Bogdana stoi nieruchomo, wpatrując się w zaśnieżone pole. Noc spędziła w drewnianym schronie — przy temperaturze minus 12 st. C. Bogdana rzadko się odzywa. Ale kiedy to robi, słychać ją z odległości wielu kilometrów.

Bogdana to działo. A dokładniej: haubica kalibru 155 mm. Czeka na swoją pierwszą misję w tym roku.

Podchorąży Ihor i sanitariusz Ruslan piją kawę w domu kilkadziesiąt kilometrów za linią frontu. Na zewnątrz świta, nadchodzi 1 stycznia. — Sylwestra świętowaliśmy pyszną kolacją — mówi Ihor. — Ale poszliśmy spać wcześnie. Dzisiaj potrzebujemy wszystkich naszych sił.

Obaj mężczyźni są żołnierzami 48. Brygady Artylerii w regionie Charkowa. Wsiadają do białego pickupa: Ruslan za kierownicą, Ihor na skrzyni ładunkowej, z naładowanym kałasznikowem w ręku. — Do obrony przed dronami — mówi sucho.

Żołnierze jadą do bazy swojej jednostki na froncie. Znajduje się ona na wzgórzu, ukryta wśród drzew. — Misza, Misza! — woła Ihor szyderczym tonem. Pozostali powtarzają za nim. To wewnętrzny żart.

Misza jest dowódcą plutonu. To silny mężczyzna o jasnoniebieskich oczach. Siedzi w kwaterze sypialnej, pomieszczeniu o wymiarach dwa na cztery metry z siedmioma drewnianymi łóżkami, wykopanym w ziemi. — Baza jest nowa i Rosjanie jeszcze jej nie znają — wyjaśnia Misza. — Czujemy się więc stosunkowo bezpieczni.

„Staramy się przetrwać”

Codzienne życie dyktuje armata Bogdana. Żołnierze czyszczą lufę, sprawdzają hydraulikę i elektronikę. Rozciągają siatki maskujące.

Strzelają tylko na rozkaz. Często po wielu godzinach oczekiwania. Czasami po wielu dniach. W międzyczasie żołnierze jedzą, śpią na zmianę, myją się, jeśli mają wodę.

Wojenne zniszczenia w Charkowie, 3 stycznia 2026 r. (zdjęcie poglądowe)

Wojenne zniszczenia w Charkowie, 3 stycznia 2026 r. (zdjęcie poglądowe)Stringer / AFP

— Strzelamy tylko na rozkaz i tam, gdzie nam każą — mówi Misza. Rosjanie często odpowiadają w ciągu kilku minut. Obliczają pozycję wystrzału i wysyłają drony. — Wtedy chowamy się i staramy się przetrwać — dodaje Ukrainiec.

Na wojnie w Ukrainie nie ma już wyraźnej linii frontu. Nie ma pierwszej, drugiej, trzeciej pozycji strzeleckiej. Zamiast tego istnieje strefa śmierci o szerokości 10, 20 km. To tam latają drony. Polują. Na żołnierzy i cywilów.

Lekarze z 25. Brygady Lotniczej mają w tej strefie swoją bazę. Opiekują się rannymi żołnierzami z okupowanego Pokrowska.

Wojenna rzeczywistość

Sala operacyjna znajduje się w garażu domu jednorodzinnego. Dwa łóżka, defibrylator, nożyczki, skalpele, zapasy krwi. — Leczymy wszystko, od niewielkich ran ciętych po amputacje — mówi Kostiantyn, anestezjolog.

Ma córkę, jest rozwiedziony. Kiedy wybuchła wojna, był zatrudniony w szpitalu. Zachował swoją pracę, nie chciał iść do wojska. — Ale w pewnym momencie nie mogłem już tego znieść — opowiada Kostiantyn. — Wiedziałem, że jestem potrzebny na froncie.

Wstąpił do armii, rezygnując z życia cywilnego. Teraz mieszka z kolegami w bardzo ciasnych warunkach: sześciu do ośmiu mężczyzn w trzech pokojach. Łóżka, piec opalany drewnem, fotel. Płatki kukurydziane bez mleka do podjadania. Kawa instant.

Chirurg Allen siedzi na swoim łóżku i wpatruje się w pustkę. Przed wojną pracował z pacjentami chorymi na raka. Allen mówi płynnie po angielsku i trochę po niemiecku. — Możesz ze mną poćwiczyć? — pyta. — Być może wkrótce pojadę do Monachium — dodaje. Wojna daje mu się we znaki. Zasypia, budzi się. Co kilka minut.

Allen mówi, że czasami ten sam żołnierz przychodzi kilka razy. W zależności od odniesionych obrażeń mężczyźni wracają z bazy bezpośrednio na front. — Wtedy ponownie zostają ranni lub giną — mruczy Allen. — To cię wewnętrznie wyczerpuje.

Ukraiński żołnierz, obwód doniecki, 31 grudnia 2025 r. (zdjęcie poglądowe)

Ukraiński żołnierz, obwód doniecki, 31 grudnia 2025 r. (zdjęcie poglądowe)Diego Herrera Carcedo / Getty Images

Walka do końca

Żołnierze artylerii na froncie mimo wszystko nadal walczą. Ihor, podoficer w regionie Charkowa, nadal wierzy w zwycięstwo. — Ukraina nie jest kanapką, którą można po prostu podzielić — mówi. — Jesteśmy ludźmi, którzy walczą o wolność.

Często myśli o poległych. O tym, że nie powinni stracić życia na próżno. — To daje mi siłę, by dalej walczyć — dodaje Ihor.

Nagle podskakuje. Jego oddział otrzymał rozkaz oddania strzału. Wyciągają Bogdanę z kryjówki. Jeden z żołnierzy wycelowuje lufę. Armata piszczy. Inny przynosi amunicję. Dwa granaty o wadze 43 kg i długości 70 cm.

Bogdana jest gotowa. Mężczyźni zakrywają uszy. Jeden z nich pociąga za linę. Słychać ciche kliknięcie, a potem huk. Z lufy armaty unosi się dym. Strzelają po raz drugi.

Teraz wszystko dzieje się szybko. Bogdana musi wrócić do schronu. Żołnierze chowają się w bunkrze. Ihor biegnie przez zaśnieżone pole. 400 m do drogi. Ukrainiec wskakuje na skrzynię ładunkową białej ciężarówki, chwyta za kałasznikowa. Ruslan uruchamia silnik. Trzeba uciekać.