W tym sensie wtargnięcie Amerykanów do Grenlandii oznacza koniec świata, jaki znamy.