Od czasu wojskowej interwencji Donalda Trumpa w Wenezueli debatę w Waszyngtonie zdominowało nowe słowo: FAFO, skrót od „F*** Around And Find Out”, co można przetłumaczyć na „powydurniaj się i zobacz, co się stanie”. Krytycy Trumpa twierdzą, że na tym właśnie — i na niczym więcej — polega jego strategia.

Choć sytuacja w Wenezueli po akcji amerykańskich jednostek specjalnych wydaje się chaotyczna, za amerykańskim działaniem stoi jasny plan. Trump sięga po sprawdzone narzędzie władzy, by podporządkować sobie państwo latynoamerykańskie według własnego uznania. Jednak Wenezuelczycy doskonale znają słaby punkt Amerykanów i — jeśli zajdzie potrzeba — bez skrupułów go wykorzystają.

Po pierwsze: wielkie rezerwy ropy w Wenezueli to dla Amerykanów kwestia drugorzędna. W przeciwieństwie do początku wojny w Iraku w 2003 r., w bieżącym roku apetyt USA na „czarne złoto” jest w dużej mierze zaspokojony. Stany Zjednoczone są dziś największym producentem ropy na świecie.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Głównym celem przewrotu w Caracas jest powstrzymanie Chin, Rosji i Iranu — czyli trójki geopolitycznych przeciwników Ameryki. Chiny od lat próbują przejąć wenezuelskie złoża rzadkich metali, Rosjanie prowadzą tam szkolenia wojskowe, a Iran buduje na obrzeżach stolicy drony bojowe.

Waszyngton nie może potraktować Rodriguez tak, jak potraktował Maduro

Usunięcie przywódcy Nicolasa Maduro i wywarcie silnej presji na rząd tymczasowy ma pozwolić Trumpowi rozwiązać te trzy problemy za jednym zamachem. Pytanie jednak: jak Waszyngton zamierza postawić kropkę nad i? W końcu tymczasowa prezydentka Wenezueli, Delcy Rodriguez, jest ściśle powiązana z przeciwnikami USA. Pokazuje to choćby lista pierwszych trzech osób, które pogratulowały jej po objęciu urzędu: ambasador Chin, ambasador Rosji oraz ambasador Iranu (który jednak, zamiast podać rękę kobiecie, uprzejmie skinął głową).

Trump nie może po prostu aresztować nowej szefowej rządu, jak to zrobił z Maduro. Maduro był ścigany listem gończym przez Stany Zjednoczone, a jego porwanie z Caracas według prawa USA było akcją policyjną przeprowadzoną przez wojsko, nie zamachem stanu. Tym bardziej że USA nie uznawały Maduro za legalnego prezydenta. W przypadku Rodriguez nie ma jednak żadnego nakazu aresztowania. Zarówno polityczne, jak i prawne przeszkody, które Trump musiałby pokonać, by zaatakować ją bezpośrednio, są znacznie większe.

Inną opcją mogłoby być przekazanie władzy opozycji. Gotowa była do tego choćby laureatka pokojowego Nobla, Maria Corina Machado, która zadedykowała Trumpowi swoją nagrodę i obecnie mieszka na emigracji w USA. Jednak amerykańskie służby wywiadowcze odradziły Trumpowi to rozwiązanie, ponieważ Machado nie ma poparcia wojska i nie byłaby w stanie skutecznie zarządzać Wenezuelą.

María Corina Machado, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, przed hotelem w Oslo, 12 grudnia 2025 r.

María Corina Machado, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, przed hotelem w Oslo, 12 grudnia 2025 r.Ole Berg-Rusten / PAP

Pozostaje więc wywieranie presji na tymczasową prezydentkę Delcy Rodriguez. Trump robi to, blokując eksport wenezuelskiej ropy. Bez sprzedaży ropy (która stanowi 90 proc. wszystkich eksportowanych towarów) reżim w Caracas traci środki niezbędne do przetrwania. Już teraz Wenezuela musi ograniczać wydobycie, bo przez blokadę magazyny są przepełnione.

Reżim dogada się z Amerykanami, zwykli Wenezuelczycy zostaną z niczym

Wygląda na to, że Rodriguez zrozumiała przekaz. Ma jednak asa w rękawie: wie, że groźby Trumpa mają swoje granice i nie może on po prostu zająć Wenezueli. Według amerykańskich ekspertów, by podbić ten górzysty kraj, potrzeba by co najmniej 150 tys., a najlepiej 200 tys. żołnierzy — znacznie więcej niż 16 tys. stacjonujących obecnie w regionie.

Na wojnę partyzancką, która pochłonie amerykańskie ofiary, „prezydent pokoju” w Waszyngtonie nie może sobie pozwolić. Z hasłem Trumpa „America First” trudno byłoby uzasadnić większą wojnę w Ameryce Łacińskiej. Co więcej, na taką operację Trump musiałby uzyskać zgodę Kongresu, w przeciwieństwie do błyskawicznej akcji przeciw Maduro, a to obecnie graniczy z niemożliwością.

Reżim wenezuelski (poza Maduro wszyscy pozostali są nadal u władzy) prawdopodobnie ugnie się i będzie współpracować bez kolejnej amerykańskiej inwazji, jednocześnie dalej czerpiąc korzyści z bogactw naturalnych kraju — tak jak robili to przywódcy Wenezueli od pokoleń. Zdecydowana większość z 31 mln mieszkańców kraju raczej nie odczuje większych zmian. Ich rozpaczliwa nadzieja na poprawę losu w rozgrywkach obu stron odgrywa drugorzędną rolę.