Przez wiele miesięcy europejskie plany dotyczące gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy po ewentualnym zawieszeniu broni wyglądały ambitnie na papierze, ale w praktyce pozostawały niejasne. We wtorek 6 stycznia w Pałacu Elizejskim te koncepcje zaczęły nabierać realnych kształtów — po cichu, lecz z wyraźnym udziałem Waszyngtonu.
Po raz pierwszy administracja Donalda Trumpa oficjalnie poparła europejskie ramy powojennych gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy, w tym udział USA w monitorowaniu zawieszenia broni. Decyzja zapadła podczas paryskiego szczytu z udziałem ponad dwóch tuzinów państw sojuszniczych i została formalnie zapisana w nowo ogłoszonej deklaracji paryskiej.
Choć zaproponowane rozwiązania są dalekie od artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, mówiącego o zbiorowej obronie, to i tak idą znacznie dalej niż wszystko, co Ukraina uzyskała do tej pory. To zasadnicza różnica — zaznacza Daniel Fried, były zastępca sekretarza stanu USA i wieloletni znawca spraw rosyjskich.

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, prezydent Francji Emmanuel Macron i premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer po podpisaniu deklaracji w sprawie rozmieszczenia sił po zawieszeniu broni w Ukrainie podczas szczytu koalicji chętnych, Paryż, Francja, 6 stycznia 2026 r.PAP/EPA/LUDOVIC MARIN / POOL / PAP
Paryż nie przyniósł obietnic, lecz konkrety, które po raz pierwszy realnie wzmacniają bezpieczeństwo Ukrainy i wciągają USA w europejską grę. Dla Kremla może to być początek sytuacji, nad którą coraz trudniej będzie zapanować.
Prezydent Francji Emmanuel Macron wykorzystał szczyt do zaprezentowania deklaracji paryskiej — politycznych ram gwarancji bezpieczeństwa, które miałyby wejść w życie w przypadku zawieszenia broni z Rosją.
Wielka Brytania i Francja poszły o krok dalej, formalnie deklarując gotowość wysłania wojsk do Ukrainy po zawarciu porozumienia pokojowego. To posunięcie, o którym mówiło się od miesięcy, jednak dopiero teraz doczekało się formalnego potwierdzenia.
Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer zapowiedział, że po zawieszeniu broni oba kraje utworzą na terenie Ukrainy centra wojskowe — zabezpieczone bazy sprzętowe oraz ośrodki szkoleniowe i logistyczne.
Późnym wieczorem, po wielogodzinnych rozmowach, Starmer, Macron oraz Zełenski podpisali trójstronną deklarację intencji. Prezydent Ukrainy nazwał to przełomem.
To nie są tylko słowa. Za tym stoi konkretna treść
— podkreślił.
Za kulisami szczególną wagę spotkaniu nadawała obecność amerykańskiego wysłannika Steve’a Witkoffa oraz zięcia prezydenta Donalda Trumpa Jareda Kushnera.
Kushner oświadczył, że Trump „zdecydowanie popiera” tę inicjatywę, określając szczyt jako „bardzo, bardzo ważny kamień milowy”, jednocześnie zaznaczając, że nie oznacza to rychłego pokoju.
Jednak zawieszenia broni wciąż nie ma — i nic nie wskazuje na to, by Rosja była gotowa je zaakceptować.
Więcej niż słowa, mniej niż sojusz
Fried ostrożnie podchodzi do ocen paryskich ustaleń. Nowe gwarancje nie oznaczają członkostwa Ukrainy w NATO ani automatycznej obrony zbiorowej. Jednocześnie mają niewiele wspólnego z pustymi obietnicami, które towarzyszyły porozumieniom mińskim sprzed dekady.
Ukraina tak naprawdę nie miała nic poza deklaracjami. Nigdy wcześniej nie było mowy o realnej obecności wojsk czy monitorowaniu linii zawieszenia broni. To jest zupełnie nowa jakość
— zauważa Fried.
Choć zachodni żołnierze już wcześniej szkolili ukraińskie siły zbrojne, nowa formuła idzie znacznie dalej. Otwiera drogę do monitorowania przestrzeni powietrznej i lądowej, a także do rozmieszczenia sił, które pełniłyby zarówno funkcję odstraszającą, jak i szkoleniową. Szczegóły nie są jeszcze ustalone, ale — jak podkreśla Fried — ta celowa niejednoznaczność ma swoje zalety.
— To nie są gwarancje w stylu artykułu 5 — przyznaje. — Ale to zdecydowanie więcej, niż Ukraina kiedykolwiek wcześniej miała. Mamy teraz cały wachlarz możliwości: od mocniejszych po słabsze rozwiązania — mówi. — Rosjan to będzie niepokoić, bo ta elastyczność i otwartość działa na ich niekorzyść. A oni tego bardzo nie lubią.
Warunek, który wiąże ręce
Największą słabością tych gwarancji — ale też warunkiem ich politycznej akceptowalności — jest to, że zaczną obowiązywać dopiero po zawieszeniu broni. Daje to Władimirowi Putinowi wyraźny bodziec, by odwlekać rozejm lub całkowicie go odrzucić, jeśli miałby on oznaczać obecność zachodnich wojsk w Ukrainie.

Prezydent Rosji Władimir Putin w Moskwie, 25 grudnia 2025 r.Contributor/Getty Images / Getty Images
Fried przyznaje, że to realny problem, choć niekoniecznie nie do obejścia. Powiązanie gwarancji z zawieszeniem broni umożliwiło rządom rozpoczęcie poważnych przygotowań, a sam warunek może w przyszłości stać się narzędziem nacisku.
— Jeśli Rosjanie będą zachowywać się skrajnie konfrontacyjnie, zawsze można znieść ten warunek albo zagrozić jego zniesieniem — relacjonuje Fried, przytaczając prywatne wyjaśnienia wysokiego rangą europejskiego wojskowego. — To całkiem sprytne rozwiązanie.
Taka elastyczność daje Europie — i Trumpowi — pole manewru, jeśli Moskwa będzie grała na zwłokę.
USA po cichu wracają do gry
Macron powiedział o „zmianie stanowiska” USA w ostatnich tygodniach, nie wchodząc jednak w szczegóły. Fried mówi wprost: Europejczykom udało się przekonać Trumpa, że skoro to oni biorą na siebie inicjatywę, Stany Zjednoczone muszą być tuż za nimi.
Najbardziej wymownym sygnałem jest zapis o amerykańskim dowództwie operacji monitorującej zawieszenie broni — o czym nie było mowy w trakcie porozumień mińskich.
— To oznacza amerykańskie drony i obserwatorów na miejscu — tłumaczy Fried.
Rosji się to nie spodoba, bo odbierze jej możliwość bezkarnego przeprowadzania rajdów
— dodaje.
Nie jest to siła odstraszająca w klasycznym sensie, ale realny mechanizm egzekwowania ustaleń — a to czyni go istotnym.
Panikująca Moskwa
Rosja nie wykazuje żadnych oznak gotowości do kompromisu. Jej przedstawiciele wciąż twierdzą, że zawieszenie broni nie jest możliwe bez całościowego porozumienia, i stanowczo sprzeciwiają się obecności wojsk państw NATO w Ukrainie.
Fried uważa jednak, że ostatnie działania Rosji świadczą raczej o nerwowości niż pewności siebie.
— Ten absurdalny i łatwy do obalenia zarzut o rzekomy atak Ukrainy na rezydencję Putina pachnie paniką — mówi. — I pośpiechem.
W jego ocenie Rosja wcale nie jest bliżej pokoju. Jej pozycja jest dziś słabsza — a Zachodu wyraźnie silniejsza.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Postęp bez złudzeń
Żaden z przywódców w Paryżu nie ogłosił rychłego przełomu. Starmer ostrzegł, że „najtrudniejsza droga wciąż przed nami”. Zełenski zwrócił uwagę, że wiele zobowiązań będzie wymagało zgody parlamentów, a kwestie składu, finansowania i dowodzenia ewentualnych sił międzynarodowych pozostają otwarte.
Nad wszystkim unosi się pytanie, które — zdaniem Frieda — jest kluczowe:
Co zrobi Rosja — a gdy odmówi poważnych rozmów, co zrobimy my? A przede wszystkim: co zrobi Trump?
Na razie odpowiedź pozostaje niepełna. Ale po paryskim szczycie nie jest już pusta.
Europa postawiła na szali własną wiarygodność — a Stany Zjednoczone, ostrożnie, lecz jednoznacznie, wróciły do gry.