Będzie spotkanie prezydenta z premierem. Ma do niego dojść w tym tygodniu, po kilku nieporozumieniach i wzajemnych uszczypliwościach. — Prezydent przyjmie w tym tygodniu premiera. Z tego, co wiem, są już w bezpośrednim kontakcie. Najpewniej odbędzie się to w piątek, bo rzeczywiście sytuacja polityczno-międzynarodowa wymaga bezpośredniej dyskusji i ustaleń między dwoma najważniejszymi urzędnikami w Polsce. Słyszałem o piątku, ale to się zawsze jeszcze może zmienić — mówił na antenie TVN24 szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz.
To, że dojdzie do spotkania między prezydentem a premierem, zelektryzowało opinię publiczną. Czy to normalna sytuacja?
— Coś, co powinno być regułą i niczym ekstra, staje się niesłychanym wydarzeniem. Winna jest skala konfliktu między prezydentem a premierem, między oboma kancelariami. Tyle że Polacy chcieliby, aby współpraca była trwała, by była sprawą oczywistą, a nie jakimś wyjątkiem — mówi Onetowi Bronisław Komorowski, prezydent RP w latach 2010-2015.
Politolog, prof. Rafał Chwedoruk, dodaje, że ciągła konfrontacja na linii Tusk-Nawrocki odpowiada obu stronom sporu. — Dużo ich dzieli, ale jedno łączy: to, że obaj bardzo chcą, by wszyscy ekscytowali się odwieczną walką PiS i PO. Tam, gdzie był PiS, jest dziś Karol Nawrocki, a KO to sam Tusk. I tak to działa — podkreśla.
„Myśmy mieli szczęśliwy pomysł”
— Myśmy z premierem Donaldem (Tuskiem) mieli szczęśliwy pomysł, bo spotykaliśmy się tak po prostu, bez żadnej oficjalności, takie spotkania są przecież koniecznością. A że byliśmy sąsiadami, ja w Belwederze, a premier przy Parkowej, to te spotkania były dość częste. Przy kawie, herbacie… A jak trzeba to było ubrać w pozory oficjalności, bo okazja tego wymagała, to się to po prostu robiło. I tyle, kraj mógł iść naprzód — opisuje były prezydent.
— W sytuacji, jaką mamy dziś, gdzie takie spotkanie staje się niesłychaną sprawą, Polska naraża się na brak powagi, a, co gorsza, na brak skuteczności. To bardzo smutne — wskazuje.
„Będzie rozłam, będzie z nami źle. Żyjemy w skrajnie niebezpiecznych czasach”
— Ten rozłam może się źle skończyć, mamy przykłady z historii Polski w XVIII w. — mówi Bronisław Komorowski. — Problem jednak w tym, że głębokość tej polaryzacji w społeczeństwie w dużej mierze jest celowo podsycana, bo służy wyborczo pewnym środowiskom. Jeśli tego się nie zlikwiduje i jeśli partyjne cele będą przesłaniać nam sprawy kraju, to będzie źle. Żyjemy w czasach skrajnie niebezpiecznych — zaznacza były prezydent.
— Weźmy sprawę pojmania przez siły USA Nicolasa Maduro, a teraz wysuwane przez Stany Zjednoczone roszczenia wobec Grenlandii. Bo, choć Maduro nie jest bohaterem żadnej polskiej bajki, to my nie jesteśmy krajem na tyle wielkim, żebyśmy mogli przymykać oczy na imperialne fanaberie mocarstw, które łamią prawo międzynarodowe — zaznacza.
— Prawo było i jest dla nas i nam podobnych tarczą przed wszechwładzą wielkich i silnych. A jeśli ci wielcy zaczynają, co właśnie widzimy, naginać prawo do własnych interesów. To wkraczamy w rządy siły — mówi prezydent Komorowski. — Dziś świat, nie tylko zachodni, odszedł od typowego dla demokracji przekonania, że polityka powinna być oparta na wartościach. Nie, to siła ma decydować o wszystkim. Cofamy się i ten regres jest bardzo niebezpieczny — podsumowuje Bronisław Komorowski.
Prezydent chce więcej władzy? „Nic z tego nie będzie, zostaniemy, gdzie jesteśmy”
Odmowa nominacji sędziowskich, oficerskich czy ambasadorskich oraz niezliczone weta do ustaw — oto, czym wsławił się prezydent Nawrocki przez kilka miesięcy swojego urzędowania. Konflikt na linii: duży-mały Pałac narasta. Politolog, prof. Rafał Chwedoruk zaznacza, że niewiele z tego realnie wyniknie, a będące faktem „rozpychanie się konstytucyjne” prezydenta Nawrockiego, czyli próby poszerzania swoich wpływów i kompetencji nie doprowadzą do żadnego przełomu.
— Bez względu na chęci, zostaniemy tu, gdzie dziś jesteśmy, zakres możliwości prezydenta się nie powiększy, bo konstytucji nie da się rozepchnąć — zaznacza politolog. — Oczywiście, prawica ma też drugą możliwość, czyli dążyć do zmiany konstytucji, ale to zapewne skończyłoby się nieciekawie dla tego obozu — mówi prof. Chwedoruk.
Prawica zawalczy o konstytucję? „Przeciwskuteczne”
Wyjaśnia, że wszelkie takie próby podejmowane przez prawicę dziś nie miałyby racji bytu. — Bo trudno im byłoby nawet wskazać kierunek zmian ustrojowych, w jakim chcieliby iść. Na dziś najbardziej by pragnęli, żeby wzmocnić władzę prezydenta. Ale to broń obosieczna, bo nie ma żadnej gwarancji, że prezydent się nie zmieni — podkreśla.
— A próby zmian na polu obyczajowym i światopoglądowym, czyli ostry skręt w prawo, dla prawicy byłby wyborczo zabójczy przy zlaicyzowanym i zliberalizowanym społeczeństwie — mówi ekspert. — Oczywiście, tak PiS, jak i prezydent będą sprawdzać, czy z tego tematu zmiany konstytucji nie da się uczynić tematu wiodącego, co próbował też robić Andrzej Duda, ale do uczynienia z debaty wokół konstytucji głównej osi sporu w społeczeństwie droga jeszcze daleka — przekonuje.
Kto tu rządzi? Chaos i rywalizacja ośrodka rządowego i prezydenta. „Dla ludzi to nic nowego”
— Od czasów Lecha Wałęsy Polacy obserwują permanentną rywalizację między ośrodkiem prezydenckim a rządowym. Dlatego ludzie się tym szczególnie nie przejmują, tym bardziej, że jako społeczeństwo jesteśmy podzieleni względnie symetrycznie — mówi prof. Chwedoruk.
— Po obu stronach sporu różne wielkie grupy społeczne i politycy próbują ten konflikt i podział ogrywać dla siebie. Prawica zaś, po zwycięstwie Karola Nawrockiego, szuka, na czym mogłaby oprzeć kontynuację tego sukcesu. Na razie bezskutecznie — mówi ekspert. — I to właśnie zajmuje polskich polityków, którzy są kompletnie nieprzygotowani do tego, co nas, Polskę, Europę i świat czeka — zaznacza.
— A trwa mecz Europa kontra USA, w którym Grenlandia staje się uosobieniem tego konfliktu. My od kilkudziesięciu lat nie chcemy dostrzec, że Stany są wobec Europy bardziej rywalem, niż sojusznikiem — mówi prof. Chwedoruk. — Dzieje się tak dlatego, że nasze spojrzenie na świat było i jest wciąż kształtowane przez pokolenie inteligencji stanu wojennego, gdzie była prosta oś podziału świata na dobrych i złych. Stany zawsze były w naszych oczach po stronie dobra, tymczasem świat jakoś nie chce być tak czarno-biały — zaznacza politolog.