Od roku Donald Trump robi w polityce międzynarodowej dokładnie to, co zapowiedział. To znaczy każdym kolejnym ruchem pokazuje wrogom, że Ameryka to nie są już ciepłe kluchy zmęczone rolą gwaranta potęgi zachodniego świata. W tym samym czasie ogromna część zachodniej (i polskiej) publiki z uporem szaleńca staje na rzęsach, żeby udowodnić, iż dzieje się coś strasznego i niepokojącego.
Czy powinniśmy w Polsce płakać nad tym, że Ameryka chirurgicznym ruchem zlikwidowała ważny przyczółek rosyjskich wpływów na geopolitycznej szachownicy, jakim niewątpliwie była Wenezuela?
Czy wzmocnienie amerykańskiej obecności na kluczowej w rywalizacji z Rosją czy Chinami ziemi jest nam aż tak bardzo nie na rękę?
Czy musi nas martwić pokazywanie Putinowi, że Ameryka Trumpa to nie są już ciepłe kluchy udające, że nie widzą, jak rośnie strategiczna przewaga Chin w wyścigu o metale ziem rzadkich, internet czy sztuczną inteligencję?
Wydaje mi się, że odpowiedź na te wszystkie pytania brzmi „nie”. Te sprawy nie muszą nas – Polaków – martwić. Przynajmniej na takim najgłębszym i najbardziej fundamentalnym poziomie bezpieczeństwa Polski – i szerzej NATO oraz jeszcze szerzej całego Zachodu, których to zbiorów jesteśmy dziś częścią. I co – jak mniemam – większość naszych obywateli całkiem sobie chwali.
Dlaczego więc w praktyce mam wrażenie, że niepokojąco duża część naszej opinii publicznej, świata polityki oraz komentariatu medialnego zachowuje się w praktyce dokładnie odwrotnie?
Pamiętacie, jak przez kilka ostatnich tygodni mieliśmy w Polsce prawdziwy festiwal zbiorowej histerii w temacie Donalda Trumpa. Powodem była – niech mi będzie wolno przypomnieć zapominalskim – opublikowana przez Biały Dom na początku grudnia nowa Strategia Bezpieczeństwa USA. Główny ton narzekań na Trumpa i jego strategię dotyczył tego, że Ameryka chce zostawić Europę samą na pastwę Putina i Chińczyków. Pamiętacie?
Minęło kilka tygodni i mamy początek stycznia. A także… nową fale gorzkich żali na Trumpa. Tym razem absmak dotyczy tego, że… za bardzo interesuje się Europą. A konkretnie takimi miejscami jak Grenlandia, którą Ameryka chciałaby ze sobą mocniej powiązać (mówi się o układzie stowarzyszeniowym z USA, a może i nawet o aneksji). Padają z ust premiera Tuska oskarżenia o to, że „jeden kraj NATO grozi drugiemu krajowi NATO”. A ważna publicystka obozu prorządowego Eliza Michalik mówi nawet o tym, że Amerykanów powinno się z NATO wykluczyć.
Tusk, Michalik i inni antytrumpiści są jak ludzie, którzy próbują jeść zupę przy pomocy widelca. Choć przecież do dyspozycji mają cały zestaw łyżek różnej wielkości. Stają przy tym na głowie, dowodząc, że tak się właśnie robi. I nie można inaczej. Wielu się niestety łapie.
Tworzy się z tego potem opowieść o Trumpie – niszczycielu NATO. Choć mamy do czynienia z politykiem, który zapowiada, że interesuje go rozbudowa amerykańskiej obecności na Grenlandii. Która położenie ma takie, że kto ją posiada, ten ma na starcie 100 punktów przewagi na wypadek jakiejś gorącej konfrontacji pomiędzy Zachodem, Moskwą a Pekinem.
To dlatego Amerykanie mają na Grenlandii od roku 1941 swoją bazę wojskową. A tak Bogiem a prawdą to założyli ją wówczas metodą faktów dokonanych bez pytania o zgodę kontrolujących wtedy Danię Niemców hitlerowskich ani też i samych Duńczyków. A z tego, co mówi Trump, wynika, że chcieli by mieć tak baz dużo więcej.
Gdyby dyżurni antytrumpiści zechcieli zawiesić – choćby na moment – swój ulubiony sposób komentowania otaczającej nas rzeczywistości, to by dostali obrazek następujący:
Oto prezydent Stanów Zjednoczonych podnosi kwestię poważnej inwestycji w bezpieczeństwo. Oczywiście głównie swoje – zgodnie z głoszoną zasadą „America First”. Ale przecież także i całego NATO. Możemy oczywiście naiwnie budować opowieść o agresji jednego kraju NATO na inny. Tyle tylko że Ameryka to nie jest jeden z krajów NATO. Tylko tego NATO początek oraz koniec. Bez Ameryki nie ma bowiem żadnego NATO. A co za tym idzie nie ma żadnych gwarancji bezpieczeństwa dla takich krajów jak Polska. Żaden zaś z naszych przyjaciół z UE (ani sama UE) nie mogą Stanów Zjednoczonych tu i teraz zastąpić. To dziecinne.
Skąd więc u tak wielu naszych obserwatorów ów dziecięcy upór, by w imię swojego antytrumpizmu odmrażać sobie uszy, nos i wszystkie inne wrażliwe członki? Zamiast dostrzec, że trumpowa Ameryka to wreszcie ów wyczekiwany sojusznik, który (nareszcie!) na poważnie odpowiada na zagrożenie ze strony Rosji czy Chin. A nie tylko o tym gada lub przysypia ogarnięty niemocą.
Wenezuela to kolejny przykład typowego działania Trumpa
Podobny schemat mieliśmy zresztą w przypadku reakcji na operację USA w Wenezueli. Trump zachował się tu jak klasyczny Trump. To znaczy najpierw zapowiedział w najnowszej Strategii Bezpieczeństwa, co zamierza zrobić – czyli że chce dokonać zmiany reżimu w Caracas. Potem to powtórzył, dając prezydentowi Maduro czas na opuszczenie kraju. A jeszcze potem zrobił to, co zapowiadał.
Reakcją zaś jest dla wielu znów owa mantra o „nieobliczalnym Trumpie”. Mantra, która już nawet nie śmieszy i nie nudzi. Tylko jest jakąś niepojętą i kuriozalną ucieczką antytrumpistów przed rzeczywistością w świat ich rojeń oraz fantazji.
Tak samo mieliśmy wcześniej w temacie Europy, Rosji i Ukrainy. Trump od początku mówi, że chce zakończyć ten konflikt. Gdy natrafia na opór materii, to ten opór pacyfikuje. Jak trzeba, to stawiając do pionu Zełeńskiego. A jak gra na czas Putin, to się mu pokazuje, że może być miło albo niemiło. Może być pokój – i wtedy Rosja coś dostanie – ale jak nie będzie pokoju, to wcale się jej pozycja negocjacyjna nie wzmocni. Tylko wyjmie się jej kolejnego międzynarodowego sojusznika, którym mogliby teraz lub w przyszłości Amerykanów szachować.
Jak rozumiem, że można Trumpa nie lubić za poczucie humoru, długie krawaty albo gusta dotyczące wystroju wnętrz. Można też nie lubić Ameryki za milion rzeczy. Ale – pytam ja raz jeszcze – czy to wszystko nie blednie gdzieś przy tej fundamentalnej okoliczności, że dla Polski i Polaków lepsza dziś Ameryka silna i narowista. Niż taka, co tylko myśli, gdzie tu sobie przysiąść i niepostrzeżenie przyciąć komara?
Watsonie, to elementarne! – powiedziałby Sherlock Holmes. Oczywiście gdyby był Polakiem.
Lewica nie odpuści reformy PIP po zapowiedzi premiera. Gawkowski w ”Gościu Wydarzeń”: Sprawa nie jest zamkniętaPolsat NewsPolsat News
Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd? Napisz do nas
