Lewicowi ekstremiści z tzw. Grupy Wulkan przyznali się do sabotażu, który na kilka dni pozbawił prądu południowo-zachodnią część Berlina. Nie po raz pierwszy słychać o tym ugrupowaniu, choć wciąż pozostaje ono tajemnicą. Jak donosi berliński dziennik „Der Tagesspiegel”, Grupie Wulkan przypisuje się kilka ataków na infrastrukturę transportową, energetyczną i komunikacyjną, jakie miały miejsce od 2011 roku, w tym podpalenie masztu energetycznego fabryki Tesli pod Berlinem w marcu 2024 r. Sprawców tych sabotaży nie schwytano, a policja i służby wciąż niewiele wiedzą o ugrupowaniu.
Zobacz wideo Niemiecka pomoc socjalna demoralizuje część imigrantów
Jednak według Urzędu Ochrony Konstytucji, czyli kontrwywiadu, przynajmniej oświadczenia o odpowiedzialności za ataki wykazywały pewne podobieństwa – zauważa „Tagesspiegel”. Służby zakładają, że autorzy tych listów to częściowo ta sama grupa osób. Grupy często nazywały się imionami islandzkich wulkanów, na przykład po ataku w 2011 r. był to „Grzmiący Eyjafjallajökull”.
Władze Berlina uznały także najnowsze pismo Grupy Wulkan za autentyczne, jednak niemieckie MSW wypowiada się w ostrożniejszy sposób, zaś Urząd Ochrony Konstytucji bada autentyczność oświadczenia – informuje niemiecki dziennik.
„Nie pasuje do dotychczasowego stylu”
„Pismo z przyznaniem się do odpowiedzialności nie pasuje do dotychczasowego stylu. Dotychczasowe listy były publikowane na stronach internetowych skrajnej lewicy. Tym razem został on wysłany do różnych mediów, w jednym przypadku za pośrednictwem formularza kontaktowego na stronie internetowej (nadawcy dla Berlina i Brandenburgii – red.) RBB” – pisze „Tagesspiegel”.
W kolejnym liście z niedzieli grupa skarżyła się, że media, do których został wysłany, nie opublikowały go. Grupa zarzucała mediom upolitycznienie.
Na kilka nieścisłości zwrócono uwagę w mediach społecznościowych. Jak czytamy w berlińskim dzienniku, ekspertka ds. sztucznej inteligencji Andrea Schlueter po przeprowadzeniu analizy wyraziła wątpliwości, czy dla autorów pisma język niemiecki był językiem ojczystym oraz czy pochodzą z Berlina i Brandenburgii. „Nawet jeśli jesteśmy już w trakcie wojny hybrydowej, nie mogę z całą powagą stwierdzić, czy za tym stoi konkretny podmiot” – napisała, dodając, że są jednak pewne wskazówki.
Ekspertka zwraca uwagę na „zdania, gęsto wypełnione faktami opartymi na liczbach, przeplatane całymi akapitami abstrakcyjnych argumentów światopoglądowych, niemal stereotypowych, ale bez wyraźnego odniesienia do faktów, tak jakby fakty zostały dodane później – nie tworzą one spójnej całości”.
Charakterystyczne błędy w pisowni
Nazwiska zostały błędnie napisane, na przykład nazwisko wiceburmistrzyni Berlina Franziski Giffey, które napisano „Giffay” i wiceprezydenta USA JD Vance’a (Vans). „Portale tłumaczeniowe rozpoznają błąd w rosyjskiej pisowni, ale jako alternatywę podają również 'Vans’ lub 'Wans’. W przypadku Giffey błąd jest zgodny z rosyjską pisownią nazwiska” – zauważa „Tagesspiegel”.
„Również pod względem gramatycznym tekst ten częściowo odbiega od standardowego niemieckiego. Niektórzy znawcy języka rosyjskiego uważają również, że tekst mógł pochodzić z automatycznego tłumaczenia z języka rosyjskiego na niemiecki. W każdym razie, tłumaczenie w drugą stronę dałoby płynny rosyjski” – dodaje dziennik.
Jak zastrzega, w kręgach związanych z bezpieczeństwem uważa się tezę, że Rosja ma coś wspólnego z sabotażem, „za możliwą, ale nieprawdopodobną”. „Możliwe jest również, że w zamachu brali udział sterowani aktywiści lub tzw. agenci jednorazowi, działający za pieniądze. Nie jest jednak jasne, czy atak rzeczywiście jest częścią hybrydowej wojny Rosji, której celem jest destabilizacja społeczeństw zachodnich” – pisze gazeta. I dodaje, że nie ma na to wiarygodnych dowodów.
Artykuł pochodzi z serwisu Deutsche Welle.