Krakowianie doskonale znają ten ogródek. Spacerując wzdłuż Białuchy — jednego z dopływów Wisły — w rejonie ulicy Celarowskiej trudno go nie zauważyć. Idąc w kierunku Wawelu, po prawej stronie ścieżki uwagę przyciąga nietypowy widok: na drzewach i wśród krzaków, na zielonym terenie przed blokiem, zawieszone są narty z kijkami, rakiety tenisowe, rękawice bokserskie, rolki, łyżwy…
Jak długo Stanisław Chemicz był trenerem Wisły Kraków?
Co znajduje się w ogródku pana Stanisława?
Ile kilometrów miesięcznie pan Stanisław przejeżdża rowerem?
Kiedy rozpoczął pracę jako trener drużyn juniorskich Wisły Kraków?
Autorem instalacji jest pan Stanisław Chemicz, doktor nauk o kulturze fizycznej, historyk sportu, trener młodzieżowych drużyn Wisły Kraków i reprezentacji Polski Juniorów w piłce nożnej.
— Gdyby żona wiedziała, ile ja pieniędzy wpakowałem w ten ogródek, to rozwód murowany — śmieje się pan Stanisław, gdy rozmawiamy w jego piwnicy, nazywanej przez niego „schronem”, zaaranżowanej na mini-muzeum. Na ścianach wiszą zabytkowe rakiety do tenisa, zdjęcia drużyn piłkarskich, afiszów wystaw i wydarzeń sprzed lat związanych ze sportem. Jak mówi, sam ogródek powstał około 2000 r. i od ponad ćwierć wieku jest jego hobby, w które wkłada mnóstwo serca. Widać to na pierwszy rzut oka.

Ogródek można oglądać zaraz przy rzece Białucha na wysokości ulicy CelarowskiejŻródło: Onet / Magdalena Mateja-Furmanik
Pan Stanisław ma 86 lat, chociaż trudno w to uwierzyć. Gdy się spotykamy, idzie w moim kierunku pewnym krokiem i wita się ze mną mocnym uściskiem dłoni. Mówi, że sportu już nie uprawia, ze względu na wiek, by zaraz potem dodać, że rekreacyjnie miesięcznie przejeżdża rowerem 250 km oraz średnio dwa razy w tygodniu grywa w tenisa.
— Gramy z kolegami, samymi 80-latkami. Łącznie mamy 363 lata — mówi z uśmiechem.
Dla osoby, która całe życie była profesjonalistą, taka rekreacyjna aktywność fizyczna, na którą nie może zdobyć się współcześnie niejeden 30-latek, nie liczy się jako „uprawianie sportu”.

Ogródek liczy sobie już 26 latŻródło: Onet / Magdalena Mateja-Furmanik
Stanisław Chemicz urodził się w styczniu 1940 r. W swojej karierze trzykrotnie zdobywał mistrzostwo Dolnego Śląska w narciarstwie, a także dwukrotnie zajmował dziesiąte miejsce na mistrzostwach Polski, m.in. w Zakopanem i Szczyrku. Równolegle z sukcesami na stokach intensywnie uprawiał piłkę nożną w Jeleniej Górze, łącząc obie dyscypliny aż do wieku juniora.
Podczas mistrzostw Polski w Szczyrku w 1957 r. doznał jednak poważnego wypadku na trasie zjazdowej, co skłoniło go do rezygnacji z wyczynowego narciarstwa. Od 18. roku życia całkowicie poświęcił się więc piłce nożnej, grając wyczynowo w klubie Polonia Jelenia Góra — gdzie kontynuował swoją piłkarską karierę aż do 1964 r. Następnie przeprowadził się do Krakowa, gdzie rozpoczął karierę w klubie Cracovia.

— Gdy myślę o śmierci, jest mi po prostu szkoda tego życia, które przeżyłem. Szkoda mi tych wszystkich doświadczeń, bo przeżyłem je uczciwie — wyznaje pan StanisławŻródło: Onet / Magdalena Mateja-Furmanik
Studia rozpoczął stosunkowo późno, dopiero w wieku 35 lat, podejmując naukę na ówczesnej Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie.
— W Krakowie byłem cały czas związany wyczynowo z piłką nożną, przez co między innymi wcześniej nie rozpocząłem studiów. W Krakowie rozegrałem około 280 meczów — zarówno w pierwszej, jak i w drugiej lidze. Mama zawsze chciała, żebym skończył studia wcześniej, jednak w tamtym okresie nie było ani takich możliwości, ani czasu, dlatego wszystko odbyło się z opóźnieniem.
Są jednak dwie, a właściwie trzy rzeczy, o których często czytam i które powiedział świętej pamięci Jan Paweł II: na miłość, na naukę i na przygody zawsze jest czas.
W 1977 r. Rozpoczął pracę jako trener drużyn juniorskich Wisły Kraków, którą kontynuował przez 35 lat do początku 2012 r. Przez 10 lat prowadził również reprezentację Polski juniorów.
— Przede wszystkim sport, zwłaszcza ten, który wymaga bardzo wielu trudów, wymaga charakteru. Trzeba mieć charakter. Ludzie, którzy go mają, są w stanie wiele wytrzymać. Jeśli się jednak w młodym wieku komuś nie udaje, trzeba to jasno powiedzieć: to nie jest wina dzieci, tylko często wina rodziców. Rodzice, posyłając dziecko do klubu sportowego, na przykład na piłkę nożną, bardzo często chcą zaspokoić własne, niespełnione ambicje. Tata chce osiągnąć przez dziecko to, czego sam nie osiągnął — być może wobec siebie, być może wobec swoich rodziców. A przecież nie można wszystkiego robić za szybko. Trzeba przejść pewne etapy, doświadczyć wielu rzeczy, żeby osiągnąć jakiś cel — twierdzi.
— Jedna rzecz jest bardzo ważna: do pracy z takimi maluchami potrzebni są trenerzy odpowiednio dobrani — wykształceni, doświadczeni, z rutyną życiową i sportową. Trenerzy, którzy wiedzą, co robią. Bo jak ktoś ma nauczyć kopania piłki albo odbijania jej rakietą? Jak może tego uczyć chłopak, który ma 18 czy 19 lat, a dziecko ma 10? Co taki młody trener zdążył przeżyć, co zobaczył, czego doświadczył? Do pracy z młodzieżą naprawdę potrzebni są ludzie doświadczeni — podkreśla.
„Popłakałem się, bo miałem zaszczyt mieć orzełka na piersi”
Jak przyznaje, na sporcie się nie dorobił, jednak nigdy nie było to jego celem.
— Dzisiaj każdy chce zarabiać pieniądze, wtedy w Polsce tak nie było. Pamiętam, jak byłem na sympozjum trenerów w Barcelonie, jeszcze w latach 90. Po zakończeniu jednego z dni usiedliśmy wszyscy trenerzy przy wspólnym stole i zaczęliśmy rozmawiać. Zeszło na temat pieniędzy. Każdy mówił, czym się zajmuje i ile zarabia. Ktoś pyta mnie: ile ty zarabiasz? Ja mówię, że cztery tysiące. A on na to: cztery tysiące dolarów? Ja mówię: nie, cztery tysiące złotych. No i wtedy było widać zdziwienie — bo to przecież nie były żadne pieniądze.

— Żal, jest mi po prostu żal. Na przykład teraz myślę o tym ogródku, o tym, co człowiek przez lata robił. Wszystko to, te rakiety, ten sprzęt — kiedyś to wszystko odejdzie i tego mi szkoda — wyznaje pan StanisławŻródło: Onet / Magdalena Mateja-Furmanik
— Pytają mnie dalej: gdzie trenujesz, na jakim boisku? Odpowiadam, że na takim i takim. Zresztą dzisiaj wszyscy widzą, jak się ogląda mecze — boiska jak stół, trawa zielona, w kratkę, w pasy, wszystko idealne. Gdy opowiedziałem, jak to u nas wygląda, jeden z trenerów złapał się za głowę i mówi: „To niemożliwe, to niemożliwe”. Jeden był z Chorwacji, drugi z Hiszpanii, z Rayo Vallecano, tam prowadził zajęcia.
Największe emocje w byłym trenerze Wisły wzbudza wspomnienie ważnych meczów i satysfakcja, której nie da się kupić za żadne pieniądze.
— Do dziś pamiętam rok 1997, kiedy po raz pierwszy byłem trenerem reprezentacji Polski juniorów. Graliśmy wtedy mecz z Rumunią w Rzeszowie. Dla mnie, jako trenera, było to naprawdę coś bardzo ważnego. To było ogromne przeżycie. Pamiętam mecz w Myślenicach, 1 maja, graliśmy wtedy z Węgrami.
Popłakałem się, bo miałem zaszczyt mieć orzełka na piersi i prowadzić reprezentację Polski.
— Największą satysfakcję dawało mi jednak to, że pracowałem społecznie. Dla mnie 163 razy usłyszeć hymn Polski to było coś niesamowitego — serce piekło mnie wtedy bardzo mocno. Nie mówię tego, żeby się chwalić, tylko żeby oddać skalę tych emocji. Ogromne znaczenie miały też wyjazdy zagraniczne. W Europie byłem prawie wszędzie — nie byłem tylko w Holandii i Norwegii, resztę krajów udało się zaliczyć — mówi z zadowoleniem.

— Kiedy usiadłem z Kacprem i się go zapytałem: „Kacper, co ty z tym wszystkim zrobisz?”. A że on wtedy był jeszcze w takim okresie głupoty, to powiedział: „Dziadek, jak to wszystko sprzedam”. Teraz ma już 33 lata. Niedawno rozmawialiśmy i mu mówię, że mogę wszystkie pamiątki oddać do muzeum. On na to: „dziadek, ja tu położyłem na to rękę. Wszystko zostaje”. Zmądrzał! — mówi z zadowoleniem pan StanisławŻródło: Onet / Magdalena Mateja-Furmanik
— Szczególnym przeżyciem była Ziemia Święta. Byliśmy tam na mistrzostwach Europy przez 12 dni i zwiedziliśmy praktycznie wszystko: Betlejem, Grób Święty — rzeczy absolutnie niezapomniane. Byliśmy też w Tajlandii, w sanktuarium Buddy, położonym na wysokości około 1500 metrów. Prowadziły tam długie schody, ukształtowane jak wąż. Wszyscy musieli wchodzić boso, mężczyźni w przepaskach, w ciszy — nie wolno było głośno rozmawiać. To było coś niesamowitego.
— Wtedy pieniądze nie odgrywały żadnej roli, mimo że człowiek miał rodzinę. Satysfakcja z tych podróży, z zobaczenia świata, była ogromna. Gdyby trzeba było za to wszystko zapłacić z własnej kieszeni, nie wiem, ile pieniędzy by na to starczyło.
„Musisz znać swoje miejsce w szyku”
Pan Stanisław nie ukrywa satysfakcji, jaką czerpie z życia, dzięki bagażowi doświadczeń sportowych i zawodowych. O swojej przeszłości myśli z dumą — i chce ją eksponować.
— Czuję się w życiu spełniony. To, co chciałem osiągnąć, może nie w jakimś idealnym wymiarze, ale w takim, na jaki było mnie stać, udało mi się zrealizować. Najważniejsze jest to, że spełniły się marzenia moje i moich rodziców. Bóg dał mi też to szczęście, że mimo 86 lat wciąż mam zdrowie. Mogę jeszcze pracować w ogródku, tam się realizować i sprawdzać. Po tym wszystkim czuję się naprawdę spełniony i zadowolony z życia, a z tego, co osiągnąłem, jestem dumny. Mam córkę, wnuka i wszystko fajnie się układa.
— Myślę, że mi się udało. Dlaczego?
— Przede wszystkim dzięki pracy i ambicji. Jestem ambitny, a ambicja — jak się mówi — potrafi czynić wielkie cuda.
— Kiedy przyjechałem do Krakowa, chciałem niektórym ludziom coś udowodnić. Chciałem pokazać, że nie tylko „Krakus” może coś zdziałać dla sportu w Krakowie. Z doświadczenia wiem, że często panuje tu przekonanie: „my, krakusi, tylko my potrafimy grać w piłkę”. Kiedy przyszedłem do drużyny, bardzo mnie to zabolało. Przecież wcześniej grałem w reprezentacji juniorów i na Dolnym Śląsku. A tu słyszałem: my, krakusi, tylko my umiemy grać w piłkę. Ta ambicja pchnęła mnie do tego, żeby im udowodnić, że się mylą — i że 280 rozegranych meczów to naprawdę dużo.

— Dobrze jest mieć świadomość, że po człowieku coś zostaje i to daje jakąś ulgę — wyznaje pan StanisławŻródło: Onet / Magdalena Mateja-Furmanik
— Nigdy nie jest za późno, tylko trzeba wydobyć z siebie chęć do działania. Trzeba przede wszystkim znać swoje możliwości i znać swoje miejsce w szyku. Ktoś kiedyś powiedział mi: „musisz znać swoje miejsce w szyku” — i ja zawsze wiedziałem, na co mnie stać. Nie wychylałem się ponad to, co było możliwe, tylko działałem w ramach warunków, jakie miałem — podkreśla.
„Szkoda mi życia, które przeżyłem”
Pomimo dobrego zdrowia i dużej werwy życiowej, wiek pana Stanisława skłania go do refleksji nad śmiercią i znaczeniem swojego życia z perspektywy jego końca. Gdy zaczyna myśleć, milknie na chwilę, a potem odpowiada z właściwą sobie pewnością siebie, teraz zabarwioną nutą żalu.
— Gdy myślę o śmierci, jest mi po prostu szkoda tego życia, które przeżyłem. Szkoda mi tych wszystkich doświadczeń, bo przeżyłem je uczciwie. Zwierzam się państwu, ale mogę to powiedzieć z czystym sumieniem — nikomu w życiu nie zrobiłem krzywdy. I właśnie dlatego jest mi żal, że to wszystko kiedyś odejdzie, a wiem, że to już niedługo.
— Z drugiej strony dobrze jest mieć świadomość, że po człowieku coś zostaje i to daje jakąś ulgę. Bo żal odchodzenia jest chyba większy u tych, którzy żyli uczciwie. Ci, którzy krzywdzili innych, mogą patrzeć na to inaczej. Ja zawsze starałem się być uczciwy — i taki pozostałem.
— Żal, jest mi po prostu żal. Na przykład teraz myślę o tym ogródku, o tym, co człowiek przez lata robił. Wszystko to, te rakiety, ten sprzęt — kiedyś to wszystko odejdzie i tego mi szkoda. Czasem człowiek stara się, wkłada w coś całe serce, a potem ludzie zapominają. Proszę sobie wyobrazić: po dziesięciu latach w reprezentacji i po trzydziestu pięciu latach w Wiśle, ludzie zapomnieli, że był kiedyś zawodnik i trener o imieniu Stanisław Chemicz. I to boli najbardziej. Nie chodzi o pieniądze czy nagrody, tylko o to, żeby ktoś docenił, zaprosił na mecz, jubileusz, pozwolił być przy tym. A tu pozostaje tylko żal, że człowiek był, działał, tworzył, a teraz go już nie ma, nikt już o mnie nie pamięta.

Pan Stanisław Chemicz na tle swojego ogródkaŻródło: Onet / Magdalena Mateja-Furmanik
Dyspozytorem wielkiej, pamiątkowej kolekcji sportowej pana Stanisława został jego wnuk, Kacper.
— Kiedy usiadłem z Kacprem i się go zapytałem: „Kacper, co ty z tym wszystkim zrobisz?”. A że on wtedy był jeszcze w takim okresie głupoty, to powiedział: „Dziadek, jak to wszystko sprzedam”. Teraz ma już 33 lata. Niedawno rozmawialiśmy i mu mówię, że mogę wszystkie pamiątki oddać do muzeum. On na to: „Dziadek, ja tu położyłem na to rękę. Wszystko zostaje”. Zmądrzał!