• Narzucony limit wynagrodzeń dla lekarzy – zdaniem rzecznika NIL dr. Jakuba Kosikowskiego – mógłby wypchnąć z Polski wysoko wyceniane specjalizacje i procedury, zmuszając pacjentów do leczenia za granicą;
  • Dane AOTMiT pokazują, że typowe zarobki lekarzy są znacznie niższe niż 50-100 tys. zł, a skrajne stawki – jak wskazał rzecznik – wynikają z mechanizmów finansowania świadczeń;
  • Zamiast limitów płac NIL dr Kosikowski zapostulował o powiązanie finansowania z jakością i wynikami leczenia.

Jesienią ubiegłego roku Ministerstwo Zdrowia rozważało wprowadzenie limitu wynagrodzeń lekarzy w wysokości 48 tys. zł miesięcznie, jednak ostatecznie wycofano się z tego projektu. Przyczyną był ostry sprzeciw środowiska lekarskiego.

Jak ocenił w rozmowie z „Wyborcza. biz” rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej dr Jakub Kosikowski pomysł administracyjnego limitu wynagrodzeń lekarzy byłby rozwiązaniem szkodliwym systemowo. „Są specjalizacje i zabiegi, które w skali europejskiej czy światowej są po prostu wyceniane bardzo wysoko. Jeżeli wprowadzimy sztywne ograniczenie, to pojawi się ryzyko, że część procedur po prostu wypadnie z Polski. Zamiast leczyć pacjentów u nas, będziemy ich wysyłać na operacje do Niemiec albo do Stanów, bo nie będzie komu ich robić na miejscu” – ocenił rzecznik NIL.

Kosikowski zwrócił uwagę, że uogólnienie, według którego lekarze masowo zarabiają 50-100 tys. zł nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością.
 „Jeśli opieramy się na oficjalnych danych rządowej Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, to mediana kontraktu lekarza specjalisty wynosiła we wrześniu 2024 r. 24 600 zł brutto. Mediana wynagrodzenia na umowie o pracę, z dyżurami i wszystkimi pochodnymi, to 21,5 tys. zł. Do tych 50 tysięcy mamy jeszcze naprawdę spory dystans” – wskazał lekarz.

Dlaczego kardiolog z Konina zarabia 200 tys. miesięcznie? Rzecznik NIL tłumaczy

Rozmówca „Wyborcza.biz” podkreślił, że skrajnie wysokie wynagrodzenia są konsekwencją sposobu finansowania świadczeń, a nie indywidualnych decyzji lekarzy. Wskazał tu na głośny medialnie przykład szpitala w Koninie (woj. wielkopolskie). Jak opisywano w sierpniu ub.r. konińska placówka ograniczyła przyjęcia nowych pacjentów onkologicznych, tłumacząc to problemami finansowymi. Jednocześnie pojawiła się informacja, że płaci kardiologowi 200 tys. zł miesięcznie. „Dyrektorka szpitala w nagraniu, które krążyło po mediach, powiedziała zupełnie wprost: jej się opłaca zapłacić temu kardiologowi 200 tys. zł, bo on robi procedury za 2 mln zł miesięcznie. Dzięki temu kardiologia generuje około 17 mln zł nadwyżki rocznie i szpital może utrzymać oddziały deficytowe, czyli te na których 'nie opłaca się leczyć’. Słowem: mamy system, w którym lekarze z tych „złotych” specjalizacji są między szpitalami wyrywani sobie z rąk. Każdy dyrektor chce ich mieć, bo nawet jak zapłaci 200 tys. zł, to i tak zostaje mu 1,8 mln zł przychodu. – wyjaśnił dr Jakub Kosikowski.

Jednocześnie rzecznik NIL skrytykował ogromne dysproporcje płacowe w zespołach medycznych. „Medycyna jest grą zespołową. To nie jest tak, że jeden lekarz kładzie ręce na pacjenta i go uzdrawia. Najpierw ktoś tego pacjenta diagnozuje. Potem konsultuje, dopasowuje mu leki. Pielęgniarka się nim zajmuje, fizjoterapeuta go rehabilituje, pielęgniarka anestezjologiczna i instrumentariuszka asystują na bloku. Diagnosta robi badania, ratownik przywozi pacjenta do szpitala. To jest praca wielu ludzi. Jeżeli w takim zespole jedna osoba zarabia 100 tys. zł, a reszta 5-10 tys. zł, to jest to głęboko patologiczne i destrukcyjnie działa na cały zespół” – ocenił.

Co zamiast limitów wynagrodzeń?

Jako alternatywę dr Kosikowski zaproponował wzmocnienie kontroli jakości i powiązanie finansowania z wynikami leczenia. „Dużo bardziej zasadne wydaje nam się wprowadzenie realnych mechanizmów kontroli jakości, zamiast likwidowania bodźców do wydajności. Na przykład ograniczenie liczby pacjentów na godzinę, żeby wizyty nie były 'po łebkach’, obowiązek rzetelnego raportowania – ile szpital ma zakażeń, powikłań, reoperacji czy śmiertelności okołooperacyjnej. Można by też monitorować wskaźniki typu odsetek udanych biopsji. I dopiero wtedy powiązać finansowanie z wynikami” – powiedział rzecznik NIL „Wyborcza.biz”.

Posłuchaj:

Źródło: „Wyborcza.biz”.