To kazałoby, nadal stawiając na USA (co skądinąd PiS wcale ani od PO, ani od Lewicy szczególnie nie różni), równocześnie zacząć zastanawiać się, czy należy bezwzględnie i we wszystkim podążać za Stanami Zjednoczonymi.
Według drugiej interpretacji, stosunek polskiej prawicy, w tym przede wszystkim PiS do Trumpa wynika z przekonania, że reprezentuje on bliskie polskiej prawicy tradycyjne wartości.
Pomijając już fakt, iż Donald Trump jest obecnie po raz trzeci żonaty, a po drodze zdarzały mu się schadzki z gwiazdą porno, to przede wszystkim amerykański prezydent, na przykład w odniesieniu do praw mniejszości seksualnych, nie ma nic wspólnego z polską prawicą.
Przytoczone wyżej interpretacje w jakimś stopniu zapewne tłumaczą bezwarunkowe poparcie PiS i związanych z nim publicystów dla amerykańskiej interwencji w Wenezueli. Interwencja ta, zaznaczmy to bardzo wyraźnie, jest niezgodna z prawem międzynarodowym, co nie jest w naszym interesie.
Jakkolwiek bowiem jej celem był sojusznik Rosji, to tak naprawdę była ona dla Rosji korzystna. Celem reżimu w Moskwie od zawsze było wszak zniszczenie opartego o normy ładu międzynarodowego.
Prawdziwa przyczyna poparcia PiS dla Trumpa nie wynika w moim przekonaniu z kalkulacji, a odruchów i instynktów
Politycy polskiej prawicy i związani z nią publicyści doskonale to rozumieją i zdają sobie sprawę z wad polityki Trumpa dla naszego bezpieczeństwa.
Mimo to nadal bezwarunkowo go popierają. Dzieje się tak nie dlatego, że ludzie prawicy są ślepi na wady Trumpa, ani też dlatego, że – jak twierdzi część działaczy z kręgu Romana Giertycha – PiS jest rosyjską agenturą i dlatego wspiera prowadzącego korzystną dla Rosji politykę prezydenta USA.
Twierdzenie, iż partia Jarosława Kaczyńskiego jest rosyjską agenturą, to biorąc pod uwagę dostawy broni dla Ukrainy, które miały miejsce pod rządami tej partii, aberracja intelektualna.
Prawdziwa przyczyna poparcia PiS dla Trumpa nie wynika w moim przekonaniu z kalkulacji, a odruchów i instynktów. Pierwszy i podstawowy instynkt polskiej prawicy to lekceważenie miękkiej siły (której PiS nigdy nie rozumiał i nie posiadł) i rozumienie jej jako wyrazu wyłącznie nagiej siły.
Istotą rozumienia relacji międzynarodowych przez polską prawicę jest również kult siły. Amerykanie siłę przy okazji operacji w Wenezueli niewątpliwie pokazali, a ich działania ze stricte militarnego punktu widzenia były, w odróżnieniu od rosyjskich działań w Ukrainie, godne podziwu – ergo – polska prawica musi je wspierać.
Donald Trump siłę okaże również nam
Problem polega na tym, że podziw dla siły jako podstawowej kategorii w relacjach międzynarodowych jest pułapką. O ile można zrozumieć jeszcze zadowolenie, gdy nasi sojusznicy okazują siłę, to warto pamiętać, że Donald Trump siłę okazywał również w relacjach z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim.
I okaże ją również nam, gdy tylko będzie próbował narzucić Europie niekorzystną z naszego punktu widzenia formułę relacji z Rosją. Przede wszystkim jednak kult siły, a nie prawa międzynarodowego to dokładnie ten kierunek ewolucji stosunków międzynarodowych, który marzy się Władimirowi Putinowi.
Usiłując zrozumieć poparcie PiS i związanych z nim publicystów dla amerykańskiej napaści na Wenezuelę należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Wszyscy wspierający USA publicyści podkreślają, jakim szubrawcą był Maduro.
Wskazuje to na typową dla polskiej prawicy potrzebę moralnego uzasadniania swych działań i potrzebę stania po stronie dobra przeciwko złu. Teoretycznie tego rodzaju inklinacje są czymś oczywiście godnym szacunku. Tyle że wskazują one na skrajną wręcz niedojrzałość w rozumieniu polityki międzynarodowej, która polega na tym, że kierujemy się naszym interesem narodowym i w ramach tego godzimy się z tym, że czasem nasz sojusznik (w tym wypadku Stany Zjednoczone), czyni rzeczy złe.
Jako publicysta mogę więc krytykować Stany Zjednoczone za to, co zrobiły w Wenezueli, ale gdybym miał napisać oświadczenie na ten sam temat polskiemu prezydentowi, premierowi lub ministrowi spraw zagranicznych, napisałbym tekst albo wprost działania amerykańskie popierający, albo neutralny w swojej wymowie.
Tego rodzaju rozdwojenie jaźni jest istotą polityki zagranicznej, ale zarazem też istotą problemu polskiej prawicy z polityką zagraniczną. Rozumuje ona bowiem w polityce zagranicznej w kategoriach czarno-białych. Jednak dyplomacja czarno-biała nigdy nie była, nie jest i nie będzie.
Dokładnie tego polska prawica nie rozumie. I dlatego tak jak lepiej, że Polską rządził PiS, gdy wojna się zaczęła, a dyplomacja była zbędna, tak dobrze, by nie rządził, gdy wojna się będzie kończyć. Kończyć ją wszak będą dyplomaci.