Ma 18 lat i grubo ponad 100 amatorskich walk. W 2024 na 25 pojedynków wygrał 22 — a uważa, że ten rok był dla niego słaby. W 2025 po raz drugi został międzynarodowym mistrzem. Jest mistrzem świata kadetów i złotym medalistą mistrzostw Europy U-19. Nigdy wcześniej nie było w Polsce tak utytułowanego juniora.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
Fabian Urbański od dawna nie zwraca uwagi na to, za kim stoi silny związek, kto jest reprezentantem gospodarzy i czy walczy ze starszym rywalem. On pełnoletni stał się we wrześniu. Wejścia w dorosłość nie fetował, był na kadrze. Teraz wkracza w wiek seniora.
Z największą nadzieją polskiego boksu spotkałem się w Szczecinie. Fabian chodzi tam do klasy o profilu bokserskim. W szkole nie przepada za matematyką, nie ma czasu na to, by główkować. Woli słuchać o historii Polski, a jeszcze bardziej ją współtworzyć.
Dwa tygodnie przed naszym spotkaniem zagrali mu Mazurka Dąbrowskiego w Ostrawie. Tego dnia, gdy widzieliśmy się w Szczecinie, o tytuł w młodzikach walczył jego młodszy brat. Fabian ma trzech braci — wszyscy boksują. Tak, jak ojciec, który był zawodowym pięściarzem. Jakie wartości im wpoił? Czy klan Urbańskich zdominuje polski boks? Pytałem o to 18-latka. Odpowiadał zdecydowanie, konkretnie. Mijały godziny, a on coraz bardziej kręcił się na krześle, zerkał na zegarek. Pod koniec rozmowy siedział już jak na szpilkach. Nic dziwnego – jego brat lada chwila miał wychodzić do ringu.
Fabian Urbański: „od małego byłem cwaniaczkiem”
Hubert Kęska: Piszą o tobie, że jesteś skromnym chłopakiem z Przecławia. Ale gdy na ciebie patrzę, widzę pewnego siebie gościa.
Fabian Urbański: Pewność siebie narodziła się wraz z sukcesami. Na początku wychodziłem do ringu zestresowany. Patrzyłem na to, z kim walczę, myślałem o tym. Dzisiaj nie czuję strachu, tylko motywację — jestem skupiony w walce. Strach odbiera umiejętności. Jak boisz się wejść do ringu, to potem boisz się w nim zaryzykować. W boksie musisz być pewny siebie. Ja nie boję się boksować, bo wiem, że mam umiejętności.
Wielu ludzi sprawia wrażenie pewnych siebie, ale to pewność siebie na pokaz.
Ja byłem od małego cwaniaczkiem. Wystarczy spojrzeć na stare filmiki z piłki, widać to po oczach. Przez to, że miałem starszego brata, czułem się niezniszczalny. Wiadomo, że za dzieciaka ze starszym rodzeństwem w domu nie ma się dobrego kontaktu, ale jak już dochodziło do czegoś poza nim, to Aleks zawsze stawał w mojej obronie. Odkąd pamiętam, miałem starszych kolegów. Jak ktoś zaczepiał mnie w szkole, to za każdym razem leciałem do brata. Ja sam za małolata rzadko się biłem. Aleks lubił się bić i umiał to robić, więc podbijałem, łapałem się z chłopakami, mając to z tyłu głowy.
Na podwórku lubiliście się wywyższać?
W sporcie byliśmy lepsi od innych, czuliśmy się mocni. Graliśmy w piłkę w Victorii Przecław. Tam z kolei wszystko chciałem robić sam. Jak straciliśmy bramkę, to brałem piłkę i chciałem wbiec z nią do bramki. To udawało się na podwórku, ale na dużym boisku, na pewnym poziomie jeden na jedenastu niewiele zdziała.
Na filmie sprzed 10 lat widzę ośmioletniego chłopca, który jest przekonany, że jak do klubu przyjedzie Jerzy Dudek, to jemu na pewno też strzeli bramkę.
Miałem duże umiejętności piłkarskie, dopóki grałem ze swoim rocznikiem. Potrafiłem faktycznie wziąć piłkę, okiwać wszystkich, przebiec całe boisko i strzelić. Ale jak brali mnie do roczników 2004, 2003, to jako o kilka lat młodszy dzieciaczek nie za bardzo się odnajdywałem.
Grałem w środku pola i podawałem piłki. To wychodziło mi dobrze, ale na tle starszych kolegów nie czułem siły w nogach, odstawałem fizycznie. Gdy zacząłem się wzmacniać, to ludzie z klubu dzwonili do rodziców, żebym wrócił do klubu. No ale wtedy trenowałem już boks i wszystko dopasowane było do boksu.
Widziałem, że już w Victorii wykonywaliście z bratem ćwiczenia ogólnorozwojowe, stabilizację.
Gdy zastanawiałem się, co wybrać, myślałem o tym, gdzie więcej zależy ode mnie. Na boisku masz dziesięciu kolegów, w ringu jesteś sam, nikt ci nie pomoże. Dlatego właśnie trzeba być pewnym siebie. Jeżeli idziesz po wygraną, no to jak możesz wchodzić do ringu i nie być pewnym siebie? Ja zawsze byłem uczony, żeby pewność siebie łączyć z szacunkiem do drugiego człowieka.
Szacunek do ludzi zwykle przychodzi z wiekiem. A wy jako bracia Urbańscy lubiliście się wozić.
Lubiliśmy wyjść, posiedzieć, czymś porzucać, pograć. Lubiliśmy adrenalinę. Dzwoniliśmy do sąsiadów, żeby ktoś nas pogonił. W domu były bitki. Aleks był dwa lata starszy, silniejszy, więc wygrywał. No chyba, że zakładaliśmy rękawice i sędziował nam tata.
Tata punktował z kanapy, a bracia się bili
Twój tata boksował, więc rękawice były w waszym domu od zawsze.
Często nie było czasu, żeby po nie iść, trzeba było reagować od razu. Ale przy tacie nie było bójek. Braliśmy go, siadał na kanapie z kartką i punktował runda po rundzie. Rundy trwały po minucie i – nie powiem – czasami wygrywałem. „Co?! To ja powinienem wygrać!” — wkurzał się Aleks.
Co innego, gdy bawimy się w boks z kilkanaście lat młodszym Borysem — jemu przyjemnie jest dać wygrać, widzieć, że dziecko się cieszy. Ale między nami różnica wieku była zbyt mała. No, tata trochę oszukiwał Aleksa. Ale ogólnie to było fajne – profesjonalna punktacja 10-9, liczenie punktów i rywalizacja sportowa.
Po czasie najbardziej podoba mi się to, że tata nigdy nie kazał nam iść na trening. Powiedzmy, że była umowa: wstajemy szósta rano biegać. On wstawał, a jeżeli ty nie podniosłeś się z łóżka, trudno, do niczego nie namawiał. „Okej, nie idziesz”, tyle. Dzięki temu zrozumiałem, po co trenuję. Nie dlatego, że ktoś mi każe, nie dlatego, żeby coś pokazać tacie. Ale dlatego, że to pokochałem.
Na pierwsze treningi przychodziłeś do klubu z tatą. Domyślam się, że on trenował, a dla ciebie była to po prostu zabawa.
Na początku nie chciało mi się za bardzo trenować boksu, wolałem piłkę. Tam byli koledzy, wiadomo. Chodziłem z tatą na treningi bez wielkich chęci, ale dość szybko zacząłem jeździć na zawody. Kluby Bundesligi wypożyczały zawodników ze Skorpiona Szczecin. Trener przy okazji brał też mnie i miałem przedwalki z Niemcami. Niby pokazówki, ale normalnie z werdyktem. Ręka w górę, doświadczenie. W Polsce jako 10-latek nie mógłbym boksować.
„Dobrze pamiętam te występy towarzyskie przed galami. W większości byłem lepszy i coraz bardziej się upewniałem, że chcę się tym poważnie zajmować” — wspominasz w Interii. „Dosyć szybko też zacząłem uczyć się defensywy”.
Defensywa jest bardzo ważna. W boksie często jest tak, że początkujący zawodnicy tylko biją się w ringu. Ja już będąc adeptem, młodzikiem włączałem do swojego boksu nogi, kontry. Nie wyglądało to może jeszcze pięknie, ale widać było ten mały błysk. Do teraz tak mam, że nie chcę przyjmować ciosów. Zadać i dostać to żadna sztuka. Mnie uczyli, żebym trafił dwa razy i nie przyjął ani jednego uderzenia. To do dziś zostało mi w głowie.
Szybciej poukładałeś się boksersko niż życiowo?
Zanim trafiłem do szkoły sportowej, powtarzałem klasę. W podstawówce nie zdałem z czwartej do piątej — bardziej przez zachowanie niż naukę. Wstydziłem się tego, ale dzisiaj uważam, że było mi to potrzebne. „Masz ten rok do tyłu, weź się w końcu ogarnij człowieku” — wbiłem sobie do głowy. I szybko się pozbierałem. Co nie oznacza, że nie robiłem już głupot.
Poszedłeś do szkoły sportowej i zamieszkałeś w internacie.
Mieszkam tam od siódmej klasy. Na początku trochę mi odwalało. Dalej czułem się niezniszczalny i za bardzo nie przejmowałem się ludźmi. W internacie od dwóch lat był już mój starszy brat, więc nie czułem się obco. Z kolegami zbieraliśmy się w sześciu, siedmiu w pokoju, gasiliśmy światło i laliśmy się po ciemku. „Co tu się dzieje?!” — wchodziła pani. A tam dziury w drzwiach, bo je rozwaliłem. „O, tego nie zrobisz” — podpuszczali mnie chłopacy. „Ja nie zrobię?”. Wymyślałem nauczycielom, bardzo dużo pyskowałem rodzicom.
Niedawno rozmawiam z wychowawcami w internacie — mówią, że byłem nie do zniesienia. Ale w szkole opinia sportowca na pewno mi pomogła. Musiałem pogodzić się z tym, że jestem rok w plecy i nauczyć się na błędach. Patrzyłem na Aleksa, który bardzo ciężko trenował i jeździł już na poważne zawody. „Kurczę, ta ciężka praca jednak popłaca” — doszło do mnie. Dalej jestem chłopakiem bez przesadnej pokory, ale szanuję innych ludzi — sport mnie wyprostował.
„Dużo jest dzieciaków, które odpuszczają i marnują sobie życie”
Twój brak pokory objawia się dzisiaj tym, że nie czujesz respektu przed żadnym przeciwnikiem.
Kiedyś tak nie było. Jak jesteś mniej doświadczony i wchodzisz do ringu, to trochę się cykasz. Na początku mojej drogi było dużo myślenia. O tym, że walczę z kimś z mocnej reprezentacji, albo na przykład z Chorwatem na Bałkanach. „Chorwat, Chorwat, Chorwat”. Pamiętam pierwszą porażkę w młodzikach. Mistrzostwa Europy, pierwsza walka i porażka 3:2. Przez całą walkę biłem lokalnego chłopaka, strasznie mnie wtedy przewieźli. Ale to był cios! Ryczałem, dzwoniłem do taty. Tata próbował mnie pocieszyć, że nic się nie stało, że to dopiero pierwsze mistrzostwa. Ale ja jechałem tam z wielkimi nadziejami. Z jednej strony rozmyślałem o rywalu, z drugiej wciąż nie miałem pokory do pracy. Ale stopniowo, stopniowo zaczynałem rozumieć, że talent ruchowy to za mało.
Kiedy to zrozumiałeś?
Będąc w kadetach. I od tego momentu moja więź z trenerem kadry, Dariuszem Kochanowskim, stawała się coraz mocniejsza. W czasach młodzika nie mieliśmy zbyt dobrych relacji. Rozumiem trenera. Ciężko pracuje się z dzieciakiem, który myśli, że może wszystko, a nic nie może.
Który ma podejście: co to nie on?
Taki byłem. Trener przypomniał mi ostatnio, że był taki moment w kadetach, mój pierwszy rok, że nie chciałem jeździć na kadrę. Czułem się obciążony psychicznie, mówiłem, że chcę na chwilę odpuścić, odpocząć. Wtedy trener Kochanowski ze mną porozmawiał i ta rozmowa mi pomogła. Wcześniej nam się nie układało, a wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, że we mnie wierzy. I w tym samym roku zdobyłem wicemistrzostwo Europy. No i dzisiaj tak sobie myślę: „Kurczę, mogłeś wtedy odpuścić. No i gdzie teraz byś był?” Dużo jest dzieciaków, którzy odpuszczają i marnują sobie życie. Mogłem być jednym z nich.
Dariusz Kochanowski wygląda na kochanego człowieka, ale wymaga od podopiecznych, aby ci też zostawiali serce na sali. „Jeśli je zostawisz, to na pewno zostaniesz w kadrze” — mówi. „Jak ktoś pokaże, że przyjechał na wycieczkę, to długo z nami nie pobędzie”.
Widziałem mnóstwo takich sytuacji, że chłopacy nie wytrzymywali psychicznie. Gdy przyjechałem pierwszy raz na kadrę młodzików, było tam bardzo dużo osób. Wielu chłopaków miało fajny styl, talent. Ale spośród tamtych 14-latków, zostałem tylko ja i mój serdeczny przyjaciel Igor Soczówka. Inni się poddali, już nie trenują.
Ja u trenera Darka wykułem charakter. Przy nim nie ma, że ktoś jest zmęczony, zajazd jest straszny — co z czasem mi się spodobało. U trenera nieważne, czy masz talent. Jak nie będziesz dokładał do niego pracy, to odejdziesz i zaraz nie będzie cię na kadrze.
Ty w kadrze zostałeś. Potem byłeś jej kapitanem i mentalnym liderem.
Zbudowaliśmy więź z trenerem, były wyniki. Moja pozycja w kadrze naturalnie urosła. Bycie kapitanem reprezentacji w boksie, to nie jest może tak odpowiedzialna funkcja jak w piłce, nie kierujesz na boisku nakreśloną taktyką, ale taka rola to na pewno sygnał, że jesteś bardzo mocny, że trener na ciebie liczy. Bycie przywódcą to fajne uczucie. Nie chodzi nawet o nowe obowiązki, odpowiedzialność, zbieranie papierów. Działa tu sama świadomość, że nie zostałeś kapitanem z przypadku. Gdy nim jesteś, wierzysz w to, że jesteś najlepszy.
Kapitan dobrze sypia przed walkami?
Ja od lat dobrze sypiam.
Po niepowodzeniu na pierwszych mistrzostwach Europy zrozumiałem, że muszę pokazywać sędziom swoją dominację. Że strach nie pomoże mi wygrać, wręcz przeciwnie, zepsuje mi drogę. A jeżeli coś może ci przeszkodzić w wygrywaniu, no to trzeba się tego jak najszybciej wyzbyć. Wydaje mi się, że w boksie to bardziej zdenerwowane osoby idą do przodu. Zawodnik pewny siebie wie, że ma czas, wyczekuje odpowiedniego momentu do ataku.
Tak jest. Nikt przecież nie twierdzi, że Floydowi Mayweatherowi brakowało pewności siebie. A boksował z obrony.
Ja tocząc kolejne walki coraz mniej myślałem o tym, że rywal może zrobić mi krzywdę. Aż w ogóle przestałem mieć to z tyłu głowy. W książce „Umysł mistrza” przeczytałem, że bardziej niż na atutach przeciwnika, trzeba skupić się na własnych. Staram się czytać rzeczy, z których mogę wyciągnąć naukę na przyszłość, biografie mistrzów.
Wylosował Kazacha. „Uuu, złe losowanie”. Zrobił mu dwa liczenia
Jeżeli będziesz w kółko oglądał przeciwnika i zachwycał się jego lewym prostym, to świadomość tego, że dobrze pracuje lewą ręką, sparaliżuje twoje ruchy. Ale jeżeli skupisz się na tym, co ty masz dobrego, przejmiesz kontrolę nad walką. Ja przed walkami wmawiałem sobie, że mam bardzo dobrą kontrę. A jak ktoś chwalił mojego rywala za poprzednią walkę, przypuśćmy z zawodnikiem z Armenii, to powtarzałem sobie, że no tak, wyszła mu pięknie, ale ja nie jestem zawodnikiem z Armenii. Jestem o klasę wyżej i nigdy nie wchodził do ringu z taką osobą jak ja.
To, jak ważna jest wiara we własne umiejętności, pokazuje kariera Andrzeja Gołoty. Gołota przed walkami w lidze nie mógł spać i robił wielkie oczy, kiedy trenerzy tłumaczyli mu, że przecież to rywale boją się jego. „Naprawdę?” — pytał wówczas. Lata później, podczas przygotowań do zawodowych walk, podsuwano mu ponoć specjalnie nie najmocniejszych sparingpartnerów, by jego wątła pewność siebie nie uleciała już przed pierwszym gongiem. W boksie amatorskim nie ma dobierania rywali. Na najważniejszych turniejach już w pierwszej rundzie możesz trafić na najlepszego w danym momencie zawodnika na świecie.
Jak jechałem na mistrzostwa świata kadetów, to nie wiedziałem, czego się spodziewać. Pierwszy raz zostałem wysłany na turniej, w którym udział brali Uzbecy, Kazachowie — silne nacje z mocnym związkiem i systemem szkolenia. Ja jednak jechałem do Erywania z myślą o wygranej. I na starcie miałem próbę mentalną, bo w pierwszej walce dostałem zawodnika z Kazachstanu. Obejrzeliśmy jego walkę, wiedzieliśmy, że to jest do wygrania, ale utarło się, że Kazachowie, Uzbecy i Kubańczycy są nie do pokonania.
— Kogo wylosowałeś?
— Kazacha.
— Uuu, złe losowanie — gadali w Polsce, słyszałem na miejscu.
No i teraz pytanie, co z taką opinią zrobisz. Albo się załamiesz, albo spróbujesz — staniesz do walki i sam dowiesz się, czy diabeł jest taki straszny, jak go malują. Ja wyszedłem, zrobiłem dwa liczenia Kazachowi i wygrałem rundy do ośmiu. Ciekawe, co czuli ci, którzy skreśli mnie przed tą walką, gdy zdobyłem złoty medal.
Gdy z nim wróciłeś, w szkole urządzono tobie i brązowemu medaliście Igorowi Soczówce uroczyste powitanie. Uczniowie, nauczyciele, dyrekcja — wszyscy wyszli i ustawili się na korytarzu, przybijając wam piątki i bijąc brawo. Pani dyrektor Centrum Mistrzostwa Sportowego w Szczecinie, Izabela Kępczyńska-Sitka, powiedziała, że wręcz nie wyobraża sobie, aby szkoła nie witała tak swoich mistrzów.
Bardzo to doceniam. W innej szkole nie mógłbym skupić się w stu procentach na boksie. W Centrum Mistrzostwa Sportowego nauczyciele dają mi czas na nadrobienie tematów – pomagają mi pogodzić naukę ze sportem, lekcje z treningami. Jak to wygląda? Gdy mam zaległości, zostaję po lekcji i umawiam się indywidualnie.
Wiadomo, że jak wracam z zawodów, to trzeba ogarnąć kilka przedmiotów, materiału jest sporo i bez zrozumienia ze strony nauczycieli, dyrekcji byłoby trudno. Ale tu wszystko odbywa się spokojnie, bez presji, powoli. Przede wszystkim nie czuję się zajechany szkołą. Wstaję rano, idę na trening. Z treningu do szkoły. Potem do internatu — na kawkę, zjeść coś, może czasami się przespać, jak zdążę. Znowu na trening. I tak w kółko.
Rutyna wymaga celu.
Ja jestem zawodnikiem, który nie ma marzeń, który ma właśnie cele.
Już trzy lata temu mówiłeś, że głowa to twoja najmocniejsza strona. To wynik pracy z trenerem reprezentacji, z trenerami klubowymi czy z samym sobą?
Myślę, że najwięcej dały mi rozmowy z tatą. Tata powtarzał mi, że nawet, jak jeździł nieprzygotowany na walki, to nigdy nie było tak, że jeździł po przegraną, zawsze wierzył w to, że wygra.
Kiedy jest się pięściarzem wyjazdowym, to ciężko przygotowywać się do walk, propozycje przychodzą z tygodnia na tydzień.
Tak. Ale tata, nieważne w jakiej był formie, wychodził do ringu z myślą o zwycięstwie. Jechał po wygraną, mimo że wiele razy było przecież tak, że boksował z lepszym, świeższym zawodnikiem, który był przygotowany i pod którego zorganizowana była gala. Przegrywał te walki, ale ani razu nie pomyślał, że nie ma szans, że nie zdoła wygrać. „Nigdy nie było tak, że wszedłem na ring i odpuściłem — podkreślał. — Zawsze oddawałem wszystko, co mogłem w walce”. Te słowa utkwiły w mojej pamięci i dały mi dużo.
Jeździliście z tatą na zawodowe gale?
Za małolata, mało pamiętam z tych walk. Ale mam fajną fotkę! Taki malutki byłem, stanąłem na linach. Mama robiła to zdjęcie. Wywiad z tatą po wygranej walce i ja. To gdzieś blisko musiało być, skoro pojechaliśmy wszyscy. Chyba Międzyzdroje.
Damian Urbański, tata Fabiana (Foto: Aleksander Majdański / newspix.pl)
Twój tata wygrał wtedy z niepokonanym Karlo Tabaghuą (12-0) i sięgnął po pas młodzieżowego mistrza IBF. Potem pokonał 9 z 12 kolejnych rywali. Ja jednak pamiętam głównie jego przegrane. W tym ostatnią walkę Daniela Urbańskiego, którą widziałem na żywo. W 2018 roku stanął twardo na ważeniu, ale w ringu przegrał przez nokaut z Fiodorem Czerkaszynem.
Oglądaliśmy tę walkę w domu, nie trwała długo. Czasami wymieniamy się wiadomościami z Fiodorem, pamiętam, że napisał mi gratulacje po jakimś turnieju. Nie mam mu za złe, że wtedy tak to się potoczyło — to jest sport. Nie uważam, że tata na tamtym etapie kariery byłby w stanie zagrozić zawodnikowi z takim potencjałem jak Fiodor. Tam były tak naprawdę dwa ciosy. Wątroby nie oszukasz, ścina cię od razu.
Tata postawił się nawet Giennadijowi Gołowkinowi. Ale potem było dużo gorzej
Fiodor jest na fali wznoszącej, twój tata już od dawna nie był. Ale miał dobre momenty w karierze. W 2006 roku dzielnie stawiał czoło Giennadijowi Gołowkinowi.
Ta walka niestety nie poszła po jego myśli. W trzeciej rundzie Gołowkin rozciął mu łuk brwiowy i lekarz poddał tatę. No szkoda bardzo, bo może trochę inaczej by się to potoczyło…
Gdzieś przeczytałem, że Daniel Urbański zapowiadał się lepiej niż Grzegorz Proksa.
Mój tata łączył boks z normalną pracą. Musiał zarabiać, bo w wieku 20 lat został ojcem. W 2005 roku na świat przyszedł Aleks i – z tego, co wiem – rodzice wyjechali do Bydgoszczy, bo tata podpisał kontrakt z Areną. Dziś mało kto pamięta, ale była taka grupa promotorska Arena Boxing. Bardzo dużo obiecywali.
Twój tata walczył dwukrotnie o młodzieżowy tytuł IBF kategorii średniej, ale na wyjazdach. Boksował na galach grupy KnockOut, potem widziałem go u Tomasza Babilońskiego. Miał swoje chwile: po zwycięstwie z Tabaghuą w super średniej, doszedł do starć o internacjonalny tytuł WBC oraz europejski WBO. W 2012 roku mówiło się, że w przypadku wygranej na gali Andrzeja Grabowskiego, zawalczy o pas EBU. Wtedy był już ostrożny w zapowiedziach: „jak zobaczę podpisany kontrakt, to uwierzę” — mówił.
Wiesz, jeżeli ktoś obiecuje ci złote góry, podpisujesz kontrakt z wielkimi nadziejami, a po 4 walkach jest ewidentna klapa, no to później jesteś nieufny…
Po przegranym rewanżu z Tobojewem Daniel Urbański oświadczył, że albo podejmie konkretną decyzję, żeby boksować, albo „trzeba będzie odwiesić rękawice na kołek”. Ale nie odwiesił. Przez kolejne 10 lat przegrał 25 na 26 pojedynków. To jest cały rollercoaster boksu zawodowego. Kiedy jesteś stroną A, buduje się twój rekord, twoją pewność siebie, to tobie sprowadzają rywali. Ale kiedy spadasz w hierarchii i nie kończysz kariery, to ty zwykle jesteś przystawką dla obiecujących pięściarzy, to oni mają się na tobie wybić.
Jak nie masz, co ze sobą zrobić, no to szukasz pieniędzy. No niestety tak jest w tym życiu. Jeździsz na te walki, bo musisz utrzymać rodzinę. Mój tata sobie na walkach dorabiał. Pracował na co dzień i raz na jakiś czas wyjeżdżał w weekendy.
Jak czuliście się z tym, że jeździ nieprzygotowany i nie raz, nie dwa przegrywa przed czasem?
Źle się na te walki patrzyło. Co innego, gdyby dawali tacie zawodników, z którymi miałbym pewność, że wygra – inaczej by się takie walki oglądało. A kiedy widzisz poważnych rywali, którzy mogą zrobić krzywdę człowiekowi, którego bardzo kochasz… To boli. Nie chciałbym oglądać taty w takich walkach.
Fabian z tatą Danielem Urbańskim (Foto: Archiwum rodzine / Onet)
Były poważne rozmowy w domu?
Gdyby zależało to od taty, to dalej by boksował. On cały czas mówi, że będzie jeszcze mistrzem świata. Wiadomo, teraz to jest bardziej dla śmiechu. Ale rozmawialiśmy z nim nawet ostatnio, że już nie chcemy oglądać go w ringu. Mój tata jest po czterdziestce, lata świetności ma za sobą. Wtedy musiał jeździć, teraz na szczęście nie ma już takiej potrzeby. I nie chcę, żeby to robił.
Czym zajmują się twoi rodzice?
Mój tata pracuje obecnie w stoczni. Mama nie pracuje, odkąd urodziła się nasza siostra Laura.
Dużo was jest.
Piątka. Nasza mama też ma tyle rodzeństwa.
Daniel, Aleks, Fabian, Ksawery, Borys. Urbańscy boksują wszyscy
Ale u was wszyscy mężczyźni boksują. Tata, Aleks, ty, Ksawery, nawet 6-letni Borys już uderza w worek.
U mnie i Aleksa też wszystko rozpoczęło się od zabaw. Jeździliśmy z tatą do BKS-u Skorpion Szczecin, on trenował, a my gdzieś rzucaliśmy się rękawicami. Z czasem pojawialiśmy się na sali częściej, zaczęły się pierwsze techniki. Tata zaprowadził nas do trenerów, z którymi startował, których zna od lat. Ja nie mogłem jeszcze boksować, ale Aleks już jeździł na zawody. Mistrzostwa Polski młodzików — pamiętam, że przegrał w pierwsze walce. No ale był tam. Zaczęły się obozy, ja zacząłem jeździć.
Aż poziom się wyrównał i dziś możesz śmiało sparować ze starszym bratem.
Za małolata biliśmy się na serio, ale teraz, jeżeli sparujemy, to nie robimy nic na siłę — bardziej dotykamy się niż walczymy. Ja mam jakąś blokadę, nie mógłbym uderzyć mocno Aleksa. I on też. W dzieciństwie nie było blokad.
Jesteście bardzo zgraną rodziną.
Ktoś mi powiedział, że bracia Kliczko obiecali kiedyś mamie, że nie będą razem boksować. My też to sobie obiecaliśmy — że za żadne pieniądze nie będziemy się nigdy ze sobą tłuc. Nawet jeżeli miałaby to być walka ustawiona i umówilibyśmy się, że będziemy się bić mało. Rodzice za bardzo przeżywają nasze walki, żeby im to robić.
To prawda, że twoja mama włącza twoje walki, ale na nie nie patrzy?
Mówi, że jak wygrywam i biję rywala, to ogląda. Ale jak walka jest równa, to odpala transmisję, wychodzi i np. robi coś w kuchni, żeby zabić czas.
Mama nie była za bardzo przekonana do tego, żebyśmy boksowali. A babcia to już w ogóle bardzo nie chciała. A teraz obie są moim największym wsparciem.
A tata?
Wydaje mi się, że cieszył się, że idziemy w jego ślady.
Mój tata jest bardzo specyficznym człowiekiem, ale uważam, że jego podejście mi pomaga.
Jest wymagający?
Nieraz bywało tak, że zadowolony z siebie wysyłałem mu sparing, a on wytykał mi błędy. Na początku strasznie mnie to denerwowało. Nie rozumiałem, że tata chce dla mnie jak najlepiej, chciałem pochwał.
Jak to dziecko.
Tata nie jest człowiekiem, który ciągle nas chwali. Ale widzi rzeczy, których nikt inny nie zobaczy, żaden trener.
Kiedyś, jak robiłem z nim tarczę, to tyle razy mnie poprawiał, że wreszcie mówiłem, że mi się nie chce. Zniechęcałem się. Bo on cały czas zatrzymuje tarcze i podczas treningu w ogóle się nie odzywa. Tylko pokazuje i robimy, pokazuje, robimy, robimy. Jest bardzo skrupulatny, cierpliwy. Dopiero po wszystkim rozmawiamy. „No, musisz poprawić to, to i to”.
To są bardzo cenne wskazówki — bo każdy uczy inaczej. Ale kiedy jesteś dzieciakiem, to nie masz takiej motywacji, żeby przyswajać wiedzę. Dlatego jako dziecko wkurzałem się na tatę. On z kolei nie rozumiał, dlaczego robię tak, a nie inaczej. Nie rozumiał, że jeszcze nie za bardzo to czuję. No i były sprzeczki.
Wypominałeś mu jego przegrane, mówiłeś: „A ty? Jak ostatnio walczyłeś?!”?
Nie, nie było takich słów. To była dziecięca złość. Im bardziej jednak wkręcałem się w boks, tym bardziej byliśmy ze sobą zgrani. Zacząłem słuchać taty, doceniać jego rady. Dzisiaj chodzę do niego na tarczę z chęcią. W weekendy idę pobiegać, popodciągać się, a jak tata ma czas, to trenujemy razem. Robimy to chętnie, co nie znaczy, że się nie kłócimy.
Zdarza się wam robić lekkie sparingi?
Tak, nawet w czerwcu robiliśmy luźny sparing. Tata cały czas się odgraża: „No, muszę w końcu przyjechać na salę, założymy kaski, szesnastki – pokażę wam, jak się to robi”. Potrafi mnie zaskoczyć. Widzę, że ma swoje „myczki” i dobrą szkołę boksu za sobą. Trenerzy, którzy przygotowywali go do walk, mówią, że miał to coś. No i że przekuł to na nas.
Jego kariera to dla was przestroga?
Myślę, że tata swoje doświadczenia przekłada na nas. Pilnuje, żebyśmy uważali na to, co go spotkało.
„Uczę się na błędach taty, Ksawery będzie się pewnie uczył na moich”
Aleks ma 20, ty 18, Ksawery 14 lat. Wasz tata nigdy nie pogodził się z tym, że jedzie po przegraną, ale w przypadku journeymanów tak to wygląda w praktyce. Jeżdżą nieprzygotowani, normalnie pracują, oszukują ich. Wy skupiacie się na boksie i jesteście przyzwyczajeni do zwycięstw.
Jesteśmy kolejnym pokoleniem. Tata zaczął trenować boks bodajże w wieku 14 lat, a my zaczynaliśmy od dzieciaka. Tata był tylko raz na mistrzostwach Europy — przegrał tam walkę o medal z Rosjaninem. W wieku juniora bardzo chciał reprezentować swój kraj w wyższej wadze. Ale, jak to jest często na kadrze, trafił na złotego zawodnika trenera i choć bił tamtego chłopaka, to nie dali mu szansy.
Ja uczę się na błędach taty, Ksawery będzie się pewnie uczył na moich.
Z waszego rodzeństwa pierwsze sukcesy odnosił Aleks. Kiedy ty, jako kadet, debiutowałeś na gali Suzuki Boxing, on zdobywał medal mistrzostw Europy juniorów.
Tak, tego samego dnia awansował do strefy medalowej.
Dużo rozmawiasz z rodzicami, braćmi podczas turniejów?
Czasami nie za bardzo jest jak, jest zmęczenie. Ale wymieniamy bardzo dużo esemesów, a kiedy jest możliwość, to do siebie dzwonimy. Ogólnie cały czas jesteśmy w kontakcie. Przed zawodami wysyłam tacie filmiki z treningów, a on wydzwania z uwagami. Widzi na przykład, że na tarczy mam tylną nogę szeroko — na prosto, nie na bok. Wskazuje, nad czym trzeba pracować i przez to staram się być lepszy. On omawia walki ze mną, ja z Ksawerym. Rodzina to nasze największe wsparcie.
Widzę drzewo genealogiczne na twoim przedramieniu.
Aleks ma taki sam tatuaż. Kiedy skończyłem 16 lat, zrobił mi taki prezent i sobie wtedy też zafundował dziarę. To jest moje DNA. Na górze dwa rogi, czyli Katarzyna i Daniel. Pod spodem imiona mojego rodzeństwa. Cała nasza rodzinka.
Wszyscy macie wytatuowaną literę „U” na barku. Literę „U” ozdobioną koroną. „U” jak „Urbański”.
Najpierw zrobiliśmy ją sobie we trzech: ja, tata i Aleks. Potem doszła mama. A teraz czekamy na resztę rodzeństwa. To jest i będzie taki nasz znaczek firmowy.
Fabian Urbański (w środku) z tatą i bratem oraz rodzinnym tatuażem (Foto: Archiwum rodzine / Onet)
„To znak wspólnego ducha, nierozerwalnej lojalności i miłości, która nie zna warunków. Ten tatuaż nie jest tylko ozdobą — to pieczęć przynależności do rodziny, która się wspiera, walczy razem i zawsze stoi za sobą murem” — napisała autorka tatuażu.
Coś w tym. Ja mówię otwarcie, że nie ma nic ważniejszego niż moi bracia, mama, tata i moja siostra. Kocham ich nad życie i nie wyobrażam sobie życia bez nich.
Mówiłeś, że tata rzadko cię chwali.
Ale pamiętam nagranie, jakie wysłał mi Aleks. Po finale mistrzostw świata były oczywiście gratulacje, rozmowa. Ale po jakimś czasie zobaczyłem film, na którym wszyscy oglądają finałową walkę w salonie. Był werdykt, a tata wzruszony powiedział wtedy: „K***a, zrobił to”. Czułem w jego głosie, że jest ze mnie naprawdę dumny.
Na mistrzostwa świata kadetów nie jechałeś jako faworyt. Potem nie zawsze byłeś faworytem w juniorach. Ale wytworzyłeś w sobie takie przekonanie, że nim jesteś — głównym faworytem zawodów.
Skupienie się na własnych atutach, a nie na mocnych stronach przeciwnika okazało się kluczowe. Odkąd zacząłem myśleć o tym, co mogę ja, a nie co mogą rywale, nie mam stresu przed walką, lecz stresik — taki pozytywny dreszczyk emocji. Uważam, że walka w boksie to w 90 proc. walka mentalna.
Tego też uczył mnie tata, że czasami nieważne, w jakiej jesteś formie. „Jedziesz na zawody, przygotowania pięknie poszły. No, ale jeżeli głowa nie zagra, to co? No to koniec”.
Ty jesteś wynikiem spostrzeżeń taty, pracy trenerów klubowych, trenera kadry, możliwości, jakie stwarza ci szkoła. Także tego, że podpatrujesz amerykański boks?
Widzę u siebie ciutkę amerykańskiego boksu. Tę czutkę w ringu i ogólnie pewność siebie. To cechuje tamtych zawodników, mistrzów. Zauważ, że w Polsce za bardzo tego nie ma — pięściarze nie są tak pewni swego.
Nagle pojawiło się pytanie. „Czy ja naprawdę kocham ten boks”
Co bierze się pewnie stąd, że przez lata mieliśmy słaby boks amatorski, słaby związek. Co igrzyska, to w łeb — brakowało sukcesów. Ale ty nie jesteś tym obciążony, bo nie jesteś produktem jednej myśli trenerskiej, jednego systemu szkolenia.
Przed mistrzostwami Europy wmawiałem sobie, że jestem w formie życia. Wiedziałem o tym, że tak jest — że jestem mocno przygotowany. Ale wiedziałem też, że muszę tak myśleć. I jak widać, zadziałało.
Zostałeś mistrzem Europy w ostatnim roku swoich występów w juniorach. Wcześniej, w 2024, skompletowałeś swoisty hat-trick, trzy brązowe medale: w Pucharze Świata, na mistrzostwach Starego Kontynentu i mistrzostwach globu.
Dla mnie to był bardzo słaby rok. Po złocie mistrzostw świata kadetów nie układało mi się tak, jak mogło. Na mistrzostwach Europy przegrałem w półfinale z mocnym Ukraińcem. Uważam, że zrobiłem wszystko, żeby wygrać — po prostu był na tamten moment lepszy. Na mistrzostwach w Budvie kontrowersyjny werdykt i tylko brąz. No i porażka w Pucharze Świata. Okej, zdobywałem te medale, ale patrząc na to, że w 2023 byłem mistrzem, to był dla mnie straszny rok.
Byłeś mistrzem jako kadet, potem multimedalistą jako junior. Ludzie ze związku, dziennikarze podchodzili do ciebie, składali gratulacje.
Jestem zawodnikiem, który nie spoczywa na laurach. Ja chcę cały czas więcej. Wchodząc na salę bardzo skupiam się na rzeczach, które mi nie wychodzą. I dlatego uważam, że z roku na rok jestem coraz mocniejszy.
Z dużymi nadziejami patrzyłem na to, że w 2025 będę starszym rokiem juniora. I z taką myślą pojechałem na Puchar Świata. A nagle zderzyłem się ze ścianą i przegrałem w pierwszej walce, 3-2. Uważam, że trochę dałem d**y, sędziowie też nie byli po mojej stronie, ale to już inna rzecz. Przegrałem z zawodnikiem, z którym wygrałem na mistrzostwach świata, kiedy zdobywałem złoto. Teraz on zdobył złoto. Mało osób wiedziało, ale te wszystkie przegrane to był dla mnie cios. Próba mentalna, bo przecież rzadko kiedy przegrywałem. Musiałem zmierzyć się z własną psychiką i odpowiedzieć sobie na pytanie: „czy ja naprawdę kocham ten boks?”.
Łatwo coś kochać, kiedy wszystko nam w tym wychodzi.
A tu po raz pierwszy, od nie pamiętam kiedy, wróciłem z zawodów bez medalu. „Czy jak nie ma sukcesów, to będziesz dalej trenować?”. I właśnie: albo się złamię, albo jeszcze bardziej mnie to zmotywuje. Na szczęście zmotywowało, utwardziło. Zostałem w tym sporcie, a potem znowu zaskoczyłem świat. No bo pewnie mało osób wierzyło, że zdobędę złoto mistrzostw Europy juniorów. Że zrobię coś, czego przez prawie 40 lat nie zrobił żaden Polak.
Szybko wyciągnąłeś wnioski po niepowodzeniach?
Musiałem trochę odpocząć psychicznie. Ale ogólnie wygląda to tak, że od razu analizujemy walki z trenerami. Tata też mówi co poszło, co było źle. Jak jestem na kadrze, to codziennie rozmawiam z nim o tym, jak idą treningi.
Nie ma co ukrywać, nie układały mi się zawody. Aż w końcu przeszedł czas na ostatnie mistrzostwa Europy w juniorach. Dzwonię do taty. Mówię, że wiem, na jakim jestem poziomie i nie wyobrażam sobie wrócić bez złotego medalu. Powiedziałem mu to wprost. Odpowiedział, że w to wierzy, że widzi jak jest i że cieszy się z tego, że tak mówię. I że też ma nadzieję.
Wtedy miałeś już w głowie, że niezależnie od wszystkiego jesteś faworytem do złotych medali.
Tak. Ale wiedziałem też, że to nie będą mistrzostwa Polski, gdzie mogłem sobie wyjść i po prostu boksować. W 2024 na MP juniorów zaliczyłem pełen dystans tylko w półfinale. A rok później tylko jedna moja walka skończyła się w drugiej rundzie — reszta to nokauty w pierwszej i walkowery.
„Jak pękniesz, to do końca życia będziesz miał wyrzuty sumienia”
Ten poziom przerosłeś.
Ale jadąc na mistrzostwa Europy miałem w głowie: „Stary, musisz się skupić w stu procentach!”. To była ta nutka pokory, którą trzeba mieć i która pojawiła się u mnie obok wiary. Bo wierzyłem w siebie mocno. I po prostu wiedziałem, że jestem nie do zatrzymania. Jeżeli będzie skupienie, będzie pewność, pokora – to wszystko zadziała.
W ME najpierw rozniosłeś Chorwata (druga runda RSC), potem wygrałeś do zera z Niemcem i Węgrem. A w finale trzykrotnie rzuciłeś na deski Dawida Mchecadze z niezwykle silnej na tym turnieju Gruzji (w Ostrawie o złoto walczyło aż pięciu Gruzinów).
Z walki na walkę coraz bardziej się rozkręcałem, a to finałowe starcie, to już był koncert. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, że będzie to tak wyglądać. Obstawialiśmy, że w finale zmierzę się z Ukraińcem, który zrobił przedtem dwie czasówki. Wieczorem wyszło, że wyeliminował go Gruzin.
Rano waga, o czternastej walka — niemal natychmiast trzeba było omówić rywala. Zawodnik z Gruzji był bardzo mocny, ale wiedzieliśmy, że będzie mi pasować. Z tego względu, że lubi iść do tyłu i nagle wpadać prawą ręką. A ja bardzo dużo widzę – wiedziałem, że w takiej sytuacji mój cios od razu wejdzie. Ale najpierw dostałem w nos. To był pewien problem, bo ten nos strasznie mnie bolał po walce z Węgrem, który uderzył mnie barkiem. Wiedział o tym tylko trener, a tu pierwszy celny cios i od razu z nosa leci mi krew. „O kurczę, żeby nie poleciało więcej, bo będzie lipa” — przez sekundę miałem taką myśl. A jakbym przegrał ostatni finał mistrzostw Europy juniorów przez krwawiący nos, to chyba bym się załamał.
Co pozwoliło ci zachować spokój?
Dużo mi dają doświadczenia z walk.
Rok wcześniej stoczyłeś walkę, po której mówiono o skandalu. Sanzharow-Ali Baglijew z Kazachstanu zrzucał ci kask, bił po komendzie, szarpał się w klinczu. Nie pękłeś, ale też nie dałeś się sprowokować.
Na miejscu był ze mną oczywiście trener Patryk (Tkaczyk – trener klubowy Fabiana – dop. red.), czułem wsparcie. Wiedzieliśmy, że nie będzie to łatwa walka, ale pierwsza runda do zera, druga też wydawało mi się, że dla mnie. No ale w narożniku dostałem informację, że przegrałem. Zostają ostatnie trzy minuty. Albo pękniesz i do końca życia będziesz miał wyrzuty sumienia, że na mistrzostwach świata puściły ci nerwy, albo pomyślisz, że to, co było, to już przeszłość i spróbujesz to wygrać.
Uciekła taktyka, zaczęła się wojna. Mało czasu, nie za dużo myślisz. A ten Baglijew, który wcześniej wygrał kontrowersyjnie z mocnym Kubańczykiem, nie za bardzo chciał ze mną boksować. W drugiej rundzie dwa razy uderzył mnie po gongu, co prawdopodobnie policzyli mu jako ciosy znaczące. W trzeciej sędzia odjęła mu punkt. Zdaniem jednego z sędziów wygrałem tę odsłonę, czterech wskazało remis. Musieli zdecydować, kto był lepszy i przegrałem przez wskazanie.
Takie walki sprawiają, że zawodnik uczy się samego siebie?
Tak, zdecydowanie. Pamiętam, że kadetach, w półfinale mistrzostw świata, miałem podobną walkę z Niemcem. Tam też ostatnia runda decydowała i też była taka wojna — tylko wtedy na moją korzyść. Te dwie pojedynki pokazały mi, że poza tym, że mam fajne umiejętności, talencik, to w środku drzemie we mnie wola walki — że mam charakter, coś więcej niż talent.
Pokazałeś to w starciu z Gruzinem.
Zaraz po tym prostym złapałem go na kontrę i szybko zapomniałem o nosie.
Pierwsze co zrobiłem po walce, to zadzwoniłem do taty. Zdążyłem to zrobić jeszcze przed podium. Zapytał, jak się czuję.
– Tato, jestem mistrzem Europy. Jak mam się czuć? — mówię. I zaraz:
— A ty, jak się czujesz?
— Słuchaj, mam syna mistrza Europy. Jak ja mam się czuć?
Mówią, że to nowy Andrzej Gołota. „Nie chcę porównywać się do innych”
Ostatni raz bokser z Polski zdobył ten tytuł 39 lat temu. Dziennikarze od razu porównali cię do Andrzeja Gołoty. On też był postrachem jako junior. Był młodym pięściarzem, a dorośli mężczyźni bali się do niego wychodzić. Wspominaliśmy o tym.
To były inne czasy. Moim zdaniem dziś jest dużo więcej dobrych zawodników wśród młodzieży. No bo ilu było wtedy bardzo mocnych Polaków? Jeden, dwóch w wadze? Reszta była w ich cieniu. Teraz mamy sporo medalistów mistrzostw Europy, mistrzostw świata. Nie każdy z chłopaków ma złoto, ale dziś zaczyna się boksować wcześniej niż kiedyś. Przez długi czas było tak, że przyszli pięściarze pierwszy kontakt z boksem mieli w wieku szesnastu, siedemnastu lat. A mój brat Borys już od szóstego roku życia robi ze mną tarczę.
Ty bardziej od Gołoty podpatrujesz Stevensona, Crawforda, Usyka.
To są zawodnicy, którzy bardzo dużo myślą w ringu. No, to jaką grę Crawford zapodał „Canelo”, to był popis. Przyszedł z niższej kategorii, blokował niemal każdy cios rywala i oddawał mu właściwie w tym samym momencie. W tej walce były takie elementy, które chciałbym wprowadzić do swojego boksu. Tym bardziej do boksu w seniorach. Blok-oddanie, blok-oddanie. To mi się przyda, ale nie wszystko, co robią Stevenson, Crawford czy Usyk pasuje mi do stylu.
Nie za bardzo chcę porównywać się do nich, bo nie jestem nimi. Nie jestem Crawford i nie jestem Shakur. Ja jestem Fabian. I wiem, że jeżeli będę chciał powielać wszystko to, co robi mistrz, to mi to nie wyjdzie. To samo mówię Ksaweremu. „Ty nie będziesz boksował w stu procentach tak jak ja”. Widzę, że ma taki sam zakrok, schodzi pod prawą rękę i bije. Okej, to ma identyczne. Ale nie będzie takim samym zawodnikiem jak ja.
Oglądałem w tym tygodniu walkę Ksawerego — nisko opuszczone ręce, szybkie nogi.
Podoba mi się, że ma taką pewność siebie. Potrafi opuścić ręce i nic sobie z tego nie robi — nie boi się, nie trzęsie. Ja jestem nauczony, że boksuję tak, jak mi przeciwnik pozwala. Jeżeli widzę, że przeciwnik za bardzo mi nie zagraża, to potrafię opuścić ręce i unikać jego ciosów. No ale jeżeli boksuję w finale mistrzostw Europy, gdzie wiadomo, że przeciwnik to nie żaden gapa, to — szczególnie na początku – te ręce muszą być wysoko. I to trzeba mieć w głowie. Ksawery nie ma dużego doświadczenia i wszystkiego się jeszcze nauczy.
Ty masz czytelny styl. Kontrolujesz to, co dzieje się w ringu i nie marnujesz ciosów.
Mówię Ksaweremu, że boks to nie tylko bitka.
Jak się czujesz z bitką?
Do czasu walki z Niemcem i tej wojny w trzeciej rundzie, nie za bardzo wiedziałem, czy umiem się bić w półdystansie, bo zawsze ten dystans trzymałem. Ale już wiem, że potrafię. I będę chciał to pokazywać. Bo czasami trzeba będzie wyrwać zwycięstwo — jestem na to gotowy.
Uważam, że półdystans jest u mnie coraz lepszy i nie ukrywam, że niekiedy lubię się tam pobić. Mam takie „myki”, że nie dostaję, tylko biję. Wiem, że nie jest możliwe, żeby stojąc tak blisko, niczego nie przyjąć, ale będziemy się starali, żeby tak to właśnie wyglądało. Wiele osób, wchodząc ze mną do ringu, tylko się broni. Wiedzą, że dobrze kontruję, więc nie lecą z ciosami, stoją w gardzie. Zamiast się męczyć, bijąc na gardę, będę próbował ich w jakiś fajny sposób oszukać.
Z Ksawerym boksujecie podobnie, ale już z Aleksem rozjechały wam się style. On — jak na swoją wagę — jest całkiem wysoki, walczy na dystans.
Tak naprawdę zawsze inaczej boksował – włączał nogi, dużo się cofał. Ja bardziej stawiałem na stanie w ringu i „konterki”. Byłem uczony, żeby nie oddawać za dużo pola. No i przede wszystkim on walczy z pozycji normalnej. Ja jestem mańkutem.
Czy bycie mańkutem to błogosławieństwo w boksie? Bo jest się niewygodnym dla rywali. Czy przekleństwo? Krąży opinia, że mańkuci gubią się w obronie. Mają odsłoniętą wątrobę i łatwo ich trafić.
Ja boksuję tak od dzieciaka i uważam, że mi to służy. Trening z normalnej pozycji też dobrze mi wychodzi — działamy z trenerami, żeby podszlifować klasyczne ustawienie i czasami lubię tak poboksować. No ale jeżeli ktoś uważa, że mańkut ma problemy z defensywą… Zapraszam na sparing. Niech boksuje ze mną do przodu – zmieni zdanie.
„Człowieku, nie dasz rady, tam będą tacy duzi…” No i zdobył złoto
Rośniesz jeszcze?
Na pewno rosnę.
Aleks został w jednej kategorii wagowej. Ty je zmieniasz.
Aleks ma 182 cm wzrostu, ja 179-180 — coś takiego. On jest chudszy, ja bardziej zbity. Jestem wdzięczny trenerom, że nigdy nie kazali mi zrzucać wielu kilogramów. Zbijanie wagi potrafi popsuć młodych zawodników – jeżeli się katują i robią tej wagi za dużo.
Ja, patrząc od młodzika, co rok zmieniałem wagę. Na mistrzostwach świata kadetów boksowałem w 70. Jak wróciłem na salę, to ważyłem 77-78. „Nie, nie zbijasz tego, nie ma opcji — idziesz w 75” — usłyszałem. „Nieee, za mały jesteś na tę kategorię wagową” — mówili koledzy, znajomi. To samo było przed mistrzostwami, kiedy zmieniłem kategorię z 66 na 70. Jechałem na turniej, a wkoło: „Człowieku, nie dasz rady, tam będą tacy duzi…”. Myślałem o tym, ale dobra, to przecież moja decyzja. No i zdobyłem złoto. A potem kolejne.
O Usyku też mówili, że jest za mały na ciężką, a zunifikował pasy.
Jak zmieniłem kategorię na 80, to nikt się nie odzywał. Po prostu wszyscy już wiedzieli, że sobie poradzę.
Twoja pewność siebie mi imponuje, bo nie jest udawana. Co pozwoliło ci utrzymać ją w momencie kryzysu? Ciągłość pracy?
To na pewno. Gdy rzadko kiedy przegrywasz, porażka jest dla ciebie bardzo bolesnym ciosem. Ja nie chcę przegrywać. Uważam, że jestem na takim stopniu zaawansowania, że jeżeli wszystko wypali, to potrafię wygrać z każdym. Ale jeżeli będziesz wychodził do zawodnika z myślą, że nikt cię nie pokona, to w walce możesz się spalić. Musiałem sobie uświadomić, że nie mogę bać się przegrać. Jeżeli boisz się przegranej, no to jak ty chcesz wejść do ringu, gdzie dzieją się przecież różne rzeczy?
Dzisiaj wiem, że może się zdarzyć tak, że to nie moja ręka powędruje w górę. Chcę dawać z siebie wszystko, żeby wygrać. A jednocześnie nie boję się przegranej. Bo boks to taki sport, w którym się po prostu czasami przegrywa. Jeżeli chcę wiązać przyszłość z boksem, to muszę zdawać sobie z tego sprawę, brać pod uwagę różne scenariusze.
Szczególnie że przechodzisz do seniorów.
Wszyscy mówią: „Teraz będzie na nim duża presja, bo jest mistrzem Europy”. Ale ja nie czuję kompleksów. Potrafię czytać rywali, dostosować taktykę pod walkę. To wynik nie tylko predyspozycji, ale w dużej mierze treningu. Wiadomo, że kiedy jesteś w ringu, to cios nie idzie przez parę sekund. To jest moment, za dużo nie myślisz. „O, zrobię teraz unik”. Nie, to idzie z automatu. Ja potrafię reagować błyskawicznie — to właśnie nazywam czutką.
Patrząc na sposób, w jaki wygrałeś mistrzostwa Europy, to i poziom juniora przerosłeś. Co dalej?
Cieszę się z tego, że mam mistrza Europy, ale trzeba patrzeć w przód. To nie tak, że teraz będę imprezował. Choć nie uważam, że potańczenie ze znajomymi to coś złego — o ile umiesz się bawić. Jeżeli jesteś przemęczony po zawodach, poza okresem przygotowawczym, to fajnie trochę puścić hamulec. Natomiast nie można zatrzymać się w tym samym miejscu. Ja po mistrzostwach chwilę odpocząłem. No i poszedłem na siłownię.
Maciej Miszkiń już po walce z Baglijewem stwierdził, że w ringu nie brakuje ci inteligencji i sprytu. W walkach realizujesz swój plan, wyprzedzasz rywali — ich myśli, ruchy. Masz czym ich zatrzymać, a przynajmniej wzbudzić w nich chwilę zawahania, zwątpienia, co sprawia, że zastanawiają się nad tym, co robią, a ty w tym czasie ustawiasz walkę pod siebie. Gdzie widzisz swoje deficyty?
Na pewno trzeba wzmocnić się fizycznie. Tężyzna fizyczna to pierwsza rzecz, którą chcę poprawić — i tu zareagowaliśmy od razu z trenerami. Już rok temu ćwiczyłem z ciężarem, rozpisywaliśmy sobie różne rzeczy. Podchodzę do tego poważnie, bo wiadomo, że w seniorach pomiędzy osiemnasto- a trzydziestolatkiem fizycznie może być przepaść.
Od małolata mówili mu, że najważniejsza jest szybkość
Wydaje mi się, że w seniorskim boksie dużo osób będzie chciało zepchnąć mnie pod liny, łapać — muszę być na to przygotowany. W tym momencie nie mam przejmować się boksem, tylko zbudować się fizycznie. Dlatego ćwiczę dużo z ciężarem, ale w mądry sposób. Chodzi o to, żebym był silny, nie żebym był klocek. W seniorach na pewno zacznę w 80 kilo, bo dużo do tej wagi nie zbijam. To waga olimpijska i chcemy się jej trzymać. Gdzie skończę? To temat do obgadania z trenerami, tego nie wiemy.
Od małolata tata i trenerzy mówili mi, że najważniejsza w boksie jest szybkość, są nogi. Wiem, że nie mam jakichś bardzo dobrych warunków. Są wyżsi ode mnie, silniejsi, ale to nie siła wygrywa. Można skorzystać z siły rywala, z jego rozmiarów, wyprowadzić kontrę i go skończyć — to mnie jara.
Jak chcesz wejść w wiek seniora?
Podobnie jak z siłownią, chcemy zrobić to mądrze. Jakbyśmy się uparli, to jeszcze w 2025 mógłbym boksować na mistrzostwach Polski seniorów. Ale po co jechać na takie mistrzostwa bez formy?
Oglądasz walki twoich potencjalnych rywali do miejsca w kadrze?
Oglądam walki braci, zerkam na kolegów. Na razie nie zastanawiam się nad tym, z kim będę boksował w seniorach.
W kategorii półciężkiej w kadrze rywalizują Nikodem Kozak z Michałem Pierzchałą. A w lidze najlepsi są niepokonany Petro Lakotskyi i Vitalij Walter z Knurowa.
Sparowałem z Lakotskyim. Robił wtedy bardzo dużo rund, bo szykował się do walki zawodowej. Wszedłem na ostatnie rundy i radziłem sobie. Może nie trafił jeszcze na kogoś naprawdę mocnego w lidze? Myślę, że zawodnicy się go po prostu boją, nie wychodzą do ringu jak zwycięzcy. Gdybym ja spotkał się z nim między linami, to na pewno nie dałbym mu tyle respektu co oni. Wyszedłbym jak do każdej walki i wierzę w to, że na spokojnie bym wygrał.
W półfinale mistrzostw Europy boksowałeś z niepokonanym na zawodowstwie Sandorem Varadim – Węgrem, który ma pas młodzieżowego mistrza.
Ta walka nieco udowodniła. Pamiętam, że podczas rozgrzewki gościu robił cuda na tarczy. „O Jezu, jak on bije” — można by pomyśleć. Niejeden podpatrywałby, jaką mają taktykę z trenerem — bo wszyscy rozgrzewamy się w tym samym miejscu. No ale tarcza nie oddaje. W ringu Węgier nie za bardzo miał atuty, żeby cokolwiek zrobić.
Mówi się, że z sukcesów juniorskich nie ma co wyciągać daleko idących wniosków, że boks seniorski to przeskok — coś zupełnie innego.
Mnie mówili też, że kadet bardzo różni się od juniora. A ja zdobyłem mistrza i tu, i tu. Jak zdobyłem mistrza kadetów, to były komentarze, żeby teraz nie uderzyła mi sodówa, żebym ciężej trenował. Woda sodowa — ja nie za bardzo rozumiem te słowa. To znaczy, nie wiem, co musiałoby się stać, żeby mi odbiło. No i jak mogłoby mi odbić?
Uważam, że życie na sali treningowej łączy się z moim życiem poza treningami. Potrafię się dobrze bawić na sali, wygłupiać się, żartować, ale kiedy przychodzą mocniejsze treningi i trzeba zacisnąć zęby, to wtedy jest sto procent skupienia. Ja wiem, po co to robię — muszę się rozwijać i na pewno się rozwijam.
Wiesz, fajnie jest wyjść z koleżkami na imprezkę, „poczilować”. Ale to, co mogłoby dziać się poza salą treningową, poza szkołą schodzi na drugi plan, blednie, jeżeli wiesz co przed tobą i jakie pokonałeś przeszkody. Dla mnie ważny jest boks – bo to większość mojego życia.
Problem w tym, że w XXI wieku pojedyncze sukcesy młodzików, kadetów, juniorów mieliśmy. Nawet w ostatnich latach: Maciej Marchel, Jakub Straszewski, teraz Mateusz Urban z twojego klubu. Ale na medal olimpijski w boksie mężczyzn czekamy od 1992 roku.
Zdaję sobie sprawę, że teraz czeka mnie kolosalnie ciężkie przejście i właśnie dlatego chcemy się na to przygotować. Tak jak przygotowaliśmy się mocno na juniora.
W boks seniorski wkraczamy z dużymi nadziejami. Motywuje mnie to boksowanie bez kasków. Uważam, że walka w kaskach nie działa na moją korzyść, bo jestem zawodnikiem, który bije celnie i mało przyjmuje. W seniorach rywale będą odczuwać moje ciosy. Będzie też większe ryzyko, ale ja chcę jak najwięcej wyzwań.
Cel: medal w Los Angeles. Najlepiej złoto
Tego brakowało mi w ostatnich latach w Polsce. W tym 2025, poza mistrzostwami Polski, nie byłem tutaj na żadnym turnieju. Szukaliśmy walk za granicą, wystąpiłem na gali Suzuki. Jak masz tyle osiągnięć, to prawie nikt nie chce z tobą boksować. A jeżeli nie masz konkurencji, no to nie walczysz na sto procent swoich możliwości, brakuje ci takiego zażarcia. Szukasz czegoś więcej. Wiem, że wejście do seniorów nie jest łatwe, ale strasznie chcę spróbować seniorskiego boksu. Dzięki temu czuję motywację, nie mogę się doczekać. Jeżeli zrobimy to odpowiedzialnie, jeżeli zachowam skupienie, to jeszcze raz wszystkich zaskoczę.
Trenujesz w bardzo dobrym klubie. Nie jeździcie na sparingi, to do was przyjeżdżają. Na sali masz zawodowych pięściarzy, pomagasz ligowcom. Możesz na ich tle zweryfikować swoje aspiracje.
Bywało, że robiłem pełen dystans, 10 rund, z Karolem Welterem czy Sebastianem Wiktorzakiem. To mnie umacnia, ale też wiem, że w takim wymiarze nie sparujemy na sto procent. Co innego, kiedy są blisko walki. Wtedy wchodzę na dwie, trzy rundy w środku sparingu i daję z siebie wszystko. Jeżeli oni są zmęczeni, a ja wchodzę świeży, no to ich biję. Nie bujam się później, tylko zbijam piąteczkę. Nie ma czegoś takiego, że idę i powtarzam: „Widziałeś, co z nim zrobiłem?”. O, to byłaby właśnie woda sodowa — gdybym zamiast pomóc w przygotowaniach, chciał im coś na siłę udowodnić. Nie jest tak. Czasami jest wręcz odwrotnie.
Przyjeżdża jakiś zawodowiec, senior i chce mi pokazać, że nie będę go tak po prostu okładał. Nie ma myślenia: „O, dzieciak, będę go pykał”. Widzę w oczach tych gości, że wiedzą kim jestem i nie wychodzą ze mną na luzie. To na pewno jest motywujące, że też próbują mi coś udowodnić. Tak jak to, że dajesz sobie radę z 10-12 lat starszym zawodnikiem, który waży na co dzień tyle co ty i który ma w boksie zawodowym swój prime, a nie jest jakoś zauważalnie mocniejszy od ciebie. To zostaje z tyłu głowy.
Myślisz, że już w pierwszym roku seniora będziesz puszczany na najlepszych zawodników w lidze?
Bardzo bym chciał i uważam, że jestem na to gotowy. Dużo jednak zależy od moich trenerów, którzy są bardziej doświadczeni i mądrzejsi ode mnie — oni mnie stopują. W styczniu rozpoczniemy sezon i zaczniemy rozmawiać, co będzie dla mnie najlepsze. Ja chciałbym jechać już na najbliższe mistrzostwa świata. Mam tylko trzy lata, żeby zapewnić sobie jedynkę w kadrze przed igrzyskami.
Trenera kadry seniorów, Grzegorza Proksę, znasz?
Rozmawialiśmy chwilę na Legii, na lidze. Napisał mi też gratulacje po mistrzostwach Europy. Nie mamy jeszcze jakiegoś super kontaktu. Ale mam nadzieję, że się zobaczymy na kadrze.
Mówisz, że nie obawiasz się bycia seniorem. Że za trzy lata igrzyska, a tam jadą tylko seniorzy.
Olimpiada w Los Angeles jest cały czas w naszych planach. Już oficjalnie potwierdzono, że będzie na niej boks.
Kiedy dziennikarze pytają cię o wiek seniora, ty od razu mówisz o Los Angeles — czym wprawiasz ich w zdumienie.
To jest trochę wybieganie w przyszłość, nie mówię o tym często, ale w planie mam nie tylko lecieć do Los Angeles, ale zdobyć tam złoto. Słuchaj, po coś trenuję. Trenuję po to, żeby zrobić coś wielkiego, to mój życiowy cel, czekam na to. A złoty medal olimpijski w męskim boksie to byłby wielki sukces. Długo czegoś takiego nie było.
Ja ci przypomnę, od kiedy. Ostatni polski złoty medalista olimpijski to Jerzy Rybicki. Sięgnął po tytuł w 1976 roku na igrzyskach w Montrealu. Rozmawiałem z panem Jerzym. Życzy ci, żebyś stanął na podium olimpijskim. „To wielkie wyróżnienie” — mówi. „Praca, praca i jeszcze raz praca. A wtedy szczęście przyjdzie do ciebie samo”.
Naprawdę świetnie słyszeć takie słowa od takich ludzi. To daje siłę.
Kiedy Jerzy Rybicki trafił na salę, był tam wicemistrz olimpijski Tadeusz Walasek, zgrupowania kadry juniorów przychodził obejrzeć emerytowany Feliks Stamm. W tamtych czasach przekazywanie wiedzy było na porządku dziennym, stąd ciągłość sukcesów. Potem pojawił się w Polsce boks zawodowy, który najpierw dawał drugie życie utytułowanym amatorom, ale z czasem zaczął być konkurencją dla coraz słabszego Polskiego Związku Bokserskiego. Ludzie boksu amatorskiego żalili się, że promotorzy podbierają państwu najbardziej utalentowanych zawodników. Pułkownik Rybicki, kiedy został prezesem związku, mówił: „Niech standardem będzie, żeby przed przejściem na zawodowstwo, zawodnik zdobył medal w ważnej imprezie”.
Ja uważam, że boks olimpijski a zawodowy to są dwa inne sporty. Boksując w boksie olimpijskim masz – powiedzmy – pięć-sześć walk na turnieju i możesz je stoczyć w jednym tygodniu. A w boksie zawodowym znasz zawodnika od — przyjmijmy — dwóch-trzech miesięcy i przygotowujesz się tylko na niego.
O ile jesteś stroną A…
Przechodząc do boksu zawodowego, na pewno będę miał w pamięci to, jak potraktowali tatę. Rozmawiałem z nim o tym. Odpowiadał w jednym zdaniu, ale wiem, jak było. Patrząc na karierę taty, bardzo bym uważał. Ale wiem też, że jestem zupełnie innym zawodnikiem, że nie ma w Polsce pięściarza, który miałby takie osiągi jako junior. Wchodząc w boks zawodowy, miałbym inny start. Sam się na nim jeszcze nie zawiodłem.
Igrzyska w Los Angeles, a potem wielkie hale i duże pieniądze
Gdybyś przeszedł do boksu zawodowego już teraz, nie byłbyś najmłodszym zawodowcem w historii. Kewin Gruchała miał 17 lat, kiedy zaliczył zawodowy debiut, Saul „Canelo” Alvarez — 15.
Lubię wyjścia z muzyczką, światła. Lubię bawić się boksem — kiedy ludzi klaszczą, to fajnie się czuję. Uważam, że boks zawodowy jest ciekawszy niż olimpijski, bardziej mnie jara. Wielkie hale, duże pieniądze, kibice — chciałbym w to iść.
Odzywał się do ciebie ktoś z boksu zawodowego?
Odzywali się, tak. Mówili, żebym w razie czego, jakbym przechodził na zawodowstwo, dał znać. Nie wiem, co przydarzy się w życiu, ale wydaje mi się, że to odległy temat. Boks olimpijski i boks zawodowy różnią się od siebie tak bardzo, że nie chciałbym tego łączyć. Więcej rund, mniejsze, twardsze rękawice. Jeżeli idziesz na zawodowstwo i boksujesz po 8-10 rund, to przechodząc z powrotem na trzy rundy nie zaboksujesz już tak samo. Sorry, ale to niemożliwe.
Jeżeli więc celuję w medal olimpijski, to muszę w stu procentach zostać w boksie olimpijskich. Ten pierwszy medal od lat dla mężczyzn to coś, na czym teraz najbardziej mi zależy. Juniorka to już przeszłość. Trzeba skupić się na teraźniejszości, która może zdecydować o tym, w jakiej pozycji będę kiedyś w boksie zawodowym.
W którym miejscu swojej sportowej drogi jesteś?
Uważam, że na początku. Okej, teraz jest o mnie głośno. Pierwszy od 39 lat mistrz Europy, pierwszy w historii mistrz świata kadetów — fajnie. Ale jak zdobędę mistrza olimpijskiego, to to wszystko nie będzie miało znaczenia. No bo kim jest mistrz juniorów przy mistrzu olimpijskim? Ja myślę o najwyższych celach, a to, co jest po drodze, tylko pokazuje mi, że jestem bardzo mocny i idę w dobrą stronę. Nie uważam tego za jakieś nie wiadomo co. To nie jest mój sufit, to ma mi pomóc.
Pomóc w czym?
W osiąganiu tych największych celów.
Gdy spotkamy się za 20 lat, w jakim miejscu kariery będziesz?
Myślę, że 38 lat to dobry wiek, żeby być niekwestionowanym mistrzem. Potem już najlepsze lata masz w boksie za sobą. Mam nadzieję, że za 20 lat będę już po największych walkach.
Chcę być mistrzem olimpijskim, a potem niekwestionowanym mistrzem świata w boksie zawodowym. Zrobić to, co zrobili Usyk i Crawford. Nie chcę być jednym z wielu, chcę być tym jednym jedynym. Nie wszystkich mistrzów się pamięta. Ja chcę, żeby mnie w tym boksie zapamiętali.
A wiem, że lubisz dotrzymywać słowa. Trenerowi Kochanowskiemu obiecałeś tytuł w juniorach.
Jezu, my rozmawialiśmy chyba przez dwa lata o tym, że brakuje mu złotego medalu mistrzostw Europy do kolekcji. „Trener, ja dla ciebie to zrobię” — mówiłem mu co trening. Uważam, że w ten sposób przygotowywałem głowę do tego, że jestem w stanie zdobyć to złoto. „Obiecuję, zdobędę je, zostawię trenerowi i dopiero wtedy odejdę”.
Trenerowi zakręciła się w oku łezka, gdy odchodziłeś z kadry juniorów. Ale już nie jest mu przykro, ma kolejnego Urbańskiego. Dwa tygodnie temu walczyłeś o złoto, dzisiaj o tytuł mierzy się Ksawery.
Niedawno wróciłem z mistrzostw, chciałem odpocząć sobie psychicznie i nadrobić szkołę. A nie mogę — walkami braci stresuje się bardziej niż swoimi. A Ksawery jest młodszy.
Walczy za godzinę.
Wczoraj w półfinale, jak ja, wygrał z mocnym Węgrem. Denerwowałem się, bo chłopak szedł do przodu. Ale Ksawery… No, jest strasznie ostry. Czuję, że ma po mnie pewność siebie. Kiedy patrzę, jak boksuje, widzę małego siebie. Tylko że ja na młodzikach byłem troszkę słabszy.
Wtedy w Polsce można było boksować dopiero po skończeniu 14. roku życia. Tyle lat ma Ksawery, a już rok temu był na mistrzostwach Polski. Byłem od niego starszy, kiedy trafiłem do szkoły sportowej. Wtedy w Centrum Mistrzostwa Sportowego, profil bokserski był od siódmej klasy, teraz jest od czwartej. Ksawery przeszedł szybciej, teraz doszedł do mnie do internatu. Wierzę w niego. Wierzę, że będzie lepszy ode mnie. Naprawdę.
Ksawery Urbański został wicemistrzem Europy. W listopadzie wystąpił na gali z dwoma starszymi braćmi. Fabian Urbański swoją walkę, ze srebrnym medalistą ME z wyższej kategorii wagowej, wygrał efektownie — symulując uderzenie na górę w półdystansie, zbił prawą rękę przeciwnika, po czym zdzielił go na wątrobę. Przed czasem wygrał też swój seniorski debiut. W lidze poradził sobie najpierw z 22-, a następnie 24-latkiem. Po juniorskich mistrzostwach Europy 18-latek stoczył w sumie 4 walki. W każdej był górą, mimo że szczyt formy miał już za sobą.