Matt i Brett Cloninger-West przechodzą intensywny kurs dotyczący niuansów hiszpańskiej szynki prowadzony przez sprzedawcę na targu publicznym. Która część nogi daje najchudsze mięso? Najsmaczniejsze? Jakie żołędzie jedzą świnie? Następnie udają się do stoiska z warzywami, piekarni pełnej świeżego pieczywa i sprzedawcy serów, który ma w swojej ofercie dziesiątki odmian z całego kraju.
Ten staroświecki styl robienia zakupów stał się dla nich jedną z nowych radości życia w Walencji, do której przeprowadzili się z Waszyngtonu na początku tego roku. Według wielu stron internetowych poświęconych nieruchomościom trzecie co do wielkości miasto Hiszpanii wyprzedziło Barcelonę i Madryt jako najpopularniejsze miejsce dla amerykańskich nabywców i najemców pragnących osiedlić się tam na stałe.
To śródziemnomorskie miasto od dawna znajduje się na listach „najlepszych miast do spędzenia emerytury”. Otatnio pojawia się jednak nowa grupa mieszkańców — młodsze rodziny z dziećmi uciekające przed narastającym autorytaryzm USA prezydentury Donalda Trumpa.
56-letni Brett Cloninger-West i jego mąż, 52-letni Matt, urodzili się w Stanach Zjednoczonych. Mieli dobrze płatną, pozornie stabilną pracę w Waszyngtonie. Wszystko to rozpadło się wkrótce po inauguracji prezydenckiej Donalda Trumpa. Kilka tygodni po niej Brett, odnoszący sukcesy agent nieruchomości od 18 lat, i Matt, specjalista IT zajmujący się planowaniem strategicznym dla Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego, stracili źródło utrzymania.
— W ciągu trzech tygodni od inauguracji liczba nowych zleceń spadła o 75 proc. Wszyscy byli zwalniani — mówi Brett.
W międzyczasie Matt otrzymał jeden z e-maili Elona Muska zatytułowany „Rozdroże”. Miliarder stojący wówczas na czele Departamentu Efektywności Rządowej faktycznie niszczył rząd federalny, likwidując dziesiątki tysięcy miejsc pracy. Matt zdał sobie sprawę z tego, że jego stanowisko jest zagrożone. Bezrobotni i mieszkający w coraz bardziej wrogim, pełnym napięcia mieście wypełnionym żołnierzami patrolującymi ulice, wiedzieli, że muszą opuścić Stany Zjednoczone.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
— Waszyngton, w którym dorastałem i spędziłem całe dorosłe życie, już nie istnieje — mówi Brett, powstrzymując łzy. — Kochałem to miejsce, z wszystkimi jego wadami. Naprawdę czułem się tam jak w domu — dodaje. — Nie chciałem wyjeżdżać, ale musieliśmy.
— Czuliśmy się tam jak w okupowanym mieście — dodaje Matt.
— Dlaczego Walencja? Mogę tu po prostu spacerować i oddychać świeżym powietrzem. Nie czuję napięcia ani wrogości — mówi Brett.
„Całkowite zniszczenie”
Mira Ibrisimowicz i jej mąż Mario Sangines zajmują się rozpakowywaniem pudeł w nowo wynajętym mieszkaniu. Niedawno przybyli tu z Bogoty w Kolumbii — przebywający obecnie na emeryturze Sangines pracował tam dla Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju, Ibrisimowicz była wykonawczynią dla Agencji Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego. Jej umowa wygasła kilka dni po inauguracji Trumpa.
— To było naprawdę traumatyczne — mówi Ibrisimowicz, popijając cappuccino. — Koniec 24 lat pracy dla USAID… To było całkowite zniszczenie.

Mira Ibrisimowicz wprowadzająca się do nowego mieszkania w Walencji w HiszpaniiMichael Robinson Chavez / Politico
Ibrisimowicz już wcześniej doświadczyła całkowitej destrukcji. Urodziła się w Belgradzie, kiedy miasto to było jeszcze częścią Jugosławii. Pamięta, że postrzegała wówczas Stany Zjednoczone jako symbol demokracji, miejsce, w którym kiedyś miała nadzieję zamieszkać. Ta nadzieja została zniweczona. — Dla mnie to rozczarowanie Stanami Zjednoczonymi. Zawsze miałam motywację, aby tam pojechać, bez względu na problemy. Wierzyłam w to, co reprezentowały. Moja wiara w to, że kraj ten wierzy w słuszne postępowanie, została zniszczona dwukrotnym wyborem Trumpa [na prezydenta] — mówi.
Pochodzący z Boliwii Sangines w tym roku przeszedł na emeryturę. Para zawsze myślała o Hiszpanii jako o miejscu na spędzenie emerytury — tym bardziej że Sangines ma rodzinę w Barcelonie. Nie spodziewali się jednak, że przeprowadzą są tam tak szybko.
— Nadal mamy dom w Waszyngtonie. Tam urodziły się nasze dzieci, więc nadal jesteśmy związani z tym miejscem, ale z wielu powodów nie chcieliśmy tam wracać, mieszkać i wychowywać dzieci — przeważyły lepsza jakość życia w nowym miejscu, bezpieczeństwo, chęć ucieczki od toksycznego środowiska. To nie jest odpowiedni moment [na mieszkanie w USA], biorąc pod uwagę sytuację polityczną, ale także kulturową, społeczną i rasową — mówi Ibrasimowicz.
Traumatyczne deja vu
Wiele osób, które niedawno przybyły do Walencji, bało się otwarcie krytykować Trumpa i jego politykę, obawiając się represji ze strony rządu USA. Jedna z nich, kobieta w średnim wieku z dwójką dzieci, dorastała na Filipinach za rządów Ferdinanda Marcosa. Jej rodzina otwarcie sprzeciwiała się dyktatorowi i uciekła do USA.
— Pamiętam, że podczas kolacji oglądaliśmy wiadomości i obserwowaliśmy chaos panujący w Manili. Moja mama i tata bardzo się martwili. Pamiętam, że byłam wtedy młoda i też się bałam — mówi.
Te wspomnienia powróciły u niej po reelekcji i inauguracji Trumpa. Mąż i przyjaciele mówili jej, żeby się nie martwiła, że istnieją mechanizmy kontroli i równowagi. Ona jednak czuła, że tym razem będzie inaczej.— Będą ścigać ludzi, którzy tu są i nie są przestępcami. Będą ścigać naturalizowanych obywateli — odpowiadała. — Moje dzieci mówiły mi, że zwariowałam. Ale wszystko, co wtedy powiedziałam, się sprawdziło— mówi.

Filipinka, która wyemigrowała z USA do HiszpaniiMichael Robinson Chavez / Politico
Jej mąż nigdy nie był w Hiszpanii. W marcu odwiedził Walencję i po przeczytaniu kolejnych nagłówków o nalotach ICE [Urzędu Celno-Imigracyjnego] i zatrzymaniach na ulicach amerykańskich miast zdecydował, że naprawdę muszą wyjechać. Nie czekała na jego zielone światło — już wcześniej załatwiła wszystkie formalności związane z przeprowadzką.
Wybrała Walencję, ponieważ miała tam już przyjaciół, którzy zachwalali to miasto — że bezpieczne, łatwe w poruszaniu się, z doskonałymi szkołami i przystępną cenowo, wysokiej jakości opieką zdrowotną.
Obawy dotyczące tego, jak ich dwoje dzieci dostosuje się do nowego domu, szybko zniknęły. Świetnie radzą sobie w szkole, nawiązały kontakty społeczne, młodszy syn znalazł już nawet dziewczynę. — To już nie jest jak wakacje. Czuję się tu jak w domu — mówi starszy z nich.
Rodzina nie chciała, aby w tekście znalazły się jakiekolwiek szczegóły umożliwiające jej identyfikację — boją się tego, jakie konsekwencje mogą ich za to spotkać.
„Toksyczna atmosfera”
W modnej kawiarni w Russafa, dzielnicy popularnej wśród emigrantów, z głośników płynie muzyka Joni Mitchell i Neila Younga, a klienci popijają matcha latte i delektują się domowymi ciastami bezglutenowymi. Większość z nich mówi po angielsku z amerykańskim akcentem. Przy jednym ze stolików inny naturalizowany obywatel i jego żona urodzona w Stanach Zjednoczonych rozmawiają o swojej decyzji o opuszczeniu kraju. Proszą, by zapewnić im anonimowość.
— Często martwimy się o rodzinę i o przyjaciół, którzy tam są — mówi jeden z nich. — Gdyby ktoś powiedział mi wiele lat temu, że tak się stanie, uznałbym, że oszalał, że to teoria spiskowa. To po prostu dziwaczne.
— Długo myśleliśmy o przeprowadzce, bardziej po to, by zobaczyć świat, niż opuścić Stany Zjednoczone — mówi jedno z nich. Nie chcieli, aby ich dzieci dorastały w „toksycznej atmosferze” panującej w Teksasie. Jedno z nich pracowało dla firmy powiązanej z rządem. Nigdy nie poruszano tam tematów politycznych — aż do inauguracji Trumpa, kiedy to właściciel i kierownictwo zaczęli chwalić się swoim poparciem dla ruchu MAGA.
— Zaczęliśmy bać się wychodzić z domu. Nasze dzieci nie są naturalizowanymi obywatelami, ponieważ urodziły się w Stanach Zjednoczonych, ale ja jestem. Obawialiśmy się, że moje obywatelstwo, a tym samym paszport, zostaną cofnięte, pozostawiając mnie bez kraju, do którego bym należała — mówi jeden z rozmóców.
Pierwszy raz taki strach
Relacjonowałem wojny domowe i rządy reżimów autorytarnych na pięciu kontynentach. Po raz pierwszy słyszę jednak o takim strachu obywateli USA przed własnym rządem. Podczas zbierania materiałów do tego reportażu w Walencji spotkałem wielu Amerykanów, którzy nie chcieli rozmawiać, obawiając się represji ze strony administracji Trumpa.
Kilka innych osób zgodziło się udzielić wywiadu, ale pod warunkiem zachowania anonimowości i nieumieszczania ich zdjęć w reportażu. Dotyczyło to zwłaszcza osób o innym kolorze skóry i naturalizowanych obywateli. Niektórzy obawiali się, że ich rodziny, które zostały w USA, zostaną „zatrzymane” lub stracą pracę. Inni bali się, że władze USA nie przedłużą im ważności paszportów lub nawet je skonfiskują.
Niektórzy twierdzili, że ze strachu usunęli nawet profile w mediach społecznościowych. Spotkałem się juz z podobnymi świadectwami w takich miejscach jak Rosja, Irak czy Kongo. Nigdy wcześniej nie widziałem tego jednak w Stanach Zjednoczonych.