Pewną ironią jest fakt, że we wtorek w Paryżu ponownie dyskutowano o amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa dla Ukrainy na podstawie klauzuli pomocowej NATO, podczas gdy Stany Zjednoczone jednocześnie grożą sojusznikowi [Danii], że zbrojnie przejmą część jego terytorium. W ostatnich dniach wysocy rangą przedstawiciele administracji Trumpa wielokrotnie powtarzali, że w razie wątpliwości Stany Zjednoczone nie zawahają się przed przejęciem Grenlandii, należącej do Danii, przy użyciu siły militarnej.
Przejęcie kontroli nad wyspą w Arktyce jest „oficjalnym stanowiskiem rządu USA” — powiedział Stephen Miller, główny ideolog Trumpa w kwestiach migracji i zastępca szefa sztabu w Białym Domu. Miller powiedział również, że Stany Zjednoczone mogłyby tam odnieść łatwe zwycięstwo militarne. — Nikt nie będzie walczył militarnie przeciwko Stanom Zjednoczonym o przyszłość Grenlandii. To nie ma sensu — powiedział Miller.
Podobnie wypowiedziała się we wtorek rzeczniczka prasowa Trumpa, Karoline Leavitt. — Prezydent Trump jasno dał do zrozumienia, że przejęcie Grenlandii jest priorytetem dla bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych i ma kluczowe znaczenie dla odstraszania naszych wrogów w Arktyce — powiedziała w oświadczeniu. — Prezydent i jego zespół omawiają szereg opcji, aby osiągnąć ten ważny cel polityki zagranicznej, a oczywiście użycie sił zbrojnych jest zawsze opcją dostępną dla głównodowodzącego.
Od czasu jego pierwszej kadencji temat Grenlandii stał się dla Donalda Trumpa swego rodzaju obsesją. Argumenty przedstawiane przez obóz Trumpa nie mają jednak większego sensu. Tak, wyspa ma ogromne znaczenie strategiczne dla obrony Ameryki Północnej przed zagrożeniami z północy. Północny Atlantyk byłby również jednym z głównych teatrów wojny, gdyby Rosja zaatakowała partnerów NATO w Europie. Rosjanie próbowaliby wówczas przedrzeć się przez przesmyk GIUK między Grenlandią, Islandią i Wielką Brytanią, aby uniemożliwić amerykańskim statkom dostarczanie zaopatrzenia do Europy.
Zwiększona obecność USA na Grenlandii bez aneksji
Ale Amerykanie mają już bazę wojskową na Grenlandii, a Dania wielokrotnie wyrażała gotowość do rozbudowy amerykańskiej obecności wojskowej w ramach NATO w celu ochrony północnego Atlantyku. — Ponieważ Dania jest godnym zaufania, demokratycznym sojusznikiem, możemy stacjonować na Grenlandii tylu żołnierzy, ilu tylko chcemy, bez konieczności jej aneksji — uważa Michael McFaul, były ambasador USA w Moskwie.
Argument Trumpa po prostu nie ma sensu, ponieważ 5. flota amerykańska stacjonuje w Bahrajnie w celu ochrony Bliskiego Wschodu, bez konieczności aneksji Bahrajnu. To samo dotyczy 7. floty stacjonującej w japońskiej Jokosuce w celu ochrony Azji. Duńczycy są również gotowi do rozmów na temat eksploatacji zasobów naturalnych Grenlandii przez Amerykanów. Cele gospodarcze i strategiczne Trumpa można więc osiągnąć bez aneksji — skąd więc ta obsesja na punkcie przejęcia Grenlandii?
Trump najwyraźniej chce przejść do historii jako prezydent, który rozszerzył terytorium Stanów Zjednoczonych, podobnie jak słynni prezydenci przed nim. Trump ogłosił to już programowo w swoim przemówieniu inauguracyjnym. — Stany Zjednoczone ponownie postrzegają siebie jako rozwijający się naród — naród, który zwiększa swój dobrobyt, rozszerza swoje terytorium, buduje nasze miasta, poszerza nasze oczekiwania i niesie naszą flagę ku nowym, pięknym horyzontom — powiedział wówczas Trump.
Jednym z tych nowych horyzontów, na których można umieścić flagę USA, jest najwyraźniej Grenlandia. Ponieważ należy ona do zachodniej półkuli, nad którą Ameryka Trumpa chce sprawować dominację. Ponieważ ma duże znaczenie strategiczne i bogate zasoby naturalne. Ponieważ łatwo byłoby ją zdobyć. Ponieważ Trump chce dzięki temu przejść do historii. Nie bez znaczenia jest również fakt, że, jak opisali Peter Baker i Susan Glasser w swojej książce „The Divider” [ang. „Dzielący”], Trump już podczas swojej pierwszej kadencji był pod wrażeniem ogromu Grenlandii. Jednak na popularnych mapach w projekcji Mercatora wyspa wygląda na znacznie większą niż w rzeczywistości, do tego składa się głównie z trudnej do wykorzystania lodowej pustyni.
Wielu ekspertów ds. polityki zagranicznej uważa, że Europa powinna bardzo poważnie potraktować nowe wypowiedzi administracji Trumpa na temat Grenlandii. Wielu uważa jednak, że wzmianka o opcji militarnej jest obecnie jedynie środkiem nacisku politycznego. —
Spekulacje na temat działań wojskowych USA na Grenlandii są zrozumiałe po wydarzeniach w Wenezueli — realistyczne jest jednak, że Stany Zjednoczone złożą Grenlandii atrakcyjną ofertę, jednocześnie wywierając na nią silną presję i licząc na referendum Grenlandczyków
— uważa ekspert ds. bezpieczeństwa Nico Lange.
Potwierdzają to wypowiedzi sekretarza stanu USA Marco Rubio, który poinformował o tym kongresmenów za zamkniętymi drzwiami. Według doniesień „Wall Street Journal” Rubio uspokoił kongresmenów, mówiąc, że interwencja wojskowa nie jest planowana w najbliższym czasie. Celem USA jest natomiast wykupienie wyspy od Danii.
Umowa stowarzyszeniowa i tajne operacje
W przeszłości Dania wielokrotnie potwierdzała, że wyspa nie jest na sprzedaż. W rzeczywistości wydaje się, że to tylko jedna z kilku opcji rozważanych przez administrację Trumpa. Według doniesień kilku mediów, od maja ubiegłego roku jego administracja rozważała również zawarcie umowy stowarzyszeniowej z Grenlandią: tzw. Compact of Free Association — COFA [ang. Porozumienie Wolnego Stowarzyszenia], podobnej do umów zawartych przez Stany Zjednoczone z małymi państwami Pacyfiku, takimi jak Mikronezja, Wyspy Marshalla i Palau.
COFA zapewnia Amerykanom wyłączny dostęp wojskowy do małych państw w zamian za płatności pieniężne i świadczenia socjalne, które mają na celu wspieranie rozwoju poszczególnych społeczności. Jednak dotychczas takie umowy zawierano tylko z niepodległymi państwami, a nie z terytoriami takimi jak Grenlandia, która jest częścią większego państwa.
W międzyczasie staje się jasne, jak mniej więcej wygląda plan realizowany przez administrację Trumpa. Rozpoczęła się już faza pierwsza, polegająca na infiltracji społeczeństwa Grenlandii, liczącej niecałe 60 tys. mieszkańców, w celu wzmocnienia tendencji separatystycznych, podobnie jak uczynili to Rosjanie przed 2014 r. we wschodniej Ukrainie.

Ludzie idący w kierunku miasta Aasiaat, Grenlandia, 29 czerwca 2024 r.Ida Marie Odgaard / PAP
Według doniesień duńskich mediów Amerykanie powiązani z Trumpem rozpoczęli już tajne operacje wywierania wpływu. Duńskie służby specjalne również ostrzegają, że terytorium Grenlandii stało się celem różnych działań tego typu. Według sondaży większość mieszkańców wyspy opowiada się za niepodległością od Danii — ale tylko pod warunkiem utrzymania obecnego standardu życia. Biorąc pod uwagę wysokie transfery finansowe z Danii do Grenlandii, jest to bardzo mało prawdopodobne.
Jednocześnie jednak przeważająca większość mieszkańców Grenlandii nie chce od razu uzależniać się od Stanów Zjednoczonych. W tym miejscu amerykańska strategia próbuje się włączyć, z jednej strony wzmacniając dążenia niepodległościowe, aby odłączyć Grenlandię od Danii, a z drugiej strony składając mieszkańcom Grenlandii atrakcyjną ofertę, którą trudno odrzucić.
Dania znalazłaby się w ten sposób w trudnej sytuacji. Z jednej strony rząd w Kopenhadze zawsze podkreśla, że mieszkańcy Grenlandii sami decydują o swojej przyszłości. Zgoda na referendum i ewentualne odłączenie oznaczałaby jednak rezygnację z terytorium zamieszkanego od ponad 1000 lat przez mieszkańców północnej Europy — i utratę ważnego strategicznego atutu, który dotychczas zapewniał Danii większą rolę w Waszyngtonie, niż ten niewielki europejski kraj miałby w innym przypadku.
„Demontaż systemu sojuszy”
Ostatecznie jednak pozostaje pytanie, co się stanie, jeśli mieszkańcy Grenlandii i Dania pozostaną przy swoim „nie” w kwestii przyłączenia się do USA. Czy trumpiści rzeczywiście zdecydują się na opcję militarną? Jak wskazał Miller w rozmowie z CNN, brutalna inwazja byłaby technicznie rzecz biorąc w dużej mierze pozbawiona ryzyka dla Amerykanów, ponieważ nikt w Europie nie byłby gotowy do podjęcia krwawego i beznadziejnego konfliktu z USA.
Koszty polityczne dla USA byłyby jednak ogromne.
Groźba Trumpa, że zaatakuje demokratyczną Danię i zaanektuje jej terytorium, byłaby tym samym, co atak Putina na Ukrainę i aneksja jej części
— uważa McFaul. NATO byłoby wtedy praktycznie skończone, pisze ekspert ds. Europy Wschodniej Michael Casey w „Foreign Policy”, ponieważ oznaczałoby to, że jeden z partnerów NATO atakuje innego.
A to zniszczyłoby wszelkie zaufanie sojuszników do USA. „Biorąc pod uwagę liczne terytoria, które narody europejskie nadal posiadają na półkuli zachodniej — od Azorów, przez Gwineę Francuską, po Brytyjskie Wyspy Dziewicze — który z sojuszników Ameryki mógłby być pewien, że nie będzie następny w kolejce?” — pyta Casey. „Dla zwolenników unilateralizmu Trumpa może to nie mieć większego znaczenia”, twierdzi ekspert. „Jednak dla tych, którzy w dobie narastających napięć geopolitycznych postrzegają sojuszników Ameryki jako największy kapitał strategiczny, rozmontowanie tego systemu sojuszniczego byłoby równoznaczne z samobójczym manewrem, który nie ma odpowiedników w historii współczesnej”.
Ponadto, według Casey’ego, można by z całą pewnością założyć, że sojusznicy, którzy dotychczas znajdowali się pod amerykańskim parasolem nuklearnym, sami zaopatrzyliby się w bombę atomową. Przede wszystkim Kanada, której Trump również grozi aneksją. Znajdowałaby się ona wówczas w śmiertelnym uścisku Ameryki: na południu granicząc z kontynentalną częścią Stanów Zjednoczonych, na zachodzie z Alaską, a na wschodzie z Grenlandią.
Nie byłoby to logiczne, ponieważ Trump mógłby osiągnąć swoje cele militarne i gospodarcze bez aneksji Grenlandii, która wiązałaby się z ogromnymi kosztami politycznymi. Nie byłby to jednak pierwszy przypadek w historii, kiedy osobista próżność władcy prowadzi do decyzji, które radykalnie zmieniają bieg wydarzeń na świecie.