Argumentowałem też, że Rosja jest w istocie słaba militarnie i jakkolwiek nadal produkuje więcej amunicji niż państwa Zachodu, to równocześnie straciła już bardzo dużo sprzętu wojskowego, który zastępuje znacznie starszymi, przestarzałymi rodzajami uzbrojenia.

Po czwarte, rosyjska gospodarka, jak zauważyłem, znajduje się w coraz głębszym kryzysie. Co istotne przy tym, Władimir Putin, który nigdy nie był i nie stanie się Stalinem, może co prawda przekierowywać coraz więcej pieniędzy do sektora obronnego, ale nie może zaryzykować całkowitego przestawienia gospodarki na tory wojenne, gdyż groziłoby to gwałtowną pauperyzacją klasy średniej, a tym samym wybuchem społecznym, który mógłby zmieść obecny reżim w Moskwie.

Piąty argument to ten, iż nie jesteśmy osamotnieni, a w naszym kraju i państwach bałtyckich stacjonują już siły sojusznicze. W punkcie tym zwróciłem też uwagę na to, że NATO, nawet bez Stanów Zjednoczonych, jest znacznie silniejsze od Rosji. To ostatnie stwierdzenie znalazło się skądinąd w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych.

Szósty argument na rzecz tezy, iż wojna nam nie grozi, to ten, że Rosjanie, którzy zaatakowali Ukrainę w przekonaniu, że ta nie będzie się bronić, takiego błędu w odniesieniu do Polski nigdy by nie popełnili, a w wojnę z Ukrainą weszli w pewnym sensie przez przypadek.

Siódmy powód, który wymieniłem, głosił, że Rosjanie, jeżeli porozumieją się z Trumpem i zbudują wspólnie z USA swoisty koncert mocarstw, będą beneficjentami takiego rozwiązania i nie będzie w ich interesie zniszczenie premiującego ich układu.

Ósmy argument sprowadzał się do tego, że Stany Zjednoczone, jeżeli porozumieją się z Rosją, to w taki sposób, żeby nie ośmieszyć się na arenie międzynarodowej.

Przedostatni punkt głosił, że Rosjanie nie są w stanie używać broni nuklearnej jako straszaka i dlatego ewentualny szantaż nuklearny w stosunku do Europy by nie zadziałał.

I wreszcie ostatni, dziesiąty powód to ten, że rosyjskie elity są na szczęście do cna skorumpowane i pragną raczej powrotu do swoich willi na Lazurowym Wybrzeżu niż zastąpienia ich posiadłościami w Korei Północnej.

Większość spośród tych dziesięciu argumentów na rzecz optymistycznej tezy, iż wojna nam nie grozi, zachowała aktualność. Dwa zasadnicze niestety jednak chwieją się w posadach.

Dwa najważniejsze punkty stoją obecnie pod znakiem zapytania

Nie mamy otóż już dzisiaj pewności, czy Ukraina nie zostanie zmuszona do zbyt daleko idących ustępstw, które pomijając już fakt, iż mogą złamać ją moralnie, to przede wszystkim, gdyby oznaczały redukcję sił zbrojnych, oznaczałyby, że Rosja faktycznie zyskałaby możliwość zaatakowania, jeśli nie Polski (to wydaje się, na razie, mało prawdopodobne), to na przykład państw bałtyckich.

Ewentualna redukcja ukraińskich sił zbrojnych mogłaby też spowodować, że w razie rozpętania przez Rosjan nowej wojny, Ukraińcy nie czuliby się na siłach, by zaatakować Rosję.

Zmiana w odniesieniu do tych dwóch punktów pokazuje, jak skrajnie niebezpieczna i szkodliwa z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego RP jest polityka Donalda Trumpa w stosunku do Ukrainy i przy okazji jaką intelektualną aberracją jest zachwyt polityków PiS i szerzej polskiej prawicy nad obecnym amerykańskim prezydentem.

Warto równocześnie zaznaczyć, że sytuacja w odniesieniu do wspomnianych dwóch punktów nie jest na szczęście przesądzona. Amerykańskie, zbyt daleko idące ustępstwa w stosunku do Rosji, spotykają się bowiem z coraz wyraźniejszym sprzeciwem naszych europejskich sojuszników, którzy niezależnie od zastrzeżeń, jakie mogliśmy mieć do nich w przeszłości (np. polityki Niemiec w sprawie Nord Stream, ale też szerzej — ogólnego stosunku Niemiec wobec Rosji) dzisiaj znacznie poważniej niż USA traktują rosyjskie zagrożenie.

Skądinąd oznacza to, że nasze bezpieczeństwo w tym zakresie w większym stopniu zawdzięczamy partnerom z Unii Europejskiej, a nie Stanom Zjednoczonym.

Nic się nie zmieniło w ocenie rosyjskiej słabości militarnej, gospodarczej oraz korupcji rosyjskich elit. Paradoksalnie, biorąc pod uwagę ton wypowiedzi Donalda Trumpa, nic się też na razie nie zmieniło w odniesieniu do obecności sił sojuszniczych, w tym przede wszystkim sił amerykańskich, w naszym kraju i w państwach bałtyckich. Redukcje amerykańskiej obecności dotyczą jak na razie Rumunii, a nie naszego kraju, czy też Estonii, Łotwy oraz Litwy.

Zaniepokojony kierunkiem polityki Trumpa jest też Kongres, który w ostatnich dniach postanowił uniemożliwić prezydentowi niekorzystną z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa decyzję, która podważyłaby ten aspekt naszego bezpieczeństwa.

Szósty punkt opublikowanej w kwietniu analizy, w którym argumentowałem, że Rosjanie Polski nie zaatakują, bo rozumieją, że oznaczałoby to wojnę (czego nie rozumieli w odniesieniu do Ukrainy) również jest aktualny, chociaż równocześnie nie możemy nie brać pod uwagę skłonności Putina do ryzyka.

Równocześnie jednak dodajmy, że owa skłonność do ryzyka skutkować może raczej wywołaniem np. zamieszek w zamieszkałej przez rosyjskojęzyczną ludność Narwie w Estonii, a nie wojną jako taką.

Siódmy argument o tym, że Rosjanie nie próbowaliby zniszczyć systemu koncertu mocarstw, którego byliby beneficjentami, opiera się o założenie, że Rosja zachowuje się podle i jest gotowa nawet do zbrodni, ale jest zarazem racjonalna. Ten punkt zachowuje aktualność.

Ósmy punkt głoszący, że Stany Zjednoczone nie będą chciały się ośmieszyć, zakładał, iż Amerykanie, idąc na koncesje w stosunku do Moskwy, obudują je bardzo wyraźnymi warunkami oraz systemem kar w razie łamania porozumienia.

To założenie niestety może nie być już do końca prawdziwe. Poziom braku profesjonalizmu ekipy Trumpa w odniesieniu do Rosji niestety każe dopuszczać w zasadzie dowolny rodzaj braku profesjonalizmu, czy też zwykłej głupoty. Nic się z kolei nie zmieniło w kolejnym założeniu, które głosiło, że Rosjanie nie są w stanie skutecznie zastosować nuklearnego blefu.

Podsumowując, można stwierdzić, że co prawda większość spośród 10 argumentów na rzecz tezy, iż Polsce nie grozi wojna, zachowuje aktualność, ale równocześnie dwa najważniejsze stoją obecnie pod znakiem zapytania, a to, czy będzie można je uwzględniać w naszej kalkulacji, okaże się w ciągu najbliższych tygodni.

Wojna jest co prawda możliwa, ale zarazem nadal jest mało prawdopodobna

Co istotne przy tym, jakkolwiek bardzo źle to brzmi, to musimy uświadomić sobie, że gdyby Ukraina miała zostać zmuszona do zawarcia złego (czyli takiego, który nie gwarantuje jej, a przy okazji nam bezpieczeństwa) pokoju, to lepiej jest, by wojna trwała.

Koszty dalszego wspierania państwa ukraińskiego są bowiem z naszej perspektywy nieduże. Pojawiające się regularnie w Polsce argumenty, że nie mamy żadnego powodu, by łożyć na państwo ukraińskie, są wyrazem skrajnej wręcz głupoty.

Brutalnie rzecz ujmując, znacznie taniej jest bowiem, by do Rosjan strzelali Ukraińcy, niż byśmy musieli to robić my. Każda złotówka wydana na wsparcie Ukrainy kupuje nam też czas, dzięki któremu — pomijając już nawet same zbrojenia, które też nie dzieją się z dnia na dzień — możemy przeczekać być może i Putina i Trumpa.

W swoim tekście z kwietnia, wymieniając 10 argumentów na rzecz tezy, że wojna nam nie grozi, opisałem jeden scenariusz, w którym stałaby się ona niestety realna.

Stwierdziłem, że wojna będzie możliwa, jeśli jako kontynent nie zaczniemy się na serio do wojny przygotowywać. W odniesieniu do tego punktu sytuacja zmieniła się, ale na lepsze. Elity polityczne Europy wydają się rosyjskie zagrożenie traktować zdecydowanie bardziej na serio.

Wyraża się to wolą polityczną przeciwstawienia się Rosji, przyśpieszonym tempem zbrojeń i wreszcie na koniec gotowością do wspierania państwa ukraińskiego.

We wszystkich tych trzech aspektach mieliśmy mieć prawo do poważnych zastrzeżeń w stosunku do naszych sojuszników. Paradoks sytuacji polega na tym, że dzisiaj w odniesieniu do jednego z tych punktów, czyli woli wspierania Ukrainy, nasi sojusznicy mają powody do obaw w odniesieniu do naszego kraju.

Sytuacja na koniec 2025 r. jest taka, że wojna jest co prawda możliwa, ale zarazem nadal jest mało prawdopodobna. W najbardziej zaś negatywnym scenariuszu zagrożenie jest na tyle jeszcze odległe, że mamy na szczęście trochę czasu, by się przygotować. Przy czym nie po to, by wojny z Rosją nie przegrać, ale po to, by być na tyle do niej przygotowanymi, żeby Kreml nie odważył się nas zaatakować.