Donald Tusk w ubiegły weekend poinformował, że reforma Państwowej Inspekcji Pracy, która miała pozwolić urzędnikom na zmianę umowy śmieciowej na umowę o pracę, już zamknięta sprawa. – Podjąłem decyzję, żeby nie kontynuować pracy nad tego typu reformą – mówił Donald Tusk.

Lewica wciąż ma nadzieję

Przewodniczący Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty w Radiu Zet stwierdził, że premier miał na myśli zmiany w prawie w tej zaproponowanej formie, a nie całą reformę i zapowiedział, że NL zaproponuje inny kształt projektu. On sam ma się spotkać w tej sprawie z Donaldem Tuskiem jeszcze w tym tygodniu. 

Zobacz wideo Miłosz Motyka: Pracownik nie powinien bać się zwolnienia, kiedy musi pilnie zająć się dziećmi

Czarzastemu w Polskim Radiu wtórował wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Sebastian Gajewski. – Dla Lewicy oraz Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej fundamentalną rzeczą jest ochrona pracownika oraz ochrona dobrych warunków pracy i jesteśmy gotowi do pełnego dialogu z panem premierem, z naszymi partnerami koalicyjnymi, a także ze wszystkimi ministerstwami, żeby wypracować rozwiązania, które tę patologię, w postaci wypychania ludzi na „śmieciówki” oraz w postaci fałszywego zatrudnienia na B2B, będą ograniczać – powiedział. – Jest przestrzeń na to, żeby wspólnie na poziomie merytorycznym oraz w rządowym procesie legislacyjnym pracować nad reformą, która będzie do zaakceptowania dla wszystkich koalicjantów oraz dla pana premiera – podkreślił.

Dodał, że również słowa premiera traktuje jako gotowość do dialogu o tym, jak rząd ma zamiar zrealizować kamień milowy KPO i zapisy zawarte w umowie koalicyjnej, na które odpowiedzią była rzeczona reforma. Unia uzależniła bowiem 11 mld euro dofinansowania od tego, czy Polska wprowadzi pełne ozusowanie umów. W styczniu 2025 roku dowiedzieliśmy się jednak, że zamiast tego rząd wynegocjował z UE przyznanie PIP nowych uprawnień i możliwość zmiany śmieciówki na etat decyzją administracyjną.

Ale również i to zobowiązanie zostało rozwodnione, bo decyzja miała nie mieć już rygoru natychmiastowej wykonalności, więc pracodawca dostałby czas, by się odwołać, zanim zostałby zmuszony do przekształcenia umowy. Wcześniejszy projekt zakładał, że można było się odwołać, ale nie można było z tego powodu wstrzymywać zaoferowania pracownikowi umowy o pracę. Ponadto przekształcenie miało korygować stan prawny od momentu zawarcia umowy (co oznacza np. konieczność zapłaty zaległych składek), ale później wprowadzono ograniczenie czasowe najpierw do pięciu, a potem do trzech lat wstecz. 

Nad rozwiązaniem pracowano od ponad roku i, jak mówi Gajewski, podczas przygotowywania reformy jego resort prowadził dialog z innymi ministerstwami, a projekt zarekomendował Stały Komitet Rady Ministrów. Mimo tego Donald Tusk na ostatniej prostej stwierdził, że reforma będzie szkodliwa dla polskiego biznesu. „Możliwość zmiany formy zatrudnienia przez urzędnika bez pytania o zdanie pracodawcy, zatrudnionego i bez wyroku sądu to zły pomysł. Naszym zadaniem jest uwolnienie gospodarki i obywateli od nadmiernych regulacji i biurokracji. Znajdziemy lepsze sposoby ochrony pracowników” – napisał Tusk na X. O tym, dlaczego niekoniecznie tak będzie i dlaczego reforma ta ma jedynie ukarać osoby łamiące prawo i będzie korzystna dla pracowników, pisaliśmy tutaj.

Jaką pensję dostaje się przy przekształceniu umowy – brutto czy netto?

Warto tu zwrócić uwagę, że słowa premiera na temat tego, że umowy będą zmieniane bez pytania pracodawcy i pracownika, są sprzeczne z tym, co zapowiadał prezes PIP. Bo choć rzeczywiście urzędnicy mieli dostać taką możliwość, to niekoniecznie instytucja miała zamiar z niej korzystać. – Nasza propozycja jest taka, żeby reagować tylko na skargi i w odpowiedzi na nie weryfikować, czy w kwestionowanym przez zatrudnionego kontrakcie i sposobie jego wykonywania są elementy charakterystyczne dla stosunku pracy. (…) W praktyce okazało się, że uszczęśliwianie etatami na siłę się nie sprawdza – mówił cytowany w Money.pl za PAP główny inspektor pracy Marcin Stanecki.

„Fakt” przygotował wyliczenia na temat tego, jak zmienią się wypłaty osób, którym umowy zlecenia zostaną zmienione na etaty. Przy zarobkach 2,5 tys. zł brutto, na rękę wypłata byłaby o 279 zł niższa, przy 5 tys. zł o 558 zł, a przy 7 tys. zł brutto – o 781 zł. Ale uwaga: założenie tych wyliczeń jest takie, że przechodząc na umowę o pracę, zostajemy z tą samą wypłatą brutto. Tyle że jest to założenie błędne, ponieważ to inspektor ma zdecydować, ile wyniesie pensja na nowej umowie, tak jak dzisiaj robią to sądy. Zazwyczaj sąd decyduje się zachować ciągłość wynagrodzenia i tak dostosowuje pensję brutto, by pracownik dostawał wynagrodzenie zbliżone do tego, co otrzymywał dotychczas na rękę. Jeśli materiał zebrany podczas kontroli nie pozwoli ustalić wysokości wynagrodzenia na UoP, będzie ono ustalone na poziomie pensji minimalnej. Zatem według wszelkich doniesień to nie pensja netto, a pensja brutto miała się zmieniać (rosnąć) w wyniku przekształcenia umowy.