Kilka dni temu prezydent Karol Nawrocki opublikował w mediach społecznościowych pochwalny komentarz poświęcony Romanowi Dmowskiemu. Narracja była jednoznaczna: Dmowski jako twórca „ponadczasowego realizmu politycznego”, symbol rozsądnej, obowiązkowej, narodowej polskości, stawiającej interes wspólnoty ponad wszystko inne.
PAP/Paweł Supernak
Prezydent Nawrocki podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim (7 stycznia 2026)
To właśnie na ten wpis odpowiedział dr Maciej Jędrzejko — ginekolog i położnik — listem otwartym do prezydenta, który umieścił w swoich social mediach.
I „się zaczęło”: kilka tysięcy reakcji, blisko tysiąc komentarzy.
List Jędrzejki nie jest wyłącznie polemiką historyczną. Jest sprzeciwem wobec pewnego sposobu myślenia o państwie i obywatelach, który w Polsce ostatnich lat szczególnie dotyka kobiety.
Lekarz w swoim wpisie zauważa, że Roman Dmowski był myślicielem konsekwentnym. Postrzegał naród jako organizm nadrzędny wobec jednostki, a państwo jako narzędzie kształtowania obywatela. Interes narodowy — definiowany przez elity — miał pierwszeństwo przed prawami jednostki. Antysemityzm nie był u niego „błędem epoki”, lecz centralnym elementem doktryny politycznej. To fakty, które w oficjalnym wpisie prezydenta nie wybrzmiały ani razu.
Problem polega na tym, że taka selektywna narracja nie jest dziś niewinna.
Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji państwo bardzo wyraźnie pokazało, że w konflikcie między ideologią a autonomią kobiet gotowe jest poświęcić zdrowie, bezpieczeństwo i życie pacjentek. Lekarze znaleźli się pod presją, kobiety — w sytuacji strachu i niepewności, a prawa reprodukcyjne stały się polem politycznej wojny.
Choć list ginekologa pozornie wykracza poza obszar medycyny, w rzeczywistości dotyka jej fundamentów — bo pokazuje, jak idee polityczne przenikają do praktyki lekarskiej.
Dr Jędrzejko pisze jako lekarz, który od ponad 20 lat pracuje z kobietami w momentach granicznych: w chorobie, ciąży, po stracie, w bólu i lęku. Widzi, jak idee o „interesie narodowym” schodzą z poziomu akademickich koncepcji wprost do gabinetów lekarskich. Jak autonomia pacjentki bywa ograniczana w imię doktryny. Jak lekarz bywa zmuszany do roli strażnika ideologii, zamiast rzecznika zdrowia.
„Widzę stygmatyzację kobiet po poronieniach, którym zamiast wsparcia oferuje się podejrzliwość i ocenę moralną. Widzę pacjentki z endometriozą, chorobą przewlekłą i wyniszczającą, które przez lata słyszą, że »taka ich uroda« albo że powinny »skupić się na macierzyństwie«” — wylicza.
New Africa / Shutterstock
Dr Maciej Jędrzejko (fot. Facebook/Dr Maciej Jędrzejko Tata Ginekolog)
Pisze też jako mężczyzna, który — co dziś w Polsce wcale nie jest oczywiste — staje po stronie kobiet.
To ważne, bo po wyroku Trybunału Konstytucyjnego solidarność z kobietami ma swoją cenę. Lekarze, aktywiści, influencerzy i twórcy internetowi, którzy publicznie mówią o prawach kobiet, są systematycznie hejtowani, zastraszani, oskarżani o „ideologizację”, „lewactwo” czy „atak na tradycję”. Głos w obronie kobiet bywa w Polsce przedstawiany jako… prowokacja.
Stawianie Romana Dmowskiego za wzór to nie jest tylko „niewinna historyczna preferencja”. To sygnał, który realnie uderza w kobiety — zwłaszcza dziś, gdy jego idee są przywoływane i reinterpretowane przez środowiska narodowo-konserwatywne i skrajną prawicę. To z tych nurtów płynie presja, która najczęściej spada właśnie na kobiece ciała i wybory.
Nie godzę się na państwo, w którym interes wspólnoty zostaje wyniesiony ponad wszystko inne. Zbyt wiele razy ja i moje redakcyjne koleżanki opisywałyśmy historie kobiet, które zapłaciły zdrowiem, a czasem życiem, bo ideologia została postawiona wyżej niż doświadczenie jednostki i jej prawo do ochrony.
W komentarzach pod listem Jędrzejki szybko pojawiła się fala emocji: od wdzięczności i ulgi po złość i kpiny. Wielu internautów pisało, że to rzadki przykład męskiego głosu, który „szanuje kobiety” i rozumie również ich problemy emocjonalne. Inni kwestionowali kompetencje prezydenta jako historyka: „Wypowiada się tak, jakby tej historii nie znał”. Komentujący zwracali uwagę na to, że politykom zawsze marzy się państwo „na ich obraz”. Padło też pytanie, które streszcza stawkę sporu: „Jakiej Polski on [prezydent] dla nas chce?”. I dalej: „Adresat tego nie przeczyta, a nawet jeśli — czy zrozumie”. Pojawiły się też głosy krytyczne wobec samego listu oraz typowe próby uciszania autora w stylu: „niech lekarze leczą” (w domyśle — a nie „politykują”).
A przecież dr Jędrzejko nie kwestionuje historii. On kwestionuje mit. Mit wygodny, uproszczony. Mit, który pozwala mówić o narodzie jako całości, ale nie mówi nic o odpowiedzialności za los jednostek — zwłaszcza tych najsłabszych.
Dlatego polemika ginekologa z prezydentem nie jest sporem o Romana Dmowskiego sprzed 100 lat. Jest sporem o to, jakiej Polski chcemy dziś. Polski, w której państwo chroni obywatela, czy takiej, w której obywatel — a zwłaszcza obywatelka — ma się podporządkować „wyższym celom”.