Kiedy można było zobaczyć tę dobrą formę Lewandowskiego? W trakcie 56 minut rozegranych w czterech meczach poprzedzających ten środowy? Gol strzelony w niespełna godzinę gry wygląda ładnie pod względem statystycznym, ale to nie znaczy, że 37-latek zaprezentował się w tych meczach z dobrej strony. Z lepszej strony niż Ferran Torres — a i owszem. Ale jedno nie jest tożsame z drugim.

Może więc Hajto zauważył dobrą formę Lewandowskiego we wcześniejszych spotkaniach? Też pudło. Bo i wcześniejszych pięć meczów także nie było zbytnio udanych w wykonaniu Polaka. Nie tylko dlatego, że ani razu nie trafił w nich do siatki.

Nie można zarazem powiedzieć, że szans nie otrzymywał, bo w tamtym okresie cztery razy zagrał od pierwszej minuty, a raz nie wystąpił w ogóle. Czyli i w tym przypadku teoria Hajty kupy się nie trzyma, bo Lewandowski z ławki wtedy nie wchodził.

To dlatego Robert Lewandowski nie zagrał

Po środowym półfinale Superpucharu Hiszpanii pan Tomasz pewnie jeszcze bardziej utwierdzi się w swoim przekonaniu, bo Lewandowski nie powąchał murawy. Co nie oznacza, że taki był plan na ten mecz. Po prostu zmieniły się okoliczności. Przebieg wydarzeń boiskowych sprawił, że Flick właściwie nie miał wyjścia.

Po serii przeciętnych występów — znów: nie mylić z suchymi rezultatami w nich osiąganych — Barcelona w końcu zagrała z takim polotem, jakiego oczekują od niej kibice. Duża w tym też zasługa Athleticu Bilbao, który zostawił rywalom mnóstwo wolnej przestrzeni. Dodajmy do tego indolencję w ofensywie i przepis na katastrofę gotowy. Mogło skończyć się nawet wyższym wynikiem niż 5:0 dla mistrzów Hiszpanii.

Bajeczne uderzenie Raphinhi na 3:0

Tak zresztą wyglądał każdy z ostatnich meczów między tymi drużynami. Nic więc dziwnego, że i dwa poprzednie Barcelona wygrała i wysoko, i do zera (4:0, 3:0). Lewandowski zdobył w nich łącznie trzy bramki, ale to tylko ciekawostka, bo te starcia miały miejsce odpowiednio w listopadzie i w maju.

Aczkolwiek to i tak ciekawostka bardziej miarodajna niż ta, że Lewandowski jest skuteczny w Superpucharze Hiszpanii (pięć goli w sześciu występach), co rzekomo miało przemawiać za jego występem od pierwszej minuty w środę. Zupełnie jakby zapomniano, że poprzedni mecz tych rozgrywek odbył się niemal dokładnie rok temu…

Wilk syty i Manchester City

Wracając jednak do teraźniejszości, nie możemy pominąć faktu, że ze szkoleniowego punktu widzenia Flick nie zyskałby zbyt wiele, gdyby Lewandowskiego na murawę posłał w trakcie spotkania. Mecz został przecież rozstrzygnięty jeszcze przed przerwą.

Lepiej było więc wpuścić na boisko tego, który ostatnio nie miał zbyt wielu okazji do gry, a w nadchodzącym czasie pewnie też miał ich nie będzie (Marc Bernal), rekonwalescenta (Dani Olmo), piłkarza będącego w pewnym dołku (Marcus Rashford), zawodnika rwącego się do gry i wywoływanego z ławki (Lamine Yamal) czy zmiennika dla grającego ostatnio niemal wszystko Alejandro Balde (Gerard Martin).

Lewandowski też załapałby się na większość z tych kryteriów, ale za pozostawieniem go na ławce rezerwowych przemawiała podstawowa kwestia — kontuzje. W tym sezonie miał ich już trzy, więc jeszcze tego by brakowało, żeby w rywalizacji o pietruszkę (od 38. minuty mecz z Athletikiem takową był) stało się coś jednemu z dwóch nominalnych środkowych napastników w kadrze.

Kontuzje są oczywiście wpisane w zawód piłkarza, ale to byłby podręcznikowy przykład strzelenia sobie w stopę. Lepiej więc się stało, że polski napastnik profilaktycznie przesiedział ten mecz na ławce.

I w ten oto sposób u Lewandowskiego skończyło się nie urazem, a — Państwo wybaczą tego okrutnego suchara — urazą. I to ewentualną. Nie ma przecież na świecie piłkarza, który grać by nie chciał. No, poza Wojciechem Szczęsnym.

Flick upiekł tym manewrem dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie dość, że w niedzielę będzie miał do dyspozycji Lewandowskiego zdrowego, to i w dodatku z podrażnioną ambicją. Wilk syty i Manchester City — jak podsumowałby to Tadeusz Drozda, autor tego powiedzonka.

Na to wszystko trzeba spojrzeć w szerszym kontekście. Owszem, w niedzielę Barcelonę czeka wyzwanie z najwyższej krajowej półki. Jej rywalem w finale będzie albo Real Madryt, albo jego lokalny rywal Atletico. Albo druga drużyna w Hiszpanii w poprzednim sezonie, albo trzecia. Albo druga drużyna obecnych rozgrywek LaLigi, albo czwarta (tyle samo punktów co trzeci Villarreal).

Innych przeciwników byłaby pewnie w stanie pokonać i w eksperymentalnym zestawieniu. Jednak w tak hitowym spotkaniu Flick musi mieć w gotowości wszystkich swoich najważniejszych żołnierzy. Nic więc dziwnego, że dmucha na zimne.

Zwłaszcza że później może i będzie ciut łatwiej, ale mniej intensywnie — już nie. Jeśli bowiem Barcelona nie odpadnie z Pucharu Króla przed półfinałami, a fazy ligowej Ligi Mistrzów nie zdoła ukończyć w czołowej ósemce, czeka ją seria meczów co 3-4 dni od początku stycznia do drugiej połowy marca, kiedy to będzie miała miejsce przerwa reprezentacyjna.

I tu dochodzimy do kolejnej kwestii, która może napawać kibiców Lewandowskiego optymizmem.

Oto podstawowy mankament rywala Lewandowskiego

Zasadne jest bowiem pytanie, czy Ferran jest w ogóle zdolny do gry na pełnych obrotach w dwóch meczach z rzędu.

Od lat nie jest to zawodnik grający od deski do deski. Wynika to przede wszystkim z jego statusu w kolejnych drużynach. W Barcelonie nie wystąpił w dwóch kolejnych meczach po 90 minut od kwietnia. Wtedy skorzystał na kontuzji Lewandowskiego.

Wcześniej dwa takie występy przydarzyły mu się jesienią 2024 r. Tyle że nie były one wynikiem wygryzienia Polaka ze składu, a efektem rotacji na skrzydłach. Bo to na tej pozycji grał wtedy Hiszpan.

Niewiele więc wskazuje, by i w niedzielę miał spędzić na murawie znaczną część meczu. Zwłaszcza że w końcówce środowego spotkania dało się zauważyć, że już nie jest tak żywotny, a trudy spotkania dają o sobie znać.

Ferran Torres rozpoczyna strzelanie w Superpucharze Hiszpanii:

Abstrahując jednak od kwestii fizycznych, nie można zapominać o podstawowym mankamencie Ferrana. Jest to wręcz modelowy przykład piłkarza, o którym przed laty powiedzenie ukuł śp. Orest Lenczyk. Słynny „Oro Profesoro” wychodził z założenia, że po znakomitym występie jego piłkarza — zwłaszcza okraszonym wpisaniem się na listę strzelców — nie ma co wystawiać go w kolejnym meczu, bo po raz wtóry mu się to nie przytrafi.

Flick wyznaje najwidoczniej podobną zasadę. Gdy w grudniu Ferran strzelił hat-tricka przeciwko Betisowi, w kolejnym meczu wszedł z ławki. I przeciwko Eintrachtowi Frankfurt dał całkiem niezłą zmianę.

To był ostatni przypadek kolejnych dwóch bardzo dobrych występów Hiszpana. Żeby znaleźć dwa poprzednie, trzeba by się cofnąć do poprzedniego sezonu. A dwa kolejne bardzo dobre występy w pierwszym składzie? O panie…