Kiedy imperium, które stworzyło dzisiejszy ład międzynarodowy (szczególnie na Zachodzie), zaczyna go łamać, trudno stwierdzić, że nic się nie dzieje.
Pytanie, czy Donald Trump na pewno jest w tej sprawie aż takim innowatorem. Jego polityka jest odpowiedzią na działania Chin czy Rosji. Szczególnie ten ostatni kraj głęboko lekceważył pisane traktaty i zasady. Czy jednak podobnej polityki, choć bardziej „przez bibułkę”, nie zaczęła uprawiać Unia Europejska, a także poprzednik Trumpa?
Wenezuela. Czego Musk nauczył Trumpa
W bardzo modnej niegdyś książce „Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu” Malcolm Gladwell stawiał tezę, że sukces odnoszą ci, którzy są zdolni wyrwać się spod panujących reguł w sposób, jakiego inni nie są w stanie sobie nawet wyobrazić.
Modelowym przykładem kroczenia ponad barierami technologicznymi i biznesowymi jest Elon Musk. Według popularnej tezy Donald Trump miał się tego po części nauczyć od Muska, ale przeniósł to także na grunt prawny. Zaczął robić rzeczy, których do tej pory USA nie robiły.
Uprowadzenie, a nie żadne „zaaresztowanie” prezydenta Wenezueli, było ewidentnym złamaniem prawa międzynarodowego i zasad. Trump działał bez wypowiedzenia wojny czy zgody na akcję ze strony Rady Bezpieczeństwa ONZ. Jakim złoczyńcą nie byłby Nicolas Maduro (a był wyjątkowym), Trump złamał prawo międzynarodowe.
Co miał po swojej stronie? Ewidentny interes polityczny kraju. Wenezuela politycznie zamieniała się w rosyjsko-chińską bazę polityczną, żyjącą z działań wymierzonych bezpośrednio w USA. Dochodzi kwestia kontroli nad złożami ropy i bardzo nośna medialnie walki z handlem narkotykami.
Czy mógł działać zgodnie z prawem międzynarodowym? Protrampowskie podcasty zwracają uwagę, że wówczas Wenezuela zamieniłaby się w drugi Irak, Afganistan czy Syrię, a piekło dotknęłoby całej północy Ameryki Południowej. Wszystko to nie zmienia faktu, że wrażenie, iż Donald Trump zrobił coś, czego do tej pory nie robiono, jest silne. Szczególnie że jego styl uprawiania polityki jest wyjątkowy.
Zaraz potem Trump zaczął nasilać „negocjacje” w sprawie przejęcia Grenlandii od Danii. Niby ma to odbyć się na drodze handlowej czy referendalnej, ale handel ten odbywa się w ewidentnej atmosferze groźby. „Tak po wojnie nigdy nie było. To groźby. Były zasady, których wszyscy przestrzegali, przynajmniej na Zachodzie” – grzmią przeciwnicy Trumpa.
Rozprawa z Maduro, a później z rosyjskimi tankowcami, była ewidentnym sygnałem w stronę Rosji, że stare doktryny prezydentów Monroe i Trumana powracają w nowym wydaniu. Argument podnoszony dziś niekiedy także w polskiej publicystyce (Piotr Zaremba w „Rzeczpospolitej”), że działania Trumpa mogą usprawiedliwiać identyczne działania ze strony Rosji, moim zdaniem nie jest bezzasadny, ale nie przechodzi próby faktów. Rosja robiła to wielokrotnie bez względu na działania USA. Trzymanie się przez Zachód traktatów i prawa pisanego traktowała raczej jako jego słabość, grając tym.
Rosjanie nie tylko próbowali zamordować lub schwytać prezydenta Zełenskiego, ale wcześniej – najprawdopodobniej – zamordować prezydenta Juszczenkę i gruzińskiego prezydenta Saakaszwilego. Nie wspominając o rozprawie z czeczeńskim dowództwem i jego rodzinami, także poprzez ataki terrorystyczne. Dyktator, którego wewnętrzni przeciwnicy regularnie „wypadają przez okna”, a krnąbrni gubernatorzy i konkurenci w wypadkach lotniczych, nie potrzebuje przyzwolenia ze strony adekwatnych działań Zachodu.
Akcję Trumpa przedstawia się jako coś bezprecedensowego w polityce zachodniej. Na pewno jego styl jest oryginalny, choć jeśli wziąć pod uwagę niektóre żarty czy wypowiedzi Ronalda Reagana czy Margaret Thatcher, to wcale nie jest to coś, co by się nie zdarzało. Nie trzeba nawet sięgać do tak zamierzchłych wydarzeń jak afera Iran-Contras, amerykańska inwazja Grenady, wojna o Falklandy czy zaprowadzanie porządków w Irlandii Północnej.

Była premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher oraz 40. prezydent USA Ronald Reagan Bettmann / ContributorGetty Images
Faktycznej egzekucji przywódcy świata terrorystycznego, Osamy bin Ladena (a także zabiciu części jego rodziny), przyglądał się na żywo noblista Barack Obama, a wraz z nim cały świat. Trudno się oburzać o zabicie mordercy tysięcy niewinnych ludzi. Niewątpliwie nie ma kary, na którą Osama by nie zasłużył. Jednak Pakistan nie udzielił na to formalnej zgody. USA nieraz dosięgały swoich przeciwników, nie kierując się przepisami prawa międzynarodowego, dla którego nienaruszalność terytorium jest podstawą.
Ale czy inni nie mieli problemu z różnymi aspektami tego prawa oraz z podważaniem zaistniałego porządku? Także ci, którzy dziś lansują się na najbardziej świętych? W ostatnim czasie nowi członkowie Unii Europejskiej mogli zauważyć, że twór, do którego zdecydowali się dołączyć, jest niezwykle dynamiczny, podobnie jak dynamicznie interpretowane i zmieniane są reguły. W dodatku robią to ci, którzy sami je stworzyli.
Najbardziej spektakularnym przykładem jest nadużycie przez Niemcy mechanizmu wyjątkowego zawieszenia układu z Schengen, czyli wprowadzenie permanentnych kontroli na granicach. Można tylko sobie wyobrazić, co zrobiłaby Komisja Europejska, gdyby na takie działanie zdecydowała się jako pierwsza na przykład Polska. Skąd ten podwójny standard? Siła i wpływy.
To kreatywne traktowanie przepisów, pozwalające zrobić z nimi niemal wszystko, widać wszędzie. Weźmy istotny dla Polski przykład programów, które miały służyć odbudowie Europy po pandemii, czyli między innymi KPO. Szybko okazało się, że ich ważniejszym celem jest przebudowa europejskiej infrastruktury energetycznej (zmierzanie do tzw. zeroemisyjności). Co więcej, nikt już specjalnie nie kryje, że ich subsydiowanie było motywowane politycznie, a w Polsce miało służyć wymianie władzy. Dziś już trudno nawet powiedzieć, jak uzależnianie wypłaty kolejnych transz od zmian w prawie pracy ma się do pierwotnych założeń.
Bibułka, w którą owinięta jest bułka europejskiej „praworządności”, potrafi być jednak dużo cieńsza. Unia z entuzjazmem przyjęła bezprecedensowe unieważnienie wyborów w Rumunii oparte na „danych wywiadowczych”. Przykłady świadczące o naciąganiu europejskiego prawa, podwójnych standardach i naginaniu traktatów można by mnożyć. Do tego odbywa się nieustanna żonglerka przepisami. Sukcesem jest samo zrozumienie tego, co się podpisuje, a i tak interpretacja może się zmienić. Symbolem kombinacji prawnych stała się próba przepchnięcia ustawy ACTA (zdaniem przeciwników ograniczającej wolność słowa) przez ciało zajmujące się rybołówstwem.
Jednak także za czasów Joe Bidena, przedstawianego przez przeciwników Trumpa jako niemal „świętego”, mieliśmy do czynienia z niedopuszczalną ingerencją w procesy polityczne w Polsce przy pomocy pieniędzy z agencji USAID. Co następca Bidena z satysfakcją zresztą ujawnił.
Czy oznacza to, że Trump niczym się nie różni? Różni się. Działa bardziej ostentacyjnie, spektakularnie i z otwartą przyłbicą. Zapewne przyspiesza proces, który i tak już następował: erozję dawnego porządku, na którym oparte było funkcjonowanie Zachodu i przynajmniej częściowo globalnej polityki międzynarodowej. Porządek ten opierał się na konstrukcji prawnej, budowanej przez poszczególne organizacje, porozumienia i akty prawne.
Ta konstrukcja na naszych oczach się wali. Dzieje się to od dobrych paru lat, ale Donald Trump zdecydowanie może to przyspieszyć. Być może kiedyś, jak to już nieraz w historii bywało, w jej miejsce powstanie coś innego, ale przez jakiś czas będą się liczyły przede wszystkim siła, spryt i determinacja. I tego należy życzyć polskim elitom.
Spór o ambasadorów. Przydacz: Można się dogadać, tylko trzeba chciećPolsat NewsPolsat News
Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd? Napisz do nas
