Mikhail Z. szybko zaprzyjaźnił się z pracownikami biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Był gadatliwy, sypał anegdotami, godzinami mógł rozmawiać o książkach. Twierdził, że jest przedstawicielem historyków literatury gruzińskiej, co dopełniało obrazu typowego bibliofila spędzającego całe dnie w czytelni.
Nikomu nie przeszło nawet przez myśl, że w trakcie częstych wizyt na papierosie Gruzin wynosi woluminy warte miliony złotych.
— Najczęściej chował je pod swetrem lub w torbie, następnie przenosił do toalety, tam podnosił płytę w suficie i ukrywał swój łup. Po skończeniu pracy w czytelni szedł do toalety, zabierał książki i wynosił je na zewnątrz — opowiada w rozmowie z Onetem prok. ppłk Bartosz Jandy, członek międzynarodowego zespołu śledczego „Puszkin”.
W bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego Mikhail Z. pojawiał się regularnie od grudnia 2022 r. do października 2023 r. Zapisał się jak normalny czytelnik, na prawdziwe dane, choć wyrobił sobie kilka kart bibliotecznych. Często bywało tak, że przychodził kilka dni z rzędu, a konkretne pozycje były przygotowywane dla niego wcześniej, ponieważ pracownicy biblioteki wiedzieli już, że pojawi się następnego dnia.
Kiedy kradł poszczególne woluminy to za każdym razem dokonywał podmiany na spreparowane atrapy książek. Pracownicy biblioteki sczytywali tylko kod, który się zgadzał i w ten sposób falsyfikaty trafiały w miejsce prawdziwych książek z powrotem do magazynu na półki.
— Co ciekawe, te spreparowane pozycje nie były wykonane jakoś perfekcyjnie. Mało tego, często to były jakieś inne tytuły, które po prostu zawierały przeklejone kartki z wydrukowanymi pieczęciami biblioteki i przeklejonymi kodami kreskowymi — tłumaczy prok. Jandy.
Mikhail Z. wcześniej obserwował, jak funkcjonuje biblioteka. Wiedział, że pracownicy nie przeglądają zwracanych książek, których często zresztą otrzymywali stosy. Sczytywali jedynie kod i jeśli wszystko się zgadzało w systemie informatycznym, to przekazywali je z powrotem do magazynu.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Dodatkowy problem polegał też na tym, że w 2020 r. czytelnia starych zbiorów została przeniesiona do czytelni ogólnej. A tam pracownicy nie byli szczególnie przeszkoleni w zakresie większego nadzoru nad tymi cenniejszymi pozycjami. Byłe one pilnowane na takiej samej zasadzie, jak wszystkie inne książki.
— Oczywiście teren czytelni był objęty monitoringiem i teoretycznie książek nie wolno było wynosić. Ale nie było tam jakiegoś skanera, jak w sklepach, który brzęczy, gdy wynosi się towar — wyjaśnia śledczy z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.
— Mikhail Z. od samego początku wszystko analizował. Brał określone pozycje, miał dużo czasu. Całe dnie spędzał w bibliotece. Testował poszczególne zachowania. Ciągle wychodził na papierosa i stało się to dla niego tak charakterystyczne, że w końcu wszyscy się do tego przyzwyczaili — dodaje.
Gruzin wyniósł z BUW-u łącznie 78 dzieł z XIX-w. o wartości ponad 3,8 mln zł. Wśród nich były pierwsze wydania Aleksandra Puszkina, Nikołaja Gogola, Michaiła Lermontowa czy Iwana Kryłowa.
Skradzione książki pakował i przekazywał kierowcy autobusu kursującego przez Warszawę do Mińska. Tam miały być odbierane przez zleceniodawcę. Wynagrodzenie Mikhail Z. otrzymywał zdalnie, w formie kryptowalut.
Z ustaleń śledczych wynika, że w trakcie pobytu w Polsce odwiedzał też Bibliotekę Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tam jednak nie udało mu się skraść żadnej książki.
Para z Gruzji
16 października 2023 r. w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego zjawia się gruzińska para — Mat T. i Ana G. Podają się za słowackich studentów i przedstawiają sfałszowane dowody tożsamości. W czytelni zamawiają osiem dzieł Puszkina i Gogola, wyjmują długopisy, zeszyty i notatniki. Z boku wyglądają na całkowicie pochłoniętych swoją pracą badaczy literatury.
Po jakimś czasie robią sobie jednak przerwę i wychodzą na papierosa. Gdy dłuższą chwilę nie wracają, zaniepokojeni pracownicy biblioteki przeglądają rzeczy pozostawione przez nich na biurkach. Wtedy orientują się, że brakuje pięciu z ośmiu udostępnionych woluminów. Jak się później okaże — Gruzini wynieśli je w specjalnie uszytych kieszeniach w wewnętrznej części swoich ubrań.

Czytelnia BUW-uRafał Guz / PAP
O sprawie błyskawicznie zostaje powiadomiona policja. W tym czasie gruzińska para opuszcza Warszawę i przemieszcza się do Wiednia. Tam przekazuje skradzione książki partnerce Beqi T., czyli Gruzina, który od grudnia 2022 r. przebywał w łotewskim areszcie po tym, gdy został zatrzymany za kradzieże XIX-w. literatury rosyjskiej z Narodowej Biblioteki w Rydze, a także z kilku bibliotek w Estonii. Mat T. jest prywatnie synem Beqi T.
Po zrealizowaniu zadania para wraca do Tibilisi. Niedługo potem otrzymują wiadomość, że skradzione przez nich dzieła są bezwartościowe, więc nie mogą liczyć na zapłatę. Ktoś ich ubiegł i w miejsce prawdziwych książek podłożył falsyfikaty. Dopiero w momencie, gdy para zostaje zatrzymana przez gruzińskie organy ścigania, cała sprawa wychodzi na jaw.
— Początkowo byliśmy przekonani, że oni ukradli oryginały. Tymczasem okazało się, że wcześniej te książki skradł Mikhail Z., a oni wynieśli podłożone przez niego atrapy — tłumaczy prok. ppłk Bartosz Jandy.
To był moment, w którym polskie śledztwo ruszyło pełną parą, a pracownicy biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego zweryfikowali, ile dzieł tak naprawdę zostało zrabowanych. Wcześniej nie mieli pojęcia, że cokolwiek się nie zgadza.
Gdyby Mat T. i Ana G. zastosowali tę samą metodę, co Mikhail Z. — czyli podkładali falsyfikaty w miejsce skradziony książek — to całkiem możliwe, że proceder trwałby dłużej, a z BUW-u zniknęłoby jeszcze więcej cennych woluminów.
Zorganizowana grupa bukinistów
Szybko stało się też jasne, że Polska nie jest jedynym poszkodowanym krajem, a sprawa ma charakter międzynarodowy. Do kradzieży starodruków rosyjskich autorów dochodziło również we Francji, Niemczech, Czechach, Austrii, Holandii i krajach bałtyckich. Wszędzie modus operandi było dokładnie takie samo. Członkowie gruzińskiej grupy przestępczej wynosili z bibliotek cenne egzemplarze, a w ich miejsca podstawiali atrapy.
Łącznie w całej Europie skradziono 170 woluminów, z czego najwięcej w Polsce. Żeby skoordynować działania w tej sprawie, powołano międzynarodowy zespół „Puszkin”, w skład którego weszli śledczy ze wszystkich poszkodowanych państw. Polskim przedstawicielem w tej grupie został prok. ppłk Bartosz Jandy.
— Regularnie spotykaliśmy się w Hadze, gdzie wymienialiśmy się najważniejszymi informacjami zdobytymi w ramach naszych śledztw. Jest to o tyle istotne, że — jak się później okazało — za wszystkimi kradzieżami stała dokładnie ta sama grupa złożona z obywateli Gruzji — wyjaśnia prok. Jandy.
Przykładowo — zatrzymany w grudniu 2022 r. w Łotwie Beqa T. miesiąc wcześniej pojawił się w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego i fotografował „Dzieła zebrane” Mikołaja Gogola oraz pierwodruk „Cyganów” Aleksandra Puszkina. Prawdopodobnie robił to ramach rekonesansu.

Magazyn Biblioteki Uniwersytetu WarszawskiegoMaciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl
— To nie była taka typowa grupa gruzińska, która kojarzy nam się z Polski z lat 90. jako gang złożony z niebezpiecznych i bezwzględnych ludzi. To raczej taka grupa bukinistów, miłośników antykwariatów, którzy swoim wyglądem i sposobem bycia nie wzbudzali żadnych podejrzeń — opowiada nasz przedstawiciel w zespole „Puszkin”.
Dla polskiej części śledztwa najważniejsze okazało się zatrzymanie na terenie Litwy Mikhaila Z. W trakcie przesłuchania, które we wrześniu 2025 r. przeprowadził prok. Bartosz Jandy w litewskim areszcie, Gruzin przyznał się do kradzieży wszystkich 78 starodruków z BUW-u i opowiedział ze szczegółami o tym, w jaki sposób dokonywał ich grabieży.
Podczas składania zeznań podał też nazwisko moskiewskiego antykwariusza, który miał być jego zleceniodawcą. Śledczy ustalili jednak, że antykwariusz o takim nazwisku nie istnieje.
— Już sam fakt, że Mikhail Z. wziął na siebie wszystkie kradzieże może świadczyć o tym, że kogoś kryje — zauważa prok. Jandy.
Zagadką pozostaje też to, dlaczego teoretycznie członkowie tej samej grupy — czyli Mat T. i Ana G. — ukradli atrapy podłożone wcześniej przez Mikhaila Z. Zdaniem prokuratora możliwe są tu dwie wersje: jedna zakłada, że w ten sposób grupa starała się zacierać ślady, a druga, że wewnątrz grupy rywalizowały ze sobą różne frakcje.
Rosyjski trop
Choć zeznania Mikhaila Z. nie przyczyniły się do zidentyfikowania zleceniodawcy, to śledczym udało się ustalić, że osiem dzieł skradzionych z BUW-u zostało oficjalnie wystawionych na aukcjach organizowanych przez Dom Aukcyjny „Litfond” z siedzibą w Moskwie i Petersburgu.
Jego właściciel Siergiej Burmistrov to bardzo tajemnicza postać. Wiadomo o nim tylko tyle, że w przeszłości był ekspertem Ministerstwa Kultury Federacji Rosyjskiej.
— Ciężko stwierdzić, czy za tymi działaniami stoi państwo rosyjskie, czy jakaś grupa oligarchów skupionych wokół władzy. Natomiast jestem przekonany, że taki dom aukcyjny nie mógłby sobie pozwolić na sprzedaż tego typu dzieł bez wiedzy i poparcia Kremla. Znamienne jest też to, że wszystkie te kradzieże w całej Europie zaczęły się po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę — mówi prok. ppłk Bartosz Jandy.
— Beqa T. przed inwazją mieszkał w Odessie. Potem zaczął podróżować po Europie. Skąd miał na to pieniądze? Przecież takie hobbystyczne podróżowanie i zwiedzanie wszystkich europejskich bibliotek jest kosztowne. Trzeba zapłacić za samoloty, noclegi, jedzenie. Ktoś musiał to finansować z góry — dodaje.

Magazyn Biblioteki Uniwersytetu WarszawskiegoMaciek Jaźwiecki / Agencja Wyborcza.pl
Śledczy z grupy „Puszkin” nie jest jednak przekonany, czy te kradzieże można wprost potraktować jako kolejną odsłonę wojny hybrydowej.
— Tutaj raczej stawiałbym na element mody imperialnej u nabywców z Rosji, niż na zorganizowane działania rosyjskich służb specjalnych. GRU zajmuje się dywersją, sabotażem, czy rozpoznaniem wojskowym. W przypadku tych starodruków podejrzewałbym raczej zlecenia — owszem, inspirowane kręgami rządowymi — ale jednak ze strony rosyjskich oligarchów — przekonuje.
— Pamiętajmy, że po inwazji na Ukrainę zapanowała tam moda właśnie na takie dzieła z XIX w., kiedy to po klęsce Napoleona Rosja rozkwitła jako imperium. To się świetnie wpisuje w obecną narrację i wielu oligarchów z pewnością chciałoby mieć w swojej kolekcji takie książki — zaznacza.
Francuskie organy ścigania zwróciły się z pytaniem do Siergieja Burmistrova, czy handluje skradzionymi w Europie dziełami rosyjskich pisarzy z XIX w.? Ten odpowiedział, że jego działalność jest legalna, a na wszystko posiada odpowiednie dokumenty. Sęk w tym, że na zdjęciach kilku z wystawionych na rosyjskich aukcjach książek widoczne były nawet pieczątki biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego.
Wśród sprzedanych pozycji są m.in. „Trzy nowe bajki” Kryłowa, „Bracia rozbójnicy” Puszkina i „Dzieła zebrane” Gogola. Dom Aukcyjny „Litfond” zarobił na nich około miliona złotych. Nie wiadomo, w czyje ręce trafiły te książki.

Biblioteka Uniwersytetu WarszawskiegoLeszek Szymański / PAP
Ruch prokuratury
Jak dowiedział się Onet — Prokuratura Okręgowa w Warszawie planuje postawić zarzuty paserstwa Siergiejowi Burmistrovi.
— Oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że czynności z jego udziałem nie wykonam. Nie w obecnej sytuacji geopolitycznej. Natomiast będzie poszukiwany i kto wie, być może kiedyś uda się go zatrzymać, a ja będę miał okazję wysłuchać jego wersji wydarzeń — mówi prok. ppłk Bartosz Jandy.
Polski śledczy przyznaje też, że szansa na odzyskanie skradzionych książek w najbliższej przyszłości jest znikoma. Nie wyklucza jednak, że w perspektywie kilkudziesięciu lat taka okazja się pojawi.
— Musimy dobrze skatalogować te książki w odpowiednich instytucjach i wpisać je na listę dzieł skradzionych. Z czasem takie rzeczy potrafią po prostu „wypłynąć”, na przykład u jakiegoś bogatego kolekcjonera. Dlatego warto trzymać rękę na pulsie — zaznacza.