Wielowątkowa, intensywna debata o polskiej gospodarce w gronie przedstawicieli świata biznesu, polityki oraz nauki i środowiska eksperckiego odbędzie się 9 lutego 2026 r. w Warszawie. Zapraszamy na EEC Trends. Rejestracja dostępna na stronie wydarzenia.

  • Hossa na giełdach trwa, 2026 nie różni się niczym od 2025
  • Ropa tanieje, prezydent Trump zapowiada przejęcie 50 mln baryłek ropy z Wenezueli
  • Jest oferta przejęcia Inpostu
  • Unia Europejska już w piątek może zaakceptować umowę z Mercosur
  • Morgan Stanley: AI może wywołać wzrost inflacji

1. Hossa na giełdach trwa, 2026 nie różni się niczym od 2025

Rynki finansowe na całym świecie rozpoczęły rok w podobnym stylu, w którym kończyły poprzedni, a więc nowymi rekordami. 

W Stanach indeks Dow Jones osiągnął najwyższy poziom w historii już w poniedziałek, a we wtorek go jeszcze raz poprawił. Tego samego dnia dołączył do niego indeks S&P 500. 

Notowania indeksu Dow Jones Industrial Average, źródło: investing.com Notowania indeksu Dow Jones Industrial Average, źródło: investing.com

W Europie nowe rekordy padły w ostatnich dniach w Warszawie, Frankfurcie, Madrycie, Wiedniu, Lizbonie, Oslo, Amsterdamie, Wilnie, Sztokholmie, Zurichu, Pradze, Londynie, Ljubljanie, Bukareszcie, Budapeszcie. Tak naprawdę łatwiej byłoby wymienić te rynki, na których nowe rekordy się nie pojawiły (Helsinki, Paryż i rynek Nasdaq w Nowym Jorku). 

Kwestia wspomnianego Nasdaqa wygląda interesująco, ponieważ notowane tam spółki technologiczne, często kojarzone z rozwojem AI były najważniejszą siłą napędową globalnej hossy przez większość 2025 roku. Teraz na rynku amerykańskim są one wyraźnie z tyłu, a liderami zostały poprzednio mniej doceniane spółki np. z branży budowlanej, zbrojeniowej, zdrowotnej albo bankowej. 

Po trzech tegorocznych sesjach najsłabsze wśród największych amerykańskich spółek są tracące ponad 3 proc. Tesla, Apple i Netflix. Z drugiej strony akcje Goldman Sachs i Caterpillar zdążyły podrożeć w tym czasie o ponad 8 proc. a Boeinga, United Health i Honeywell o ponad 5 proc. 

Wygląda na to, że obecnie giełdy rosną bez względu na to, co się dzieje na świecie, pchane do góry przez napływy nowego kapitału, które zwykle pojawiają się na nich na początku roku wywołując tak zwany „efekt stycznia”. Nowe pieniądze są inwestowane zarówno przez duże instytucje finansowe, dysponujące nowymi budżetami na nowy rok, jak i przez inwestorów indywidualnych starających się jak najszybciej wykorzystać nowe limity w ramach najróżniejszych schematów inwestycyjnych takich, jak chociażby programy emerytalne IKE i IKZE na polskim rynku. 

Notowania giełdowe indeksu WIG, źródło: investing.com Notowania giełdowe indeksu WIG, źródło: investing.com

W Europie pewne znaczenie może mieć też reforma systemu emerytalnego w Holandii, w ramach której tamtejsze fundusze powinny teraz w większym stopniu interesować się bardziej ryzykownymi rynkami akcji, kosztem bardziej bezpiecznych rynków obligacji. 

Oczywiście dobre nastroje na rynkach cały czas są też podtrzymywane przez te same czynniki, co w poprzednim roku, a więc oczekiwania na kolejne obniżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych i nadzieje na zakończenie wojny w Ukrainie.

2. Ropa tanieje, prezydent Trump zapowiada przejęcie 50 mln baryłek ropy z Wenezueli

W przeciwieństwie do cen akcji, notowania ropy naftowej od kilku godzin wyraźniej spadają. Amerykańska ropa WTI tanieje o 1,3 proc. i kosztuje nieco ponad 56 dolarów za baryłkę. Gdyby cena zeszła poniżej 55 dolarów, moglibyśmy mówić o tym, że ropa jest najtańsza od 2021 roku, na razie jednak do takiego rozwoju sytuacji troszeczkę brakuje. 

Notowania rynkowe ropy WTI, źródło: investing.com Notowania rynkowe ropy WTI, źródło: investing.com

Spadek ceny to przede wszystkim reakcja na słowa prezydenta USA Donalda Trumpa, który dziś w nocy powiedział, że Wenezuela przekaże Stanom od 30 do 50 mln baryłek ropy, które następnie Amerykanie sprzedadzą, a przychodami ze sprzedaży podzielą się z Wenezuelą.

Wartość tych przychodów, licząc wg bieżącej ceny ropy WTI, mogłaby sięgnąć nawet 2,8 mld dolarów, ale uwzględniając to, że ropa z Wenezueli zwykle jest sprzedawana z kilkunastodolarowym dyskontem, może to być raczej około 1,3-2,1 mld dolarów.

Kluczowe jest jednak to, że według słów Trumpa, pomimo oficjalnie trwających sankcji nałożonych na eksport ropy z Wenezueli, uda się jednak umieścić jej większą ilość na rynkach globalnych, przynajmniej tymczasowo zwiększając podaż. 

Nie musi to jednak oznaczać zwiększenia produkcji ropy w Wenezueli. Do tego konieczne są inwestycje w zniszczone i zaniedbane w ostatnich latach instalacje naftowe w tym kraju, co zdaniem ekspertów nie wydarzy się zanim nie ustabilizuje się i nie wyjaśni sytuacja polityczna w tym kraju. Dlatego też początkowo rynek ropy w ogóle nie reagował na wydarzenia w Wenezueli, nie kojarząc ich z perspektywą wzrostu podaży ropy na świecie. 

Przy okazji warto wspomnieć, że prezydent Trump w poniedziałek powiedział w wywiadzie z NBC News, że amerykańskie firmy naftowe, które zaangażują się w inwestycje w Wenezueli będą mogły otrzymać dotacje z amerykańskiego budżetu, co samo w sobie świadczy o tym, że koncerny naftowe z USA nie palą się obecnie do wydawania pieniędzy na odbudowę przemysłu naftowego Wenezueli i trzeba je do tego dodatkowo zachęcać. 

Natomiast baryłki, o których obecnie wspomina prezydent Trump, to prawdopodobnie ropa wydobyta już wcześniej, znajdująca się obecnie w zbiornikach w Wenezueli, które od czasu wprowadzenia przez Amerykanów blokady morskiej parę miesięcy temu są wypełnione do pełna, blokując dalsze wydobycie. W ostatnich dniach w Wenezueli pojawiły się już zapowiedzi ograniczenia wydobycia.

Dzięki inicjatywie prezydenta Trumpa zbiorniki będą mogły zostać opróżnione, co być może umożliwi dalsze wydobycie surowca na dotychczasową, niezbyt dużą skalę. Oczywiście pod warunkiem, że to wszystko faktycznie się wydarzy, ponieważ prezydent Trump ma dość długą historię zapowiadania rzeczy, które potem się jednak nie działy.

3. Jest oferta przejęcia Inpostu

Akcje Inpostu poszły w górę na giełdzie od początku tego roku już o 42 proc., w tym tylko we wtorek o 28,5 proc. Niestety oczywiście nie na giełdzie warszawskiej, z której właściciel paczkomatów został wiele lat temu wycofany, ale na tej w Amsterdamie, na której kilka lat później się pojawił.

Notowania giełdowe akcji Inpostu w Amsterdamie, źródło: investing.com Notowania giełdowe akcji Inpostu w Amsterdamie, źródło: investing.com

Przyczyna tak dużego wzrostu to pojawienie się oferty przejęcia spółki, o czym poinformowała ona w swoim komunikacie. Inpost nie zdradza, kto miałby go przejąć, ale według doniesień serwisu SkyNews miałoby to być konsorcjum z udziałem między innymi funduszu Advent, który dziś jest jednym z akcjonariuszy mniejszościowych w spółce, jednak w ostatnich latach był kluczowym partnerem Rafała Brzoski w rozwijaniu tego biznesu.

Advent wszedł do Inpostu w 2017 roku w momencie, w którym spółka ta, wraz ze swoją spółką matką, czyli Integerem zostały zdjęte z giełdy warszawskiej. W kolejnych latach jego kapitał zapewnił jej dynamiczny rozwój, natomiast w 2021 roku Advent wprowadził Inpost na rynek w Amsterdamie i od tamtej pory powoli, ale systematycznie zmniejsza swoje zaangażowanie w spółce. Dlatego doniesienia o tym, że teraz miałby ponownie to zaangażowanie zwiększać brzmią zaskakująco.

W każdym razie zamiar przejęcia wszystkich akcji oznacza kolejne już w historii Inpostu zdjęcie z giełdy, jednak aby to osiągnąć, najpierw trzeba będzie te akcje odkupić od obecnych ich posiadaczy, dlatego akcje te teraz drożeją.

Drugą przyczyną dynamicznego wzrostu ceny jest prawdopodobnie to, że Inpost w ostatnich miesiącach był popularną spółką wśród inwestorów stosujących „krótką sprzedaż”, czyli zarabiających na spadku, a nie wzroście notowań.

Perspektywa przejęcia spółki i wycofania z giełdy sprawia, że rachuby dotyczące możliwego spadku notowań i w efekcie zarobku na krótkiej sprzedaży wzięły w łeb, więc inwestorzy, którzy wcześniej pożyczyli akcje Inpostu, sprzedali je i teraz czekali na spadki, w pośpiechu wycofują się ze swojej strategii, odkupując sprzedane wcześniej akcje i automatycznie przyczyniają się w ten sposób do gwałtownego wzrostu ich notowań, w ramach zjawiska znanego na rynkach pod nazwa „short squeeze”.

4. Unia Europejska już w piątek może zaakceptować umowę z Mercosur

Unia Europejska jest bliżej zaakceptowania porozumienia o wolnym handlu z grupą Mercosur, czyli kilkoma krajami z Ameryki Południowej. Miało do tego dojść już w grudniu, ale uniemożliwiły to obiekcje ze strony kilku dużych państw, w których politycy boją się protestów rolników w tej sprawie. Chodziło głównie o Francję, Włochy i Polskę, natomiast najnowsze doniesienia mówią o tym, że Włochy są już bliskie zaakceptowania umowy. Bez nich Francja i Polska nie będą w stanie samodzielnie zablokować dealu.

Bloomberg poinformował, że Włochy poprą umowę w głosowaniu unijnych ambasadorów zaplanowanym na najbliższy piątek, 9 stycznia. Przy takim scenariuszu podpisanie porozumienia z krajami Mercosur może nastąpić już w poniedziałek 12 stycznia. Na razie jednak są to wciąż nieoficjalne pogłoski, nie potwierdzone oficjalnie przez włoski rząd.

Umowa UE z krajami Mercosur jest negocjowana od ponad dwudziestu lat. Dziś, w świecie agresywnej rywalizacji Stanów Zjednoczonych z Chinami i wysokich ceł może stanowić ogromną szansę dla europejskiej gospodarki, której przemysł uzyska nieograniczony dostęp do rynków południowoamerykańskich. Da to szanse na wzrost unijnego eksportu.

Z drugiej strony Mercosur liczy na wzrost eksportu swojej żywności do Europy i tego właśnie obawiają się rolnicy, jednak w ostatnich tygodniach umowa została uzupełniona o dodatkowe zapisy zabezpieczające ich interesy, dzięki którym w sytuacji w której import z Ameryki Południowej zaczyna destabilizować rynek w Europie, będzie można go zatrzymać. Ponadto umowa umożliwi również ekspansję europejskich, w tym także polskich producentów żywności na rynku południowoamerykańskie.

Generalnie dzięki umowie ma powstać wspólny rynek złożony z 780 mln konsumentów. 

5. Morgan Stanley: AI może wywołać wzrost inflacji

Rozwój sztucznej inteligencji może spowodować wzrost inflacji na świecie – do takiego zaskakującego wniosku doszli ekonomiści z banku Morgan Stanley. Nie chodzi tutaj o nadal dość odległy w czasie moment, w którym według optymistycznych scenariuszy AI stanie się dominującą technologią na świecie, ale już o najbliższe miesiące. 

Według banku już dzisiaj potężne nakłady i inwestycje w budowę infrastruktury niezbędnej do funkcjonowania usług opartych na AI powoduje ogromny wzrost popytu na półprzewodniki i na energię elektryczną. Większy popyt już w tej chwili powoduje poważne wzrosty cen półprzewodników, które są wykorzystywane w całej masie najróżniejszych produktów, od samochodów, po sprzęty AGD. Oznacza to zauważalny wzrost kosztów po stronie producentów tych dóbr. Dodatkowe uderzenie po stronie kosztów może pojawić się, jeśli tam gdzie powstają nowe centra danych drożeć zacznie prąd. 

W efekcie Morgan Stanley zakłada, że inflacji w USA w ciągu najbliższych dwóch lat nie uda się zejść do poziomu celu inflacyjnego, czyli 2 proc. i do końca 2027 roku będzie ona się utrzymywać powyżej tego poziomu. 

Wyższa inflacja obok oczywistych, niekorzystnych skutków dla gospodarstw domowych może też szybko stać się zagrożeniem dla samej sztucznej inteligencji. Jeśli bowiem Fed zostanie przez nią zmuszony do powrotu do podwyżek stóp procentowych, to prawdopodobnie zmniejszy to zapał na rynkach finansowych do finansowania kolejnych projektów inwestycyjnych związanych z AI. Po drugie droższy prąd i podzespoły automatycznie podniosą koszty inwestycji, co może sprowokować rynki finansowe do przeszacowania dotychczasowych scenariuszy dotyczących opłacalności tych projektów. W efekcie mogą pojawić się zagrożenia dla ich realizacji.