Odzwyczailiśmy się od mrozu i śniegu. Podobnie nasze środowisko, które srogiej zimy i śniegu potrzebują do odbudowy swoich zasobów wód podziemnych, zasilenia rzek i zwiększenia wilgotności ziemi w okresie wegetacyjnym.

— Trwająca zima nie należy do ekstremalnych, to nie zima stulecia, ale po prostu taka, jaka jeszcze kilkanaście lat temu była w Polsce normalnością. Niestety coraz rzadziej obserwujemy takie warunki w naszym kraju — wskazuje Sikora-Le.

— Idealna sytuacja to utrzymanie się pokrywy przez minimum miesiąc. Wtedy mówimy o prawidłowej retencji śniegowej, czyli zatrzymywaniu wody w postaci śniegu i oddawaniu jej do gleby, kiedy środowisko potrzebuje jej najbardziej, czyli na wiosnę — dodaje ekspert.

Jego zdaniem obecna sytuacja może napawać nas optymizmem. Ale jest za wcześnie, żeby mówić o tym, jaki będzie miało to wpływ na sytuację hydrologiczną latem.

— Nasze pięciodniowe prognozy pokazują, że mróz utrzyma się do połowy przyszłego tygodnia. Ale w czwartek (15 stycznia) modele tracą jednoznaczność. Jedne z nich pokazują temperaturę w okolicach zera, inne sugerują ocieplenie do 2-3 stopni Celsjusza — przypomina.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Czy tegoroczny śnieg może zatrzymać suszę?

Jakie są prognozy dotyczące utrzymania mrozu?

Dlaczego brak śniegu zimą powoduje suszę latem?

Jakie były przyczyny niskich stanów wody w Wiśle latem zeszłego roku?

Brak śniegu zimą to susza latem

— W ostatnich latach obserwujemy utrzymującą się suszę hydrologiczną w Polsce. Jest to zjawisko ciągnące się z sezonu na sezon, w dodatku każdy kolejny okres suszy wpływa na następne cykle. Jedna porządna zima nie jest w stanie pomóc. Wydaje się, że to, co dziś obserwujemy, jest zwiastunem dobrego startu w okres letni, który daje szansę na odbudowanie zasobów wodnych — mówi synoptyk.

— Najlepiej, żeby klimat przestał nam wariować i wszystkie zimy zrobiły się zimne i śnieżne, ale to trudne — dodaje.

Na początku 2025 r. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej ostrzegał,, że sytuacja hydrologiczna związana z suszą w kraju stała się dramatyczna. Przyczyną były wysokie temperatury utrzymujące się w grudniu i styczniu oraz brak opadów śniegu.

— Rok temu przeżywaliśmy mało śnieżną zimę. Dlatego już w marcu i kwietniu, kiedy zaczynał się okres wegetacyjny roślin, obserwowaliśmy niedobór wilgotności w glebie. To wszystko spowodowane było brakiem „zastrzyku” wody z topniejącego śniegu — dodaje hydrolog.

Efektem tego były rekordowo niskie stany wody w Wiśle odnotowane zeszłym latem. Na warszawskiej stacji Warszawa-Bulwary poziom spadł do zaledwie 15 cm, co było najniższym poziomem zanotowanym w tym miejscu od początku prowadzenia pomiarów.

„Dziś wszystko się przesunęło”

— Teoretycznie największe wezbrania rzek w Polsce przypadają na okres topnienia śniegów. Niestety przez ostatnie lata praktycznie w ogóle nie mieliśmy roztopowego zasilania rzek, co bezpośrednio przekładało się duże susze w okresie letnim — mówi Michał Sikora-Le.

Synoptyk przypomina, że jeszcze w XX wieku w Polsce najwięcej powodzi było powodziami roztopowymi. Również historycznie w okresach wiosennych notowano najwyższe stany rzek.

— Dziś wszystko się przesunęło. Powodzie nawiedzają nasz kraj w okresie letnim, wtedy też rzeki osiągają swoje najwyższe stany, które mają charakter opadowy, bardzo gwałtowny i wezbraniowy — podsumowuje.