Spotkanie prezydent-premier zaplanowano na piątek. Do ostatniej chwili będzie nad nim wisiała mgiełka niepewności. Donald Tusk dopominał się o nie jeszcze w starym roku, ale jak twierdzi Zbigniew Bogucki, szef prezydenckiej kancelarii, długo po prostu nie dzwonił.
Nad tym spotkaniem unosi się też coś więcej niż niepewność. Unosi się pytanie, ile władzy dla kogo. Karol Nawrocki znalazł się na czele rankingu polskich polityków, jako obdarzony największym zaufaniem.
Spotkanie Tusk – Nawrocki. Prezydent się rozpycha
Na początku kadencji nowego prezydenta ludzie Tuska rozsiewali pogłoski, że Nawrocki może się stać wręcz wygodnym partnerem premiera w gnębieniu Jarosława Kaczyńskiego i pomniejszaniu PiS. Ale już sama jego pozycja w rankingach sprawiła, że porzucono takie przymiarki w pięć minut.
Pozycja w sondażach – jak również twarda decyzja prezydenta, aby stać się dla rządu stałym recenzentem, aspirującym do roli oberkontrolera, a także nieustanne starcia między pałacami – stają się wstępem do kampanii parlamentarnej w roku 2027. Nawrocki używając weta częściej niż poprzednicy, albo odmawiając roli notariusza przy nominacjach czy awansach, istotnie zmienił naturę ustroju.
Politycy koalicji, także usłużni prawnicy, dzień w dzień opowiadają, że prezydent sięga nie po swoje. Ależ możliwość takiej aktywnej głowy państwa, wymuszającej dla siebie pozycję współkoalicjanta, zaszyto w samym tekście konstytucji z roku 1997. To wtedy SLD za zgodą Unii Wolności zadbał o silną pozycję Aleksandra Kwaśniewskiego.
Bogucki miał rację, upierając się w studio Polsatu, że nie mamy w Polsce ustroju kanclerskiego, ale niby parlamentarno-gabinetowy, a tak naprawdę mieszany. Co wzięło swój początek już z roku 1990, kiedy przyznano Polakom prawo do wyłaniania prezydenta w wyborach powszechnych.
Można się na to zżymać, wskazywać na niespójności takiego stanu rzeczy, skoro zarazem zadbano o względnie silną pozycję premiera. Żadna koalicja nie chciałaby rządzić, czując nieustający gorący oddech swojego głównego przeciwnika na karkach. Ale można to było przewidzieć.
Nawrocki ma zresztą dwa poważne argumenty. Obecna koalicja, a tak naprawdę Tusk, postawiła (postawił) na otwartą politykę nie pokonania, a zniszczenia prawicowej opozycji. W tej sytuacji rozpychanie się Nawrockiego łatwo usprawiedliwiać jako samoobronę jednej ze stron sceny.
Z tego wynika argument drugi: koalicji łatwiej byłoby walczyć z prezydenckimi wetami, choćby o duszę narodu, gdyby stawką były projekty społeczne i ekonomiczne ważne dla Polaków. Tymczasem one są tematem starć najrzadziej, bo agenda tego rządu preferuje polityczne lub ideologiczne awantury.
A w sprawie bezpieczeństwa?
No tak, tylko że to wszystko jest dla tego konkretnego spotkania tylko tłem. Bo tematem ma być bezpieczeństwo Polski, więc polityka międzynarodowa. W której prezydent też trochę się rozepchnął. Bo w konstytucji jest wprost zapisane, że politykę zagraniczną prowadzi rząd. Ale poza asertywnością i paroma uprawnieniami pomogło mu kilka zbiegów okoliczności. Z najważniejszym: Donald Trump chce jako partnera bliskiego sobie Nawrockiego, a nie Tuska, który go mocno dotknął.
Czy w obecnym momencie Tuskowi potrzebna jest istotnie jakaś pomoc w relacjach z Amerykanami? Ich większa życzliwość mogłaby mu ułatwić poruszanie się również po europejskich salonach, z czym ma widoczny kłopot. Czy to tylko taktyczny zwód, wstęp do kolejnego starcia? Mający pokazać, że to premier ma dobrą wolę? A może stoi za tym zamiar wepchnięcia Nawrockiego na jakąś minę?
Tego nie wiem. Na pewno przyznaję Karolowi Nawrockiemu rację w sporze ustrojowym. Doceniam jego twardość w obronie racji prawicy w różnych sporach wewnętrznych (sprzeciw wobec czystki w sądownictwie czy wobec walki z „mową nienawiści”).
Natomiast jeśli w piątek będą rozmawiali przede wszystkim o relacjach z Ukrainą, Rosją, Ukrainą i USA, to kurs obu stron wydaje mi się niestety jałowy.
Spotkanie Tusk – Nawrocki. Spór jak „błądzenie we mgle”
Zacznijmy od Tuska. Jego stawka na słabnącą Unię Europejską niekoniecznie musi się okazać drogą do realnego zabezpieczenia polskiego bezpieczeństwa. Możliwe, że jest tylko metodą wymuszania na Polakach zgody na unijną centralizację. A czy ona gwarantuje nam skuteczność w konfrontacji z Rosją, tym bardziej Chinami?
Na dokładkę Tusk zachowuje się nawet w obrębie unijnego establishmentu jak naiwny prymus. Polscy prawicowcy zauważyli, że np. niemiecki rząd Merza kilka razy oferował Trumpowi jakiś rodzaj nowych, ekskluzywnych relacji, za cenę uznania ich prymatu w Europie. Polski premier do takiej przebiegłości nie jest zdolny.
No tak, konserwatysta Zaremba wychwala Trumpistowskiego Nawrockiego, zakrzyknie teraz niejeden czytelnik. Otóż nie. Sam spór między ośrodkami władzy, czy między rządem i opozycją, to istne błądzenie we mgle.
Prawda, że Nawrocki zdaje się mieć jakiś, choćby potencjalny dostęp do amerykańskiego jądra władzy. Tyle że chyba nie wie, jak pogodzić swoją zjadliwie antyrosyjską retorykę z realnymi celami amerykańskiego prezydenta. Który nie jest w najmniejszym stopniu antyrosyjski, ani nawet antyputinowski.
Prawda, rozstrzygnięcie losu Ukrainy odwlekła wenezuelska ekspedycja Trumpa, nie w smak ani Moskwie, ani Pekinowi. Ale przecież targi powrócą. Trump jest ewidentnym zwolennikiem koncertu mocarstw. Sentymenty wobec prawicy polskiej z Nawrockim chyba tego nie zmienią.
Polskiej prawicy pozostaje jedno: modlić się, żeby prezydent USA wybierał rozwiązania niekoniecznie najstraszniejsze dla naszego regionu, a jeszcze lepiej, żeby odwlekał decyzje. Ale przecież nie będzie ich odwlekał w nieskończoność.
Donald Tusk przed wyjazdem do Paryża na unijne rozmowy zauważył na marginesie presji Trumpa wobec Danii, że konflikt między dwoma państwami NATO podważałby sens istnienia tego paktu. Zauważył więc oczywistość. Co więcej, zderzył ten problem z innym: Polska powinna zachować jak najlepsze relacje ze Stanami Zjednoczonymi. PiS mimo to już go potępia za „atakowanie Ameryki”.
Można oczywiście dowodzić, że niepotrzebnie wychodził przed szereg. Zdaje się, że pisowska i także prezydencka wizja polityki jest taka, żeby czepiać się amerykańskiego rydwanu za wszelką cenę. Co jednak, jeśli awantura wymierzona w Danię sparaliżuje NATO?
Polscy prawicowcy podobno uważają, że i w takim przypadku dla Polski – kierowanej przez nich – znalazłoby się miejsce przy Ameryce (co w praktyce oznacza zachowanie w Polsce amerykańskich żołnierzy). Co jednak, jeśli nie?
Szef kancelarii prezydenta Zbigniew Bogucki wił się w studio Polsatu, byle nie zająć w sprawie Grenlandii żadnego stanowiska. Tak jak Nawrocki może się spalić na zbyt wielu wetach, zmieniając się z superrecenzenta w malkontenta, tak jeszcze ryzykowniejsza w oczach Polaków może się okazać jego polityka żyrowania wszystkiego, czego chce Trump. No chyba że w sukurs przyjdzie mu zmiana postaw Polaków: już dziś antyukraińskich, jutro może lekceważących rosyjskie zagrożenie.
Tusk z Nawrockim zagrają na dwa fortepiany?
W piątek zasiądą więc przy stole dwaj panowie, którzy wybrali taktyki prowadzące w nieznane. Możliwe, że to prostu los mniejszych narodów w świecie, w którym zaczynają wiać zbyt silne wichry historii.
Mówi się, że gdyby się dogadali i grali na dwóch fortepianach, amerykańskim i unijnym, coś by ugrali. Nie są do tego zdolni. Tusk podporządkowuje wszystko bieżącej bijatyce. Nawrocki może mniej drapieżny, też jest na to skazany.
Ale co może ważniejsze – podzielenie się dwiema politykami, które nie wiadomo, dokąd prowadzą, może w sumie doprowadzić Polskę donikąd. No chyba że jakiś łut szczęścia, może Trump okaże się mniej cyniczny albo Unia się choć trochę ogarnie?
Lewica nie odpuści reformy PIP po zapowiedzi premiera. Gawkowski w ”Gościu Wydarzeń”: Sprawa nie jest zamkniętaPolsat NewsPolsat News
Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd? Napisz do nas
