Więcej takich artykułów znajdziesz na stronie głównej Onetu
Na jesieni 2024 r., ale jeszcze przed pojawieniem się słynnego wątku ćwiczeń w kampanii prezydenckiej, zdecydowałem się zmierzyć z konsekwencjami, które przynoszą organizmowi 40. urodziny. W tej dekady życia, a czasem i wcześniejszej, zaczyna się wiele nieciekawych procesów w ludzkim ciele. Wyjątkowo zdradzieckie, bo działające powoli i na początku niewidocznie, są dwa: powolna utrata masy mięśniowej oraz zwiększenie podatności na rozrost tkanki tłuszczowej spowodowanej m.in. spowolnieniem metabolizmu.
Odstawmy na boku wątki estetyczne. Mniej mięśni a więcej tłuszczu to przede wszystkim gotowy przepis na zniszczenie sobie zdrowia. Cukrzyca, problemy ze stawami, zawały to początek wyliczanki. Każdy o tym wie, choć może wielu nie przyjmuje do wiadomości, patrząc na statystyki.
Za to mniej w świadomości ludzi funkcjonuje problem jakości życia w szóstej, siódmej czy ósmej dekadzie życia. Czy kondycja organizmu pozwali nam wtedy aktywnie spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi? Czy z Kasprowego zjedziemy na nartach ostatni raz przed 60. czy po 80. urodzinach. Czy windsurfing na Helu skończy się dla nas jeszcze przed emeryturą, czy będziemy wdrapywać się na deskę jeszcze w towarzystwie naszych wnuków.

Nartyraevas / Shutterstock
Są też bardziej prozaiczne kwestie. Im dłużej jesteśmy w dobrej kondycji fizycznej, najlepiej budowanej jeszcze w młodości, tym dłużej będziemy samodzielni na starość. Będziemy mogli sami załatwiać codzienne sprawy, wyjeżdżać w dalekie podróże, utrzymywać aktywność społeczną, nie być zależnym od innych. Oddalimy od siebie wizję, że dom lub mieszkanie w pewnym momencie stanie się naszym całym światem. Nie mówiąc już o przypadkach ekstremalnych. Zdrowy, wyćwiczony organizm lepiej zniesie walkę z najgorszymi chorobami. A to w pewnych przypadkach może być kluczowe.
Jesień 2024 roku
Na osobach z „sandwich generation” świat niejako wymusza zachowanie dobrej kondycji, ale i daje możliwość spojrzenia, jak może wyglądać ich życie za 30 czy 40 lat. To i wyżej opisane procesy, których pierwsze rezultaty zacząłem zauważać na jesieni 2024 r., zbiegły się w czasie z końcem roku. Wtedy pojawiło się tytułowe noworoczne postanowienie na 2025 r.
Oczywiście najlepszym rozwiązaniem byłyby treningi pod okiem specjalisty, ale nie zawsze ma się na to czas. Bieganie jest zawsze dobre, ale tutaj wszystko może pokrzyżować kapryśna pogoda. Zdecydowałem się więc na najprostsze z ćwiczeń: pompki.
Ile pompek robiłeś dziennie w 2025 roku?
Jakie były skutki robienia pompek?
Dlaczego zdecydowałeś się na pompki?
Czy robiąc pompki, schudłeś?
137 a czasem 165
Ćwiczyłem tak sporadycznie w latach pandemii i lockdownów, więc mniej więcej wiedziałem, ile jestem w stanie robić codziennie pompek, by się nie przećwiczyć — co najmniej 100. Przez rok wyszłoby więc minimum 35600. Postanowiłem to zaokrąglić do 50000. Bardzo ładna, symboliczna liczba. Dawało to około 137 pompek dziennie. Nie wydawało się to nieosiągalne, ale już w pierwszym tygodniu okazało się, że nie będzie to takie proste, jak myślałem.
Na początku musiałem robić co kilka dni przerwy. Organizm protestował. Potem przyszedł sezon grypowy, a choroby przyniesione od dzieci ze żłobka to zupełnie oddzielna kategoria. Zupełnie tego nie przewidywałem. Trzeba było nadrabiać na wiosnę, wtedy podnosiłem co jakiś czas trening do 165 pompek. Serie po 15 okazały się bowiem optimum.
Na szczęście z czasem kondycja się poprawiła, mięśnie wzmocniły i mogłem po nadgonieniu bez nadmiernego zmęczenia codziennie robić 137 pompek. Ostatnia pompka „padła” przed 17 w sylwestra. Choć nie będę ukrywał, że była to długa i ciężka droga. Robienie codziennie tego samego, może bardzo nużyć.
Skutki spodziewane i te nieprzewidywalne
Co przez rok dały mi te ćwiczenia? Na pewno ustabilizowała mi się waga. 1 stycznia i 31 grudnia wyświetlacz w łazience wskazał tę samą wartość. W ciągu roku, w odróżnieniu od poprzednich lat, nie miałem wahań w górę. A to po czterdziestce jest już osiągnięciem. Jeśli wierzyć w wagowe przeliczniki składu ciała, to kilka procent przeszły z tkanki tłuszczowej do mięśni. Różnice na plus mogłem poczuć w czasie prac remontowych i długodystansowego noszenia na rękach dziecka w pełnym rowerowym rynsztunku.
Tutaj ważna dygresja. Pompki nie są ćwiczeniem na „odchudzanie”. Robiąc 50000 pompek, spalimy trochę ponad 20000 kalorii. Lepsze rezultaty łatwiej i szybciej można osiągnąć pływając, biegając lub trenując fitness.
Czytaj też: Jak naturalnie przyspieszyć metabolizm i spalać więcej kalorii?
Pojawiły się jednak skutki, których nie przewidywałem. Po pierwsze codzienne pompki powodują, że trzeba dobrze planować dni, by być w pełni sprawnym na czas treningu. Przez to musiałem znacznie ograniczyć alkohol i ciężkostrawne potrawy. Zainteresowałem się też wpływem dopaminy na motywację. Okazuje się, że hormon ten jest kluczowy przy wyznaczaniu i wypełnianiu celów. Zwłaszcza w okresach obniżonej aktywności, na przednówku lub w czasie jesiennej słoty wiedza była nieodzowna.