Prezydent Trump ocenił swoje spotkanie z Xi 30 października na „12 na 10”. Biały Dom wymienił listę środków, na które miały zgodzić się strony, by złagodzić trwającą wojnę handlową. Kluczowe było wznowienie chińskich zakupów amerykańskich produktów rolnych, takich jak soja, oraz zniesienie przez Pekin ograniczeń w eksporcie kluczowych minerałów. W zamian USA zgodziły się przedłużyć zawieszenie wysokich, ponad 100-procentowych ceł na towary z Chin. Jednak w oświadczeniu chińskiego ministerstwa handlu nie potwierdzono tych zobowiązań — choć wspomniano w nim o amerykańskiej pauzie celnej.

Pod koniec października Jamieson Greer, przedstawiciel USA do spraw handlu (USTR), poinformował dziennikarzy, że negocjatorzy „zmierzają do finalizacji szczegółów” porozumienia. Kilka tygodni później sekretarz skarbu Scott Bessent powiedział, że administracja liczy na dopięcie zapisów dotyczących metali ziem rzadkich do Święta Dziękczynienia. Termin ten minął jednak bez publikacji jakiegokolwiek tekstu czy oficjalnej deklaracji.

Brak pisemnych, potwierdzonych przez obie strony warunków pozwala zarówno administracji Trumpa, jak i rządowi Chin na elastyczność w realizacji zawieszenia wojny handlowej. Krytycy podkreślają jednak, że takie rozwiązanie pozostawia miejsce na rozbieżne interpretacje zobowiązań — a to z kolei grozi kolejnymi konfliktami w przyszłości.

Brak szeroko zakrojonego porozumienia USA i Chin oznacza, że kroki, które wzburzyły relacje handlowe w 2025 r. (wzajemne podwyżki ceł, ograniczenia eksportowe kluczowych produktów, celowane blokady importu), mogą stać się zapalnikami nowego zamieszania gospodarczego w nadchodzącym roku. — To nie jest skomplikowane — mówi Cameron Johnson, starszy partner w szanghajskiej firmie doradczej Tidalwave Solutions. — Chińczycy mogą celowo przeciągać sprawę, ale to podstawy dyplomacji: na co się umówiliśmy i jaki jest termin realizacji?

Eksperci zauważają też, że taki stan rzeczy nie wróży dobrze ogólnej przebudowie relacji handlowych między dwiema największymi gospodarkami świata, jaką Trump obiecywał na początku swojej kadencji. Prezydent przedstawia zbliżającą się wizytę w Pekinie w kwietniu jako kolejny etap rozmów.

— Jeśli nie potrafią dojść do porozumienia choćby w kwestiach ujętych w amerykańskim pliku informacyjnym czy co do ogólnych ram zobowiązań, pojawia się pytanie, jak głębokie jest faktyczne wzajemne zrozumienie co do dalszych działań — mówi Greta Peisch, partnerka w kancelarii Wiley Rein w Waszyngtonie i była główna radczyni Biura Przedstawiciela Handlowego USA za prezydentury Joego Bidena.

Mimo to Biały Dom pozostaje optymistyczny co do przyszłości relacji handlowych USA i Chin. „Bliska relacja prezydenta Trumpa z przewodniczącym Xi pomaga obu krajom kontynuować postęp i rozwiązywać pozostające do uregulowania kwestie” — napisano w oświadczeniu Białego Domu, dodając, że administracja „nadal monitoruje przestrzeganie przez Chiny postanowień naszej umowy handlowej”.

Przedstawiciel USTR wskazał na wcześniejsze komunikaty określające oczekiwania administracji wobec Chin. Departament Skarbu nie odpowiedział na prośbę o komentarz.

Sojusznicy prezydenta argumentują, że brak pisemnego porozumienia po październikowych rozmowach to nie porażka, lecz element strategii Trumpa, który daje obu stronom elastyczność w łagodzeniu napięć, bez ryzyka sporów o szczegóły.

— Chińczycy nie chcą jednoznacznej, wiążącej umowy, a Trumpowi w pewnych aspektach to nawet na rękę, zakładając, że będą się wywiązywać z ustnych zobowiązań — mówi Wilbur Ross, który był sekretarzem handlu podczas pierwszej kadencji Trumpa.

„Przedsiębiorcy nie mają pewności, jak będzie wyglądała przyszłość”

Jednak już pojawiają się oznaki nieporozumień. Plik informacyjny Białego Domu z 1 listopada mówił, że Chiny zobowiązały się zakupić 12 mln ton amerykańskiej soi do końca 2025 r. Oświadczenie chińskiego ministerstwa handlu mówiło jedynie o „poszerzaniu handlu produktami rolnymi”, bez konkretnej ilości.

Uprawa soi. Zdjęcie ilustracyjneFotokostic / Shutterstock

Uprawa soi. Zdjęcie ilustracyjne

Pekin faktycznie wznowił zakupy amerykańskiej soi, sięgając od końca października co najmniej 4 mln ton. To jednak wciąż daleko od obiecanego celu na 2025 r. Greer tłumaczył senatorom w ubiegłym miesiącu, że rozbieżność wynika z innego zakresu czasowego: początkowe zakupy miały dotyczyć obecnego sezonu zbiorów, a nie jednego roku kalendarzowego.

Rzecznik ambasady Chin Liu Pengyu odmówił komentarza na temat tego, czy Chiny wywiążą się ze zobowiązań dotyczących zakupu soi.

Tymczasem amerykańscy farmerzy obawiają się, że zobowiązania zakupowe Chin są kruche i mogą nie zostać spełnione, jeśli dojdzie do nowego zaostrzenia relacji handlowych. Brak przejrzystości porozumienia uderza też w branże uzależnione od chińskich dostaw magnesów z metali ziem rzadkich. Surowce te są niezbędne do produkcji wszystkiego — od pralek i iPhone’ów po sprzęt medyczny. Kiedy w październiku Chiny ogłosiły szerokie nowe ograniczenia eksportowe, w światowych łańcuchach dostaw zrobiło się nieciekawie.

Biały Dom przekonuje, że Chiny zgodziły się utrzymać eksport metali ziem rzadkich i magnesów, lecz firmy twierdzą, że dostawy są nadal ograniczane przez system licencji i pozostają nieprzewidywalne. — Łańcuchy dostaw zwalniają, a pewne inwestycje, które mogłyby być realizowane, nie są podejmowane, bo przedsiębiorcy nie mają pewności, jak będzie wyglądała przyszłość — mówi Johnson.

Trump dał Chińczykom palec, mogą wziąć całą rękę

Tymczasem USA wciąż oferują Pekinowi kolejne ustępstwa. 8 grudnia Trump ogłosił, że Nvidia będzie mogła sprzedawać w Chinach swój zaawansowany układ sztucznej inteligencji H200 — mimo obaw, że taki ruch może dać Pekinowi przewagę technologiczną kosztem USA. Ze strony Chin nie pojawiły się jednak sygnały o wzajemnych ustępstwach.

To wywołało ostrzeżenia ze strony ekspertów do spraw bezpieczeństwa narodowego, że Pekin poczuje się zachęcony do żądania zniesienia podobnych ograniczeń wobec nowoczesnych technologii w przyszłych negocjacjach handlowych.

Donald Trump ogłasza cła podczas "Dnia Wyzwolenia". Waszyngton, 2 kwietnia 2025 r. PAP/EPA/KENT NISHIMURA / POOL / PAP

Donald Trump ogłasza cła podczas „Dnia Wyzwolenia”. Waszyngton, 2 kwietnia 2025 r.

— Prezydent Trump przejął bezpośrednią kontrolę nad polityką wobec Chin w stopniu, jakiego nie widzieliśmy w jego pierwszej kadencji, więc widzimy teraz wyraźniej jego własne podejście transakcyjne, a nie nacisk na kwestie bezpieczeństwa narodowego — mówi Christopher Adams, były koordynator do spraw Chin w Departamencie Skarbu, obecnie starszy doradca w kancelarii Covington and Burling.

Taka sytuacja — jak zauważa Peter Harrell, były dyrektor do spraw gospodarki międzynarodowej w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego Bidena — może też zniechęcić Pekin do podejmowania ambitniejszych celów w relacjach handlowych z USA czy do spisywania przyszłych ustaleń na papierze.

— Chińczycy wiedzą, że dopóki spełnią minimum oczekiwań dotyczących soi i eksportu metali ziem rzadkich, nie będą poddawani dużej presji, by podpisywać szczegółowe teksty umów — twierdzi Harrell.

To znacznie poniżej poprzeczki, którą obiecywała administracja, startując w kwietniu z kampanią ceł w ramach „Dnia Wyzwolenia”. Bessent przewidywał, że presja wysokich, „wzajemnych” ceł Trumpa zmusi Chiny do odejścia od modelu gospodarki napędzanej eksportem. W tym samym miesiącu Trump przewidywał, że Pekin będzie chciał jak najszybciej negocjować warunki handlu, by nie zostać odciętym od rynku USA. W rezultacie pojawiła się spirala kolejnych podwyżek ceł, w pewnym momencie sięgających ponad 100 proc., oraz wzajemne wykorzystanie ograniczeń eksportowych, wymierzonych w kluczowe słabości drugiej strony. Aż w październiku Trump i Xi ogłosili „zawieszenie broni”.

— Ostatecznie zgodziliśmy się na bardzo ograniczoną umowę dwustronną, bez szerokiego dostępu do rynku czy reform strukturalnych mających rozwiązać problem nieuczciwej konkurencji czy nadwyżek produkcyjnych Chin — podsumowuje Barbara Weisel, była negocjatorka umów handlowych, obecnie związana z think tankiem Carnegie Endowment for International Peace.