Zapytany, czy istnieją jakieś ograniczenia jego władzy w podejmowaniu decyzji dotyczących innych krajów niż USA, Trump powiedział dziennikarzom „New York Timesa”:
Tak, jest jedna rzecz. Moja własna moralność. Mój własny umysł. To jedyna rzecz, która może mnie powstrzymać.
Zapytany, czy takim ograniczeniem jest prawo międzynarodowe, Trump odparł:
Nie potrzebuję prawa międzynarodowego. Nie chcę krzywdzić ludzi.
Dziennikarze dociekali, czy rząd USA musi przestrzegać prawa międzynarodowego. Trump odparł, że tak, ale że to on, jako prezydent, będzie decydował, czy i jak przepisy prawa międzynarodowego ograniczają decyzje Ameryki.
To zależy od tego, jak definiujesz prawo międzynarodowe
— dodał prezydent USA.
W tym samym wywiadzie Trump opowiada również o tym, dlaczego nie wystarczy mu, że Grenlandia należy do bardzo bliskiego i długoletniego sojusznika USA:
Własność jest bardzo ważna. (…) Uważam, że jest to psychicznie niezbędne do osiągnięcia sukcesu. Myślę, że własność daje ci coś, czego nie możesz uzyskać, niezależnie od tego, czy mówimy o dzierżawie, czy o traktacie. Własność daje ci rzeczy i elementy, których nie można uzyskać poprzez samo podpisanie dokumentu.
Ktoś mógłby pomyśleć, że głowa mocarstwa nuklearnego nie mówi o chęci zajęcia siłą (co przyznał jeden z najważniejszych urzędników Białego Domu) części terytorium innego, zaprzyjaźnionego kraju, lecz o kupowaniu nieruchomości…
Prezydenta USA nie można traktować jak dziecko, które nie wie, co mówi. Co więc zrobimy, jeśli Trump zażąda, by Redzikowo, droga z bazy na lotnisko zaopatrujące bazę oraz owo lotnisko zostały przyłączone do Stanów Zjednoczonych? Pytanie, które rok temu wydawałoby się absurdalne, dziś warte jest zadania, skoro „własność daje ci coś, czego nie możesz uzyskać, niezależnie od tego, czy mówimy o dzierżawie, czy o traktacie”.
Warto przy tym pamiętać, że baza w Redzikowie, podobnie jak Grenlandia, jest również kluczowa dla bezpieczeństwa USA i że Polska jest równie bliskim sojusznikiem USA co Dania. W przeciwieństwie jednak do Kopenhagi nie jesteśmy długoletnim sojusznikiem USA, bo zostaliśmy nim zaledwie nieco ponad dwie dekady temu, podczas gdy Dania była nim przez całą zimną wojnę. Chociaż w świecie handlarzy nieruchomościami staż przyjaźni nie jest raczej kluczowy, ważna jest pozycja negocjacyjna…
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Potrzeba wygrania negocjacji za wszelką cenę tłumaczy niechęć Trumpa do organizacji międzynarodowych oraz, szerzej, do prawa międzynarodowego. Kluczowe dla powodzenia organizacji wielostronnych jest bowiem kompromis. Zakładając spółdzielnię mieszkaniową, zgadzamy się na ograniczenia, które obowiązują wszystkich mieszkańców bloku bez względu na to, czy mieszkają w penthouse na dachu, czy w kawalerce na parterze. Zgadzamy się więc, że wszyscy segregujemy śmieci i zgadzamy się, że przeprowadzek nie robimy w niedziele.
Organizacje międzynarodowe i prawo międzynarodowe, podobnie jak zasady działania spółdzielni mieszkaniowych, są trudniejsze dla dużych, bo dają nieproporcjonalnie mocniejszy głos mniejszym. W Międzynarodowym Trybunale Karnym sędzia z USA ma do powiedzenia dokładnie tyle samo, co sędzia z Liechtensteinu, a w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ prezydent Chin ma tyle samo czasu na przemówienie, co premier Sierra Leone. Prawo międzynarodowe sprawia, przynajmniej w założeniu, że w razie sporów i konfliktów o tym, kto ma rację, nie decyduje brutalna siła.
W świecie deweloperów siła — kapitał, dostęp do kredytów, znajomości, wreszcie wielkość firmy — jest zaś wszystkim. Wielki deweloper niemal zawsze wygra wojnę o atrakcyjną działkę w centrum miasta z małym deweloperem, bo jest silniejszy. Jeśli mały deweloper uważa, że walka o działkę odbywała się na nieuczciwych zasadach, może jednak przynajmniej pójść do sądu, który może mu przyznać rację i nie pozwolić dużemu deweloperowi na bullying.
W świecie geopolityki deweloperami są państwa, działki w centrum miasta to kluczowe interesy, bogactwa naturalne, trasy handlowe, czy np. Grenlandia, a sądem są organizacje międzynarodowe i organizacje prawa międzynarodowego. Trump tego nie chce, bo bullying i brutalna siła były jego znakami rozpoznawczymi w deweloperce, w której kompromis jest po prostu klęską. Który wielki deweloper podzieli się prawem do atrakcyjnej działki z małym deweloperem, jeśli ktoś go do tego nie zmusi? Który z deweloperów nie zlekceważy niedobrych dla niego orzeczeń sądu, jeśli tylko siła czy układy mu na to pozwolą?
Rynek bez ograniczających użycie siły biznesowej przepisów antymonopolowych promuje monopolistów, którzy wyznaczają zasady wszystkim pozostałym graczom na rynku, jeśli w ogóle pozwalają im żyć. Świat bez prawa międzynarodowego tak samo promuje silnych — silnych politycznie, ekonomicznie i militarnie. W dzisiejszym świecie w skali globalnej są tylko trzy kraje, które spełniają kryterium geopolitycznych monopolistów. USA i Chiny są potęgami pod każdym możliwym względem. Rosja nie spełnia oczywiście kryterium potęgi gospodarczej, ale po pierwsze jest po prostu olbrzymim krajem, a po drugie ma wielką armię i gigantyczny arsenał broni nuklearnej.
Przeniesienie zasad krwiożerczej konkurencji wielkich deweloperów z Nowego Jorku na światowy porządek to coś, o. czym Trump mówi wielokrotnie i otwarcie. Wyborców w USA Trump zachęcał do głosowania na siebie, powołując się przecież nieustannie na swoje sukcesy w budowlance. A jak odniósł te sukcesy? Czystą, w zasadzie niczym nieograniczoną siłą. Negocjacje? Tak, oczywiście, Trump jest mistrzem negocjacji. Ale wiemy, że strategia negocjacyjna Trumpa jest stosunkowo prosta: zawsze negocjuj z pozycji siły, zawsze wykorzystuj każdy słaby punkt drugiej strony i zawsze dąż do całkowitego zwycięstwa.
Dlatego właśnie Trump konsekwentnie niszczy wszystko, co buduje wspólnotę ponadpaństwową. Unia Europejska, im bardziej zjednoczona, tym silniejszą ma przecież pozycję negocjacyjną. Ani Niemcy, ani Brazylia, ani nawet Indie, a tym bardziej Polska, nie będą nigdy w stanie samodzielnie negocjować niczego z Ameryką jak równy z równym. Dla Trumpa to sytuacja idealna — wystarczy przyjrzeć się, jak sojusznicy Trumpa z wielkich amerykańskich big-techów bezczelnie rozpychają się we wciąż szukającej wspólnego głosu Europie.
Filozofia totalnej dominacji przy budowaniu wieżowców na Manhattanie to świetny przepis na sukces, ale moralność niespecjalnie się kojarzy z tym biznesem. W relacjach międzynarodowych odrzucenie wartości na rzecz nagiej siły to jednak prosta droga do świata dżungli, w której tylko długość pazurów ma znaczenie.
Jeśli Trump użyje siły do przejęcia Grenlandii (co mimo wszystko wydaje mi się nadal abstrakcyjne, choć z pewnością nie niemożliwe), NATO i, szerzej, cały sojusz transatlantycki przestaną istnieć. Pomyślmy o tym przez chwilę — nawet Rosja używa bardziej subtelnych metod i nie grozi publicznie Białorusi użyciem siły, żeby ją do czegoś zmusić.
Można też już spokojnie zamknąć Organizację Narodów Zjednoczonych. Oszczędzimy w ten sposób górę pieniędzy, bo płacimy na nią co roku 28 mln dol. plus pensje i koszty naszych dyplomatów i misji dyplomatycznej, a jeśli Polska publicznie ogłosi potrzebę likwidacji tej organizacji i stanie na czele lobby w tej sprawie, to nawet zarobi dodatkowo parę punktów u Trumpa, co nie jest bez znaczenia. ONZ przestała odgrywać jakąkolwiek istotną rolę poza byciem miejscem dobrzej płatnej i wygodnej pracy dla tysięcy urzędników i dyplomatów. I choć Trump wbił wczoraj być może ostatni gwóźdź w trumnę ONZ-u, to śmierć tej organizacji nie hukiem, lecz skomleniem, nie jest tylko winą Trumpa — ONZ od wielu lat udowadniała, że jest nieskuteczna, niewiarygodna i po prostu zbędna.
Porwanie prezydenta Wenezueli i zajęcie chronionego przez Rosjan wenezuelskiego statku było jasnym komunikatem USA dla świata, że od teraz silnym wolno wszystko, choć warto przy tym pamiętać, że Maduro był złodziejem i dyktatorem. Jak pisałem kilka dni temu, wolę też, by w Caracas rządził sojusznik USA, niż sojusznik Rosji. Nie wiemy jednak, kogo prezydent USA zdecyduje się usunąć jutro.
Wydarzenia w Caracas, na Atlantyku, szokujący bullying USA wobec sojusznika z NATO oraz bardzo jednoznaczne wypowiedzi Trumpa dla „New York Timesa” oznaczają więc koniec trwających od 1945 r. prób budowania porządku międzynarodowego opartego na prawie, solidarności wartości i właśnie moralności, czy szerzej — po prostu przyzwoitości. Historia znowu zatacza koło — wracamy do dżungli, w której najwięksi rządzą, a najmniejsi próbują przeżyć.
Karol Marks wymyślił komunizm, ale parę rzeczy mu się jednak udało. W eseju „18 brumaire’a Ludwika Bonaparte” napisał, że „historia powtarza się dwukrotnie: pierwszy raz jako tragedia, drugi raz jako farsa”. Donald Trump wbrew swoim marzeniom raczej nie zasłuży na pokojowego Nobla, ale oby nie okazał się największym komikiem w historii światowej polityki.
Czy Polska ma wystarczająco duże pazury, by w tej nowej / starej dżungli przeżyć?
Nie, nie ma. Możemy być ważnym krajem w Unii Europejskiej, w NATO, czy w regionie Europy Środkowej, ale w razie zderzenia światowych supermocarstw zostaniemy zgnieceni na miazgę.
Jedynym dla nas rozwiązaniem jest budowanie jak najsilniejszego NATO, być może bez USA, oraz budowanie jak najsilniejszej Unii Europejskiej. Każda inna droga to samobójstwo, o czym doskonale wiemy od września 1939 r.