Alfred Adamiec: Przede wszystkim na dużą zmienność, nie tylko w tym ujęciu rynkowym – już teraz ceny wahają się w nieprawdopodobnym tempie, ale również geopolitycznym. Dotyczy to tzw. Main Street, jak i całej strefy Wall Street. Świat biegnie coraz szybciej i jednocześnie pogrąża się w chaosie. W wielu krajach rozsypuje się stary ład ekonomiczny i polityczny. A ujmując szerzej – układ socjologiczny i aksjologiczny. Dotychczasowa umowa społeczna się wyczerpuje i konieczne są warunki sprzyjające do tworzenia przynajmniej zrębów nowego ładu. Na razie jednak działa dużo sił w najróżniejszych kierunkach, często przeciwstawnych, powodując zmienność i nieprzewidywalność.


Na przykład?


Wracając do rynków – srebro. Aktywo niedoceniane jeszcze do listopada 2025 r., w grudniu cena znienacka „wystrzeliła” o 60 proc. w górę. A teraz rynek przestał się dziwić dziennym wahaniom o 5–10 proc. Każdy, kto obstawił na jesieni ubiegłego roku ten instrument, niesamowicie się obłowił. Nie wiemy jednak i ryzykownie jest przewidywać, co nastąpi dalej – czy mocne korekty spadkowe czy dalsze wzrosty. I jak dużo będzie w tym przypadkowości. To będzie chyba właśnie główna cecha 2026 r. Jak i zapewne kilku kolejnych lat.


POLECAMY: Możesz zarobić kilkaset proc., ale jest jeden problem. Twarde dane obnażają bitcoina


Do tej pory co jakiś czas pojawiał się na świecie czarny łabędź, czyli zdarzenie mało prawdopodobne, którego wpływ na rynek, inwestycje i społeczeństwo jest bardzo wyraźny. Dziś wokół nas „pływają” prawie wyłącznie czarne łabędzie. Pozostaje pytanie – jakie czynniki poderwą je do góry, kiedy to nastąpi i jakie będą tego reperkusje? I czy przypadkiem poderwanie się jednego czarnego łabędzia nie wywoła reakcji łańcuchowej i zrealizują się inne mało prawdopodobne, a szalenie mocno oddziałujące na świat, scenariusze.


Czy można w takich okolicznościach przygotować jakąkolwiek strategię inwestycyjną?


Jestem inwestorem starej daty. Wprawdzie nie mam aż tak konserwatywnego podejścia, jak Warren Buffett, dla którego jedynym uzasadnionym ekonomicznie terminem inwestowania jest niemal wieczność, ale również wierzę w długoterminową wizję opartą na fundamentalnych podstawach. Oczywiście weryfikowaną co jakiś czas. Natomiast teraz wielopoziomowe zmiany rynkowo-polityczno-społeczne będą wymuszały szalenie szybkie rotacje w portfelu. To będzie ocierało się o spekulację, czego ja bardzo nie lubię. Zwłaszcza że z założenia inwestowanie powinno polegać na lokowaniu kapitału zgodnie z możliwościami, predyspozycjami, a nawet – charakterem inwestora.


Pan nie ma charakteru spekulanta?


Już wiele lat temu zorientowałem się, że krótkoterminowa spekulacja, czyli decyzje realizowane w ciągu kilku dni, czy nawet z dnia na dzień, to zdecydowanie nie mój żywioł. Długoterminowe inwestycje są mniej przypadkowe, podczas gdy przy spekulacji trudno przewidzieć wiele ruchów rynkowych. „W krótkim okresie, rynek jest jak jednoręki bandyta, ale w dłuższej perspektywie działa jak waga”. Tego uczył sławny inwestor Benjamin Graham, prekursor i niejako nauczyciel Warrena Buffetta. Dopiero długie horyzonty inwestycyjne eliminują z wyników dużą część przypadkowości.


Teraz jednak prawdopodobnie nadszedł moment robienia naprawdę dużych pieniędzy dla ludzi posiadających tę rzadką umiejętność spekulacji. I o dużej odporności psychicznej.


CZYTAJ: „Pieniądze trzyma się w Szwajcarii, nie w Polsce”. Oto powody [WYWIAD]


O jakiej odporności psychicznej mówimy?


O odporności na duże straty krótkoterminowe. Inwestor z taką cechą realizuje na zimno straty, potrafi przyznać się przed sobą do pomyłki inwestycyjnej, a właściwie spekulacyjnej. A z tego, co się stało, wyciąga wnioski, analizuje ewentualne błędy i idzie dalej. To niełatwe, bo z moich obserwacji wynika, że inwestorzy zwykle mają opór przed przyznaniem się do własnego błędu. Sam z tym walczyłem u siebie. Po porażce wyszukiwałem tysiąca zewnętrznych przyczyn, czynników powodujących niepowodzenie. Z czasem jednak zrozumiałem, że w moim podejściu było bardzo dużo myślenia życzeniowego, wybiórczej analizy informacji. I teraz poszukuję wręcz opinii rynkowych przeciwnych do moich, aby po chłodnej analizie zweryfikować własne poglądy inwestycyjne.


Tymczasem rynki finansowe mocniej odklejają się od sfery realnej.


Wystarczy spojrzeć na indeksy giełdowe w Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Szybują w okolicach rekordów historycznych. Mimo że oba kraje znajdują się na pograniczu recesji, a nawet momentami w nią wpadają. Doświadczony spekulant potrafi to wykorzystać. Przeciętny inwestor, powierzający kapitał funduszom inwestycyjnym, reagującym wolniej – już nie. Ale prędzej czy później wszyscy wreszcie zauważą, że „król jest nagi”, bo na obu giełdach nie ma fundamentalnych podstaw do aż takich wzrostów cen akcji. Balonik puchnie. Im dłużej to będzie trwało, tym większe rozczarowanie przyniesie pęknięcie bańki. Wielu inwestorów straci. Teraz jednak mało kto o tym myśli. Co gorsze, to pęknięcie bańki cenowej na rynku wielu aktywów, nie tylko finansowych, zazwyczaj przynosi efekt sprzężenia zwrotnego, czyli pogłębianie się spadku cen. I tu mamy w Polsce problem, ponieważ ignorujemy wpływ tzw. poczucie bogactwa na ekonomiczne zachowania społeczeństwa.



Polacy mają złudne poczucie bogactwa


Co to znaczy?


Poczucie bogactwa wpływa na sposób zachowania konsumenta, jego poczucie bezpieczeństwa. Im większe poczucie bogactwa, tym lepiej dla gospodarki, bo konsument jest bardziej skłonny do większych zakupów, inwestowania itd. Odnoszę jednak wrażenie, że poczucie bogactwa zdecydowanej większości Polaków znacznie przewyższa realną wartość tego, co posiadają. To wpływa na nadmierną skłonność do optymizmu w różnych sytuacjach. Te osoby są mniej ostrożne, podejmują pochopne decyzje zakupowe, co widać dzisiaj np. po rosnącej spirali zadłużenia. Problem jest bardzo duży. Połowa Polaków posiada dług przewyższający wartość ich majątku – wskazuje najnowszy raport World Inequality Report 2026. To dramat, bo co stanie się, gdy ich majątek jeszcze się skurczy w wyniku spadku np. cen nieruchomości?


Sporo osób nie posiada oszczędności ani kapitału do inwestowania. W dodatku w Polsce poziom wiedzy o inwestowaniu jest niski. Traktują rynki finansowe jak kasyno. Uznają, że lokowanie kapitału na giełdzie działa na zasadzie przypadku. Uda się albo się nie uda. Taka postawa zresztą wynika z niezrozumienia mechanizmów rynkowych, inwestycyjnych. A te mechanizmy działają na zasadzie prawdopodobieństwa i obranie wariantu najbardziej prawdopodobnego wcale nie oznacza gwarancji sukcesu. Dopiero odpowiednio duża liczba prób inwestycyjnych radykalnie zwiększa szanse na sukces. Ale nadal nie daje pewności. Z tych powodów skuteczne agresywne inwestowanie to domena nielicznych. Poza tym zmieniają się czasy. Dwadzieścia lat temu marzeniem wielu młodych ludzi była znajomość giełdy, umiejętność zarabiania na rynkach finansowych, czy praca związana z giełdą. Dziś wolą być influencerami…


Wracając do poczucia bogactwa…


Przy złudnym poczuciu wartości swoich aktywów, jakiekolwiek ich uszczuplenie może spowodować negatywne reperkusje, prowadząc do pogorszenia naszego samopoczucia społecznego, osobistego. To spowodowałoby obniżenie zdolności konsumpcyjnych i chęci do inwestowania. A przypomnę, że nasze PKB opiera się głównie na konsumpcji. Jeśli konsumpcja zmniejszy się, a tu starzenie się i spadek liczby ludności zaczynają coraz mocniej oddziaływać, to trudno będzie o wzrost gospodarczy.


POLECAMY: W co inwestować w 2026 r.? Analityk typuje 10 spółek, które mogą urosnąć w 2026 r.



Świat tonie w długu


Czy sytuacja w innych krajach jest podobna?


Ewidentnie widać, że nawet największe gospodarki dramatycznie zwiększają skalę zadłużenia. Stosunek długu publicznego w USA do PKB jest na podobnym poziomie, co w Grecji stojącej u progu kryzysu w 2010 r. Oczywiście Stany Zjednoczone mają dużo większy potencjał do kreowania pewnych globalnych, a korzystnych dla siebie tendencji, np. kursu dolara, jednak i tak warto zwrócić uwagę na ten znak ostrzegawczy. Również w Chinach dług rośnie w zastraszającym tempie. Czy kraj o tak dużych możliwościach oddziaływania na cały świat, popadając w duże problemy gospodarcze, nie zacznie np. sterować zainteresowaniem swoich obywateli na prawdziwego albo wyimaginowanego wroga zewnętrznego? Czy w celu odwrócenia uwagi od problemów wewnętrznych władze nie będą zmierzać do klasycznego efektu „koncentracji wokół flagi” w celu obrony przed zagrożeniem zewnętrznym? Jeśli tak, co to będzie oznaczać dla reszty świata?


Pomijając wymiar militarny, Chiny cały czas podnoszą zastrzeżenia co do polityki handlowej świata zachodniego, zarzucając dyskryminację i ograniczenia w wolnym handlu. Ekspansja chińska w handlu międzynarodowym nabiera na sile, bo temu krajowi nie udaje się transformacja modelu gospodarczego na bardziej zrównoważony. My, w Europie już doświadczamy bardzo agresywnej sprzedaży wszelkich chińskich produktów, nawet po dumpingowych cenach. Na podobne ruchy decyduje się zresztą cała Azja. W myśl zasady wypierania konkurencji nawet przy krótkoterminowej ekonomicznej własnej stracie, ale długoterminowych korzyściach.


Co to oznacza dla europejskiego inwestora?


Za sprawą ekonomicznego i politycznego chaosu, Stary Kontynent również ma szansę, jak nigdy wcześniej, do koncentracji wokół unijnej flagi. Już teraz rosną prounijne nastroje, zwłaszcza w Skandynawii. Zjednoczona Europa może stanowić odtrutkę na wszelkie negatywne procesy zachodzące w USA, przy nieprzewidywalności i kontrowersyjnej retoryce ideologicznej Donalda Trumpa oraz w obliczu chińskich tendencji do autorytaryzmu. Zresztą rynki finansowe wierzą, że kapitał nadal będzie płynąć do Europy. Jeśli jednak proces obrony przed problemami gospodarczymi i politycznymi rozciągnie się na lata – zderzy się z gorącym okresem wyborów parlamentarnych w różnych europejskich krajach. A wtedy antyunijne nastroje, podsycane przez Rosję, mogą spowodować duże perturbacje. Bądźmy realistami, agresywna postawa Rosji oraz przemeblowanie ładu światowego, do którego dąży Donald Trump – przy współudziale przywódców Chin i Rosji – raczej nie znikną w 2026 r.


Idą trudne czasy dla drobnych czy konserwatywnych inwestorów?


Zdecydowanie tak. Budowa portfela inwestycyjnego będzie wymagać sporego wysiłku. Jest tylko jedna klasa aktywów, którą uważam globalnie za niedoszacowaną, a można ją w zasadzie układać – w odpowiedniej proporcji – w każdym portfelu.



„Jest tylko jedna bezpieczna przystań”


Nadal jest jakaś bezpieczna przystań?


Tak. Mam na myśli obligacje skarbowe, o stałym oprocentowaniu, które najbardziej korzystają na spadku globalnej inflacji i stóp procentowych.


Co będzie wpływać na spadek inflacji?


Po pierwsze, już wygaszono popandemiczny impuls inflacyjny, kiedy masa pieniędzy popłynęła do realnej gospodarki. Po drugie, pojawiają się nowe czynniki, niektóre nawet bardzo przyjemne dla konsumentów, jak choćby spadek cen energii i surowców w niektórych krajach. Inne będą już mniej przyjemne – słabszy rynek pracy, gorsza koniunktura gospodarcza. Wprawdzie niektórzy ekonomiści zapowiadają skokowy wzrost zapotrzebowania na energię i zwyżkę cen nośników energii, ze względu na inwestycje w sztuczną inteligencję i rozbudowę baz danych, ale jakby zapominali o tym, iż rozwój AI wcale nie musi przebiegać w sposób logarytmiczny, czy nawet liniowy. Świat, a przynajmniej istotna jego część, dostrzega już tak wiele zagrożeń związanych z niekontrolowanym rozwojem i przenoszenia do życia społecznego sztucznej inteligencji. Konieczne i prawdopodobne więc wydaje się wprowadzenie już wkrótce – zwłaszcza w Europie – prawnych ograniczeń dla zastosowań AI. A poza tym, dlaczego sztuczna inteligencja nie miałaby opracować algorytmu do zmniejszenie zużycia energii przy badaniach nad nią i jej zastosowaniach? Zresztą ten kierunek badań już obecnie staje się jednym z podstawowych.


CZYTAJ: W co inwestować w 2026 r.? „Inwestycja w nieruchomości mieszkaniowe nie będzie się opłacała”


Uważam, że w tych niepewnych czasach właśnie obligacje skarbowe są uznawane jako bezpieczna przystań. Wbrew opiniom wielu analityków, twierdzących, że papiery dłużne – zwłaszcza te długoterminowe – będą cierpiały w obliczu rosnącej niepewności. Ja uważam przeciwnie: będą stanowić miejsce docelowe ucieczki kapitału z najróżniejszych ryzykownych inwestycji. I jeśli tylko dojdzie do większych przecen związanych z czynnikami ekonomicznymi i politycznymi – zobaczymy masowy napływ pieniędzy do obligacji skarbowych. Wtedy nawet przy powolnym spadku inflacji, sam napływ kapitału na rynek obligacji gwarantowanych przez Skarb Państwa spowoduje wyraźny wzrost ich ceny. Być może nawet zdecydowanie powyżej ich fundamentalnej wartości.


A co ze złotem?


Mimo że złoto jest powszechnie uważane za bezpieczną przystań, też stwarza pewne problemy inwestycyjne. Jeśli nabędziemy namacalny kruszec, czyli sztabki, monety, biżuteria, to trzeba go w bezpiecznym miejscu przechowywać, co generuje kolejne koszty i kłopoty. Dla zwolenników inwestycji w złoto na rynkach finansowych problemem może być wyraźne falowanie jego cen, zwłaszcza w krótszych okresach. Pod koniec 2025 r. cena złota zaczęła zmieniać się w kierunku zgodnym ze zmianą indeksów giełdowych. A to niezwykłe, ponieważ na ogół zdarza się to przy perspektywie zdecydowanego wzrostu inflacji. Tego zaś wcale dziś nie widać. Kiedy znowu złoto zacznie zachowywać się analogicznie do trendów na rynku obligacji, czyli być aktywem do ucieczki przed niepewnością polityczną i gospodarczą? Nie wiadomo i nie podejmuję się prognozować. Pokaźna zmienność ceny złota na rynkach w 2026 r. to dla mnie scenariusz bazowy, ale nadal widzę długoterminowy potencjał w tym kruszcu.


Co jeszcze w tych zmiennych czasach może okazać się wdzięczną pozycją w portfelu inwestycyjnym?


Postawiłbym na sektory defensywne, w których popyt mało zależy od bieżącej sytuacji ekonomicznej państwa czy polityki. Mam na myśli sektory podstawowych dóbr konsumpcyjnych, ochrony zdrowia czy użyteczności publicznej. Nadal też stawiam na branże związane z szeroko pojętym bezpieczeństwem. Tu, po spektakularnej akcji militarnej USA w Wenezueli i zapowiedziach administracji waszyngtońskiej ewentualnych dalszych tego kroków, wyraźnie przesuwają się akcenty w kontaktach międzynarodowych. Z języka dyplomacji i „soft power” na brutalną oddziaływania siłowe. Żaden kraj, uznany arbitralnie przez inny kraj za wrogi, nie może czuć się bezpieczny przed inwazją. O ile nie ma odpowiedniego narzędzia do odstraszania. Uważam też, że radykalnie wzrosło w ostatnich miesiącach zagrożenie terrorystyczne. A to wymusi zdecydowany wzrost wydatków na bezpieczeństwo, publicznych i prywatnych.



Dlaczego rynek potrzebuje spekulantów


Jak dużą część naszych inwestycji powinny stanowić ryzykowne aktywa?


Oczywiście wszyscy znają podstawowy wzór inwestycyjny, mówiący o tym, że należy mieć w portfelu procentowo tyle agresywnych instrumentów, ile stanowi wynik odjęcia jego wieku od liczby 100. To jednak tylko schemat. Wzór trzeba dostosować do tego, co się dzieje w gospodarce. Układ 100 minus wiek powinien raczej dotyczyć maksymalnej wartości procentowej ryzykownych aktywów. W niektórych momentach trzeba zjechać z nimi do zera. Spekulantów to nie dotyczy. Z drugiej strony, spekulanci są bardzo potrzebni na rynkach, mimo że ludzie ich bardzo nie lubią.


Dlaczego rynki finansowe potrzebują spekulantów?


Spekulanci zapewniają ich płynność. Wystawiając zlecenie kupna, a robią to bardzo często, bo ich transakcje są krótkoterminowe, dają innym możliwość sprzedaży praktycznie w każdym momencie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie kupować przy najróżniejszych wzrostach czy spadkach cen. To jest najczęściej właśnie spekulant.


Tymczasem największe instytucje finansowe grają praktycznie zawsze w jedną stronę. Albo wszyscy sprzedają, albo kupują. Oni się ze sobą ścigają, porównują się i pilnują, by nie być przeciwko trendowi, bo wtedy za dużo ryzykują.


Natomiast w trakcie gwałtownych przecen, jakie notowano w ostatnich dekadach, amerykański rynek został podtrzymany przed dalszym spadkiem cen nie przez wielkie instytucje finansowe, tylko przez spekulantów, drobnych inwestorów. To oni przyszli ze swoimi pieniędzmi, gdy specjaliści w instytucjach finansowych jeszcze debatowali, czy już kupować, czy poczekać na dalszą przecenę. I czekali na pierwszą dużą firmę inwestycyjną, która odważy się stanąć po stronie kupna, po dużej giełdowej przecenie. Tacy gracze są potrzebni, ale przestrzegam laików przed spekulowaniem.


A jak sprawdzić, czy ryzykowne inwestowanie jest dla nas?


Jeśli ktoś chce agresywniej inwestować, powinien najpierw sprawdzić własny próg bólu. Ile może stracić, żeby mógł spać po nocach? Np. załóżmy, że ma 70 proc. bezpiecznej lokaty, w obligacjach skarbowych, a resztę w akcjach. I przy czarnym scenariuszu, akcje w krótkim okresie spadają o 50 proc., co dla jego portfela będzie oznaczało 15 proc. spadków. Wytrzyma to, czy nie? Jeżeli nie, powinien zmniejszyć zaangażowanie w agresywne instrumenty. Trzeba zawsze nakreślić niezależny od optymistycznego czarny scenariusz. Jako alternatywny. Jednocześnie warto podejmować ryzyko, bo czarne scenariusze jednak rzadko się sprawdzają.