Bruno Prusaczyk to rocznik 1945. Pochodzi z ziemi kurpiowskiej, spod Ostrołęki. Do Ameryki wyemigrował w 1969 r. Początki były trudne, bo na dolary musiał się mocno i fizycznie napracować w fabryce. Od dziecka lubił sport, szczególnie piłkę ręczną, ale kochał też futbol. Kiedy w 1984 r. powstała polonijna drużyna Polonia Hartford, poszedł na jej pierwszy, ligowy mecz. Trenerem był jego kolega, który po zakończeniu potyczki w 3. lidze amatorskiej stanu Connecticut zapytał, czy w związku z tym, że nie mieli osoby odpowiedzialnej za finanse, nie chciałby zostać skarbnikiem. Zgodził się i tak zaczęła się jego kilkudziesięcioletnia przygoda z drużynami — bo w latach późniejszych Polonia przeistoczyła się w Polonia Falcon New Britain — która była mistrzem Connecticut Soccer League (1989, 1992) czy mistrzem CSSA Open Cup (1992–94).

— Graliśmy bardzo dobrze i robiliśmy awans za awansem. W latach największych sukcesów trenerem był u nas dwukrotny reprezentant Polski i zawodnik Gwardii Warszawa Krystian Michallik. Zrobił tu dobry zespół praktycznie z niczego. Trzymał żelazną dyscyplinę: u niego nikt nie spóźniał się nawet na trening — mówi Prusaczyk.

Warto zauważyć, że najlepszym strzelcem zespołu był syn Michallika Janusz, który dziś jest cenionym ekspertem ESPN i TVP Sport oraz 44-krotnym reprezentantem USA. W zespole grał także mistrz Polski z Ruchem Chorzów Leszek Wrona, który z powodzeniem prowadzi teraz własną akademię AJAX Premier w Bristolu. — Byli jeszcze inni chłopacy z pierwszej i drugiej polskiej ligi. W tamtych czasach było łatwiej o ich sprowadzenie, bo załatwialiśmy im pracę. Mogli tu zacząć nowe życie — zdradza Prusaczyk.

Z dalszej części tekstu dowiesz się między innymi, co robił Adam Małysz na plaży w Miami i który słynny polski trener wręczał nagrody w stanie upojenia, oraz za co Henryk Kasperczak był gotów zapłacić 70 dol.

Bal Sportowca 2012 w klubie Wisła w Garfield. Jedenastka Roku i działacze ZPKP na pamiątkowej fotce m.in. z trenerem Waldemarem Fornalikiem (stoi piąty z lewej), Tomaszem Adamkiem (dziewiąty z lewej) czy Mateuszem Miazgą (szesnasty z lewej). Wojciech Ziębowicz pierwszy z lewej z mikrofonem. Bal Sportowca 2012 w klubie Wisła w Garfield. Jedenastka Roku i działacze ZPKP na pamiątkowej fotce m.in. z trenerem Waldemarem Fornalikiem (stoi piąty z lewej), Tomaszem Adamkiem (dziewiąty z lewej) czy Mateuszem Miazgą (szesnasty z lewej). Wojciech Ziębowicz pierwszy z lewej z mikrofonem. (Foto: Przegląd Sportowy)

W klubowej kasie pod opieką Prusaczyka także wszystko się zgadzało. Pozyskiwane przez niego fundusze pozwoliły drużynom się rozwijać, założyć piłkarską akademię i zbudować wysokiej klasy oświetlony obiekt na Polance Sokołów w New Britain. To właśnie na tym stadionie w 1988 r. odbył się towarzyski mecz USA — Polska, który obejrzało ponad 10 tys. widzów. — Wygraliśmy 2:0 po dublecie Romana Koseckiego. Trenerem był Wojciech Łazarek, a w składzie m.in. dzisiejszy selekcjoner Polski Jan Urban, Waldemar Prusik, Ryszard Tarasiewicz, Jacek Ziober, Dariusz Wdowczyk, Józef Wandzik czy Andrzej Rudy — wylicza działacz.

Większość pieniędzy na rozwój Polonii pochodziła od firm i indywidualnych sponsorów, ale Prusaczyk wpadł także na pomysł, aby cyklicznie organizować sportowe bale. — Jak robić imprezy, żeby na nich zarobić, nauczyłem się od polonijnego stowarzyszenia harcerzy, którym kiedyś też pomagałem. Początkowo były dwie: jedna latem, druga zimą. W stolicy stanu Connecticut Hartford mieścił się Polski Dom Narodowy i to właśnie tam miały miejsce. W latach świetności gromadziło się na nich nawet 250 osób — wspomina Prusaczyk.

Aby przyciągnąć uwagę polonijnego kibica, czyniono starania, żeby na imprezach nie brakowało honorowych gości z Polski. Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, Jan Domarski, Henryk Kasperczak, Włodzimierz Lubański, Adam Nawałka, Jan Tomaszewski — to tylko niektóre z osób, które na przestrzeni lat odwiedzały gościnne New Britain. Równolegle z bankietami rozgrywano także towarzyskie mecze i turnieje, w których raz wystąpiły nawet Orły Górskiego. — Jednego roku przyszło 1200 kibiców, czego się kompletnie nie spodziewaliśmy. O 18 zabrakło nam jedzenia! Musieliśmy jechać do sklepu i dowozić — śmieje się 80-latek.

Największym zaszczytem dla Prusaczyka były odwiedziny Ireny Szewińskiej i Kazimierza Górskiego. Na bankiecie w Sokolni w New Britain dostali prezenty od głównego sponsora klubu Bogdana Nozewskiego, który miał masarnię i sklep z wędlinami. — Na drugi dzień nasi chłopcy mieli ligowy mecz i pan Kazimierz wszedł do szatni i zrobił im odprawę. Dostali taki zastrzyk energii, że rozbili przeciwnika w puch! — odnotowuje Prusaczyk, który za swoje liczne zasługi w marcu 2026 wstąpi w poczet stanowej piłkarskiej Galerii Sław (Connecticut Soccer Hall of Fame).

New Jersey, czyli piłkarski związek, turnieje Deyny i Górskiego oraz bale!

Nie ma w okolicach metropolii nowojorskiej osoby ze środowiska polonijnego, która nie zna Wojciecha Ziębowicza. „Redaktorek amatorek” — jak o sobie mówi — pochodzi ze Szczecina, gdzie wyróżniał się piłkarsko jako junior Arkonii Szczecin. Talent zaowocował transferem do GKS Katowice i powołaniem do kadry U-19, gdzie rozegrał sześć spotkań u boku takich piłkarzy jak Henryk Miłoszewicz, Stanisław Terlecki czy Marek Dziuba. Groźna kontuzja złamania nogi i komplikacje podczas leczenia sprawiły, że do wielkiego futbolu drzwi się przed nim zamknęły i w 1985 r. wyjechał za ocean. — Przybyłem tu na zaproszenie byłego piłkarza Arkonii Szczecin Kazimierza Gradka, który odbierając mnie z lotniska JFK w Nowym Jorku, powiedział, że w USA trzeba zapomnieć o piłce. Tu liczy się praca — wspomina Ziębowicz.

Zamieszkał w jednym z czterech pokojów budynku należącego do Wisły Garfield: jednego z polonijnych klubów piłkarskich w New Jersey. W trzech z nich spało po czterech piłkarzy, a czwarty zarezerwowany był dla… Krzysztofa Krawczyka. Piosenkarz, który łączył pracę na budowie z występami w klubie nocnym Vistula, mieszkał ze swoją dziewczyną Ewą, która była tam barmanką. — Od początku jako jeden z filarów pierwszej drużyny Wisły włączyłem się społecznie w działalność klubu. Przez kilka lat trenowałem drużyny młodzieżowe, byłem także wiceprezesem — wylicza szczecinianin.

W następnych latach zaczął współpracować z polonijnymi mediami jako korespondent sportowy. W 1988 r. pojechał z Wisłą na mistrzostwa drużyn polonijnych do Chicago. Ekipa z NJ odpadła po fazie grupowej, więc namówiono go, aby zasilił szeregi zespołu dziennikarzy chicagowskiego tygodnika „Sport Review”. Choć czy można zasilić skład ekipy, w której gościnnie grali Krzysztof Sobieski, Kazimierz Deyna, Robert Gadocha, Włodzimierz Lubański czy Adam Nawałka?

— W pewnym momencie meczu finałowego z Orłami Chicago Kaziu Deyna wypuścił mnie w uliczkę, tak jak Lewandowski Kubę Kamińskiego w starciu Polski z Holandią. Już widziałem piłkę w bramce, ale w ostatniej chwili — przez tartanowe boisko — podskoczyła i przestrzeliłem w taki sposób, że kilka tysięcy widzów śmiało się przez parę minut! Na szczęście Lubański z karnego strzelił jedynego gola i pod wodzą pana Kazimierza Górskiego wywalczyliśmy mistrzostwo USA drużyn polonijnych — wyjaśnia z humorem Ziębowicz.

Wiosną 1989 wpadł na pomysł, aby pod patronatem „Sport Review” zorganizować towarzyski mecz reprezentacji polonijnych seniorów i młodzieży do lat 23. Idea doczekała się realizacji (seniorzy wygrali 1:0 po golu Leszka Wrony), a jej pokłosiem było założenie Związku Polonijnych Klubów Piłkarskich. — ZPKP istnieje do dziś i ma się dobrze. To jedyna taka przypominająca wielką piłkarską rodzinę organizacja na całym świecie. Wraz z Władysławem Guziewiczem z Polonii Hartford zostaliśmy wiceprezesami, a na czele stanął były żołnierz armii gen. Andersa i kierownik Orła Filadelfia Tadeusz Suchodolski: człowiek z wielką klasą, który po wojnie założył w Anglii drużynę Cracovia Coventry — mówi Ziębowicz.

Na tym pomysły Ziębowicza się nie skończyły, bo od 1990 r. zajął się — wraz z członkami ZPKP — organizacją Memoriału Kazimierza Deyny. Każdego lata na Polance Sokołów w Somerville gromadziły się tysiące Polonusów ze wszystkich stron Wschodniego Wybrzeża, aby wspierać w walce swoich ulubieńców. — Chłopaki najpierw bezpardonowo walczyły przeciw sobie, a potem razem piwkowały i spały w namiotach na Polance. Zrodziły się przyjaźnie, które trwają do dzisiaj. Ten turniej to także hołd dla Kazia Deyny, z którego w Polsce — zarówno Roman Kołtoń w swojej książce, jak i Janusz Marciniak w filmie — niesłusznie zrobili nieuka i alkoholika — podsumowuje Ziębowicz, który w miarę upływu czasu odłożył na bok piłkarskie korki i złapał za mikrofon, dzięki czemu zyskał przydomek „polonijnego Jana Ciszewskiego”.

W rolę spikera wciela się m.in. podczas Memoriałów Kazimierza Górskiego, które odbywają się zimą nieprzerwanie od 2005 r. Wszyscy uczestniczący w nim piłkarze pamiętają jego słynne: „Uważajcie na nogi, bo jutro trzeba iść do pracy!”. Przy okazji turniejów Ziębowicz i spółka postanowili zorganizować także Bal Piłkarza. Od 33 lat podczas tej właśnie imprezy wyróżniani są zawodnicy, działacze, trenerzy, sponsorzy oraz wybierana jest Jedenastka Roku. — Nie chodziło nam o pieniądze, ale o uhonorowanie tych wspaniałych ludzi, którzy poświęcają się dla polonijnego futbolu. Wyszła z tego piękna uroczystość. Pewnego razu goszczący u nas wicekonsul Ryszard Adamczyk powiedział: „Boże, jaki wy tu macie piękny bal! Zupełnie jak Gala Mistrzów Sportu w Polsce, tylko z samymi piłkarzami!” — mówi Ziębowicz.

Bale, które przez długie lata cieszyły się tak wielkim powodzeniem, że brakowało na nie biletów, odwiedzali nie tylko dyplomaci. Lista piłkarskich sław, które przylatywały do New Jersey na zaproszenie ZPKP, jest długa i imponująca: Janusz Kupcewicz, Antoni Piechniczek, Waldemar Fornalik, Adam Topolski, Janusz Sybis, Radosław Majdan, Cezary Kulesza, Kazimierz Kmiecik, Zdzisław Kapka, Mirosław Bulzacki, Robert Warzycha, Mateusz Miazga, Piotr Nowak, Piotr Świerczewski, Sebastian Mila, Miłoszewicz, Lubański, Lato, Tomaszewski, Kasperczak, Domarski, Andrzej Szarmach i wielu innych. W związku z tym Ziębowicz w swojej pamięci pielęgnuje całe archiwum ciekawostek i anegdot. Obecnie przelewa to wszystko na papier i już wkrótce światło dzienne ujrzą dwie kroniki sportu polonijnego w Stanach.

— Czytelnicy będą mogli zapoznać się z rysami historycznymi wszystkich klubów i opisem rozmaitych wydarzeń, takich jak incydent samochodowy w 2007 r., w którym o mały włos nie zginęła żona Grzegorza Laty, czy gromkie „Sto lat” odśpiewane przez tysiące kibiców boksu Domarskiemu i Lubańskiemu przed jedną z walk Tomasza Adamka — wylicza kronikarz, który prywatnie mocno zaprzyjaźnił się z Januszem Kupcewiczem: gościł nawet w Gdyni na jego 50. urodzinach, gdzie komentował mecz Chicago/Nowy Jork — Przyjaciele Kupcewicza.

Podczas imprez fundusze zbierano nie tylko na rozwój polonijnej piłki, ale i cele charytatywne. W 2007 r. na balu w licytacji pamiątkowych przedmiotów uzbierano 5 tys. dol., które do Polski zabrał Grzegorz Lato. Przekazał je rodzicom Mateuszka, który wpadł pod tramwaj i stracił nogę. Była to pierwsza transza funduszy, które pozwoliły mu zacząć marzyć o protezie.

— Kilkakrotnie braliśmy także udział w mistrzostwach świata drużyn polonijnych i kiedy zobaczyliśmy, że ekipom z Białorusi, Litwy czy Ukrainy brakowało jednolitych strojów, składaliśmy się, kupowaliśmy i wysyłaliśmy im komplety oraz buty piłkarskie. To było szlachetne z naszej strony, ale inaczej być nie mogło, bo choć mieszkamy w różnych zakątkach świata i być może mamy różne poglądy, to tworzymy wielką i wspierającą się rodzinę piłkarską — wyjaśnia pan Wojciech, który latem 2023 r. spełnił swoje marzenie, komentując na żywo mecz programu „Gramy dla Polski” w USA wraz z Dariuszem Szpakowskim.

Osobiście dla Ziębowicza najważniejsze były jednak spotkania z innym gościem specjalnym ZPKP — Kazimierzem Górskim. — To był wspaniały, piękny człowiek. Janek Tomaszewski słusznie nazywał go „papieżem polskiej piłki”. Kochał ludzi, miał to wypisane na twarzy. Można było rozmawiać z nim na wszystkie tematy. Kiedyś na spotkanie z nim w Polskim Domu w Passaic przyszło 800 osób. Długo i cierpliwie odpowiadał na pytania, aż w pewnym momencie jego syn Darek mówi do mnie: „Wojtuś, zrób coś, żeby odstawił już mikrofon, bo się męczy, a zdrowie już nie to”. Kiedy go o to poprosiłem, odłożył mikrofon, ale tylko na chwilkę! Złapał oddech i mówił dalej przez 30 minut, za co otrzymał owację na stojąco! — kończy Ziębowicz, który za swoje zasługi został uhonorowany m.in. Złotym Mikrofonem, Złotym Piórem oraz licznymi odznakami PZPN.

Chicago, czyli najgorętszy towar w mieście

Chicago, stan Illinois, 1998 r.. Liczna, zamieszkująca tę amerykańską metropolię Polonia w drodze do pracy słucha radia 1030AM po polsku, w domu ogląda telewizję Polvision z programami w naszym języku oraz oszczędza dolary, aby raz na jakiś czas wysyłać paczkę do Polski za pośrednictwem firmy spedycyjnej Polamer. Wszystko dzięki Walterowi Kotabie, amerykańskiemu przedsiębiorcy polskiego pochodzenia, który na wyżej wymienionych polonijnych biznesach zbił fortunę.

Wśród setek zatrudnianych przez niego ludzi jest Jacek Zieliński. Oprócz personaliów z byłym zawodnikiem Legii Warszawa i reprezentantem Polski w piłce nożnej lub obecnym trenerem Korony Kielce łączy go zamiłowanie do sportu. Do radia Kotaby trafił w 1991 r. i od tamtej pory na falach eteru z pasją i erudycją relacjonuje rozmaite wydarzenia sportowe (tj. zimowe igrzyska olimpijskie w Salt Lake City). — Był to czas prężnie działającej Polonii, silnej pod względem biznesowym. Sprzyjały temu zarówno koniunktura ekonomiczna, jak i liczni sponsorzy, dzięki którym można było pozyskiwać naprawdę duże środki finansowe — zdradza Zieliński.

Pieniędzy było tyle, że jego redakcyjny kolega Leszek Dorosz bez problemu mógł wybrać się w delegację do Warszawy, aby relacjonować na żywo przebieg plebiscytowych Gal podczas Balów Mistrzów Sportu „Przeglądu Sportowego”. Podczas jednej z nich — właśnie w 1998 r. — poznał Piotra Nowaka, który był świeżo po podpisaniu kontraktu z beniaminkiem MLS Chicago Fire. — Właśnie wtedy padła sugestia, aby takie imprezy organizować także i u nas, w Wietrznym Mieście — wyjaśnia radiowiec.

Goście honorowi na jednym z balów w Chicago. Od lewej: Robert Warzycha, Zygmunt Kukla, Janusz Peciak, Grzegorz Lato, Leszek Dorosz, Jacek Zieliński i olimpijczycy z Chicago: Krystyna Kacperczyk, Stefan Kapłaniak i Barbara Zięba.Goście honorowi na jednym z balów w Chicago. Od lewej: Robert Warzycha, Zygmunt Kukla, Janusz Peciak, Grzegorz Lato, Leszek Dorosz, Jacek Zieliński i olimpijczycy z Chicago: Krystyna Kacperczyk, Stefan Kapłaniak i Barbara Zięba. (Foto: Przegląd Sportowy)

Od słów przeszli do czynów i między 1998 a 2025 r. odbyło się aż 15 edycji wydarzenia o nazwie Bal Sportu. Impreza od początku zyskała prestiż i według Zielińskiego była równie ekskluzywna (oczywiście jak na warunki polonijne) co jej świetna odpowiedniczka w Polsce. Wszystko dzięki rozmachowi organizacyjnemu. — Mój system polegał na tym, że dokładałem wszelkich starań, aby tutejsze środowisko, idąc na bal, czuło się mocno dowartościowane. Przeprowadzaliśmy swój własny plebiscyt sportu polonijnego z naciskiem na piłkę nożną oraz ściągaliśmy naprawdę prestiżowych gości z Polski: zarówno z kręgów sportu, jak i wykonawców muzycznych. Starałem się także o to, aby wydarzenie miało medialny patronat w Polsce. Często gościli więc u nas Janusz Basałaj z Canal+, Paweł Zarzeczny z „Super Expressu”, Janusz Atlas z magazynu „Piłka Nożna” i rzecznik PKOl Rysiu Starzyński. Raz patronem był też „Przegląd Sportowy”. Z Polski przyleciał wówczas redaktor Jacek Kmiecik — wylicza Zieliński.

Jak podkreśla, początkowo działali nieco spontanicznie, ale dzięki uwarunkowaniom finansowym — w Polsce ludziom nie wiodło się wówczas tak dobrze jak dziś — udawało się sprowadzać na bale gwiazdy najwyższego formatu. Oprócz przelotu i pobytu w Chicago organizatorzy pokrywali także kilkudniowy pobyt wakacyjny w Las Vegas lub na Florydzie. Nic więc dziwnego, że na tak ponętne oferty skusiły się takie tuzy sportu, jak: Włodzimierz Lubański, Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, Włodzimierz Smolarek czy Andrzej Niemczyk z kilkoma siatkarkami. — Jednego roku przylecieli też Jurek Kulej z Marcinem Najmanem. Ten drugi trafił do nas prywatnie. Był wówczas jeszcze niezbyt znany, ale zostawił po sobie dobre wrażenie — mówi radiowiec.

Gwiazdy estrady, które na przestrzeni lat oklaskiwano w salach balowych na Jackowie i na innych przedmieściach Chicago, również były przedniego formatu. W gronie wykonawców uświetniających gale byli m.in.: Norbi, Natalia Kukulska, Małgorzata Ostrowska czy Majka Jeżowska. Na scenie wystąpili także muzycy z zespołu Papa Dance, co było o tyle ciekawe, że nastąpiło to już po formalnym rozpadzie grupy. Dla potrzeb balu zrobili wyjątek i zagrali wspólnie po raz ostatni. — Tych specjalnych okazji było więcej, bo np. dla pana Kazimierza Górskiego ściągaliśmy Bohdana Łazukę. Z tego powodu tamta edycja miała największą frekwencję. Mimo iż dwie sale nie miały bezpośredniego dostępu do sceny — trzeba było przejść przez korytarz — sprzedaliśmy wówczas 1100 biletów — zdradza Zieliński.

Nie może więc dziwić, że wejściówki na prestiżowy Bal Sportu przez wiele lat były najgorętszym towarem w mieście. Magnes stanowili wspomniani wyżej celebryci, do których dostęp był wówczas dużo łatwiejszy niż teraz. Zieliński ubolewa, że aby dziś coś załatwić, trzeba przejść przez dziesięciu menedżerów, z których każdy jest od czegoś innego. — Wcześniej wystarczyło z polecenia Atlasa zadzwonić do Rzymu i na następnym balu gościł u nas Zbyszek Boniek z żoną Wiesławą. Zibi przyleciał trzy tygodnie przed imprezą, bo najpierw chciał odwiedzić i doglądnąć swoje wyścigowe kłusaki — tłumaczy dziennikarz, według którego kluczem do sukcesu było także zapraszanie sław z osobami towarzyszącymi. — Paweł Janas był u nas z Małgosią. Janek Tomaszewski ze swoją aktualną wówczas żoną. Heniu Kasperczak także. One elegancko kontrolowały swoich małżonków i w razie jakiejkolwiek potrzeby bez problemu pacyfikowały naszych bohaterów.

W miarę upływu czasu wymagania sprowadzanych znad Wisły gości rosły, a lokalne zainteresowanie malało. W 2010 r. odszedł także Janusz Atlas, bez którego wsparcia i towarzystwa Zielińskiemu odechciało się bawić w organizację wielkich balów. Pozostały z nim jednak piękne wspomnienia i mnóstwo anegdot, z których wiele — szczególnie te z wypadów do Las Vegas — z wiadomych względów nigdy nie ujrzy światła dziennego. — Co się dzieje w Vegas, zostaje w Vegas — śmieje się Zieliński, który — specjalnie dla „PS Historia” — opowiedział jednak kilka innych.

IRENA SZEWIŃSKA: To była przecudowna kobieta, która ze swoim mężem Januszem tworzyła świetną parę i darzyła mnie dużą sympatią. Na nasz bal przylecieli w momencie, gdy Chicago starało się o prawo do organizacji igrzysk olimpijskich. Pani Irena działała wówczas w MKOl, w związku z czym nie mogła prowadzić otwartych rozmów z przedstawicielami lokalnej władzy. Jednak dzięki zaproszeniu na naszą imprezę doszło do jej spotkania z burmistrzem, który później zaprosił ją do siebie. Ugościli ją tam jak królową, ale z tego, co wiem, to i tak potem nic z tego nie wyszło. Nie głosowała bowiem za Chicago.

Kiedy wracali do Polski, odprowadzałem ich wraz z Atlasem na lotnisko O’Hare. Na terminalu nr 5 wprowadzono wówczas ruchome chodniki umożliwiające szybsze przemieszczanie. Atlas, Janusz Szewiński i ja natychmiast na nie wskoczyliśmy, ale pani Irenka zdecydowała się iść obok, przez środek korytarza. Kiedy się zorientowałem, że nie ma jej w naszym towarzystwie, pomachałem w jej kierunku i zawołałem do nas, ale Szewiński żartobliwie wypalił: „Jacek, daj spokój. Niech sobie pobiega!”.

Irena Szewińska z mężem JanuszemIrena Szewińska z mężem Januszem (Foto: Jacek Herok / newspix.pl)

HENRYK KASPERCZAK, ANDRZEJ NIEMCZYK: Miało nie być o Las Vegas, ale tu zrobię wyjątek. Polecieliśmy tam dużą grupą liczącą 12 osób. Pewnego dnia wybraliśmy się na jakieś przedstawienie teatralne, po czym postanowiliśmy wyskoczyć jeszcze na drinka. Jak przystało na Miasto Grzechu, jest tam oczywiście mnóstwo barów. Idąc jedną z ulic, zauważyliśmy w pewnym momencie, że koło siebie w bezpośrednim sąsiedztwie znajdowały się cztery identyczne lokale serwujące alkohol. Różniła je tylko pojemność: niektóre pękały w szwach od klienteli, natomiast inne świeciły pustkami. Znając lokalne zwyczaje, poleciłem całej grupie stanąć w kolejce tam, gdzie był tłum. Wywołało to konsternację u Kasperczaka i Niemczyka, którzy natychmiast zaczęli dopytywać się, dlaczego stoimy tu, skoro tam nie ma ludzi. Odpowiedziałem im, że to wynika z tego, że tu jedna Bloody Mary kosztuje siedem dolarów, a tam jest dziesięć razy droższa. Heniu Kasperczak ze zrozumieniem pokiwał głową, ale zaraz z triumfem w głosie oznajmił: „No nie! My tu nie będziemy czekać! Zapraszam do tamtego baru na mój koszt!”.

ZBIGNIEW BONIEK: A’propos kosztów. Zbyszek Boniek, lecąc z Rzymu do Chicago, dopłacił sobie do biletu za podróż klasą biznesową. Umowa była taka, że miałem zwrócić mu pieniądze na sam koniec, odwożąc go z powrotem na lotnisko. Ale podobało mu się u nas tak bardzo, że powiedział mi, żebym przekazał te fundusze na cel charytatywny. Przy okazji odważyłem się także zadać mu pytanie, które nurtowało wielu kibiców w Polsce: kto jego zdaniem lepiej kopał piłkę: on czy Kazimierz Deyna. „Lepszy był Deyna” — tak brzmiała szczera odpowiedź Zibiego.

ANDRZEJ SZARMACH: Jeszcze jedno wspomnienie z Las Vegas. To było zaraz po balu, więc siedzieliśmy obaj mocno zmęczeni w basenie. Pytałem go o wiele rzeczy, a on cierpliwie udzielał szczerych odpowiedzi. Nie omieszkałem zapytać o słynną, acz owianą rąbkiem tajemnicy sprawę wprowadzenia na drugie piętro bloku mieszkalnego — była to bodaj kwatera Laty albo Zbyszka Hnatio — w Mielcu… konia. Problem polegał na tym, że podobno zwierzę bez przeszkód weszło na górę po schodach, ale nie chciało się już wycofać. Legenda głosiła, że musiano w akcję zaangażować dźwig, który ściągał rumaka z balkonu. Andrzej tę niesamowitą wręcz historię zdementował, ale z takim łobuzerskim uśmiechem.

JANUSZ WÓJCIK: „Wójt” miał szereg swoich zalet. To był świetny trener motywator, który powinien prowadzić pierwszą reprezentację, ale jak wiadomo, miał problemy z alkoholem. Kiedy przyleciał do nas na bal, dla zaspokojenia swoich potrzeb miał w swoim pokoju hotelowym osobny barek i dodatkowy zestaw w lodówce. Daliśmy mu także limuzynę do dyspozycji wraz z kierowcą-ochroniarzem, licząc się z tym, że mogą być problemy. I tak właśnie się stało, bo kilka minut przed rozpoczęciem balu szykowałem się do jego rozpoczęcia, a Wójcik gdzieś wsiąkł. Dzwonię do kierowcy, który mówi, że trener wciąż jest w hotelu i domaga się jeszcze jednej butelki. Daje mi go do telefonu, więc mówię: „Janusz, tu na ciebie czekają tysiące butelek i superdziewczyny”. Kiedy o 11 wieczorem wreszcie do nas dotarł, był w stanie upojenia, ale udało się jakoś rozdać nagrody. Pamiętam, że nawet wtedy nie przestał być sobą, bo wręczając wyróżnienie jednemu z naszych oldbojów, powiedział: „Ty, jako młody piłkarz, masz przed sobą całą karierę!”.

Janusz Wójcik i Michał ListkiewiczJanusz Wójcik i Michał Listkiewicz (Foto: Damian Burzykowski / newspix.pl)

ADAM MAŁYSZ: Podczas gdy większość naszych gości wybierała kierunek do Las Vegas, Adaś z żoną, trzyletnią córeczką, trenerem Apoloniuszem Tajnerem i jego małżonką postanowili odpocząć i zobaczyć słońce w Miami. Polo miał wtedy wąsy i nie był celebrytą. Kiedy zamawialiśmy jedzenie w restauracji, wydawał mi następujące polecenie: „Dla Adasia to weź porcję dziecięcą, bo on całej normalnej nie zje”.

Pewnego dnia leżymy sobie na plaży zaraz przy Ocean Drive, kiedy małej zachciało się lodów. Adam jako przykładny tata zgłosił się, że po nie pójdzie, a ja poszedłem mu potowarzyszyć. No i stoimy w kolejce w samych kąpielówkach, bladzi i chudzi — bo ja też mam raczej posturę skoczka. Nagle z naprzeciwka chodnikiem idzie para Polaków. Ona — piękna kobieta — ku naszej konsternacji niemiłosiernie na niego bluzga. Mijając nas, rzuciła nam krótkie spojrzenie, ale dwójka bladych i wychudzonych jegomościów w samych majtkach nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. Dlatego też scena trwała w najlepsze: ona go wyzywała, a on tylko jej przytakiwał. Z lekkim niesmakiem odwróciliśmy głowy i nie skomentowaliśmy tego ani słowem. Nagle on, będąc już w jakiejś odległości, mówi: „Proszę cię, już przestań. Przecież tam stoi Adam Małysz i wszystkiego słucha”. Jego wysiłki odniosły jednak skutek odwrotny do zamierzonego: „Ty taki i owaki! Jeszcze raz mi wyjedziesz, że tu w Miami jest jakiś Małysz, to zobaczysz, co ci zrobię!” — ze zdwojoną złością krzyczała na niego kobieta.

KAZIMIERZ GÓRSKI: Gdy zaszczycał nas swoją obecnością na balu, z jego zdrowiem nie było już najlepiej. Chcieliśmy mu stworzyć wszelkie wygody, dlatego do dyspozycji dostał piękną limuzynę. Przedobrzyliśmy jednak, bo kiedy samochód przywiózł go z lotniska i otworzyłem mu drzwi, spojrzał na mnie z lekkim wyrzutem z wewnątrz auta i wypalił: „Panie Jacusiu, coś mi pan za auto tu podstawił? Ani do niego wsiąść, ani wysiąść!”. Ale potem już wszystko było w porządku. Do domu wracał równie zadowolony jak chyba wszyscy nasi wyjątkowi goście. I to w tych pięknych balach było najważniejsze.