O to, czego najbardziej boją się w 2026 roku, zapytaliśmy czytelników Interii. W ankiecie wzięło udział ponad 1400 osób, spośród których aż 52 proc. zadeklarowało, że obawia się o stan swojego zdrowia, 29 proc. czuje lęk związany z zagrożeniem wojną, a 15 proc. obawia się wzrostu kosztów życia. Jedynie 4 proc. ankietowanych boi się utraty pracy w przyszłym roku.
Finanse spędzają nam sen z powiek?
Mimo że w ankiecie jedynie 19 proc. respondentów obawia się utraty pracy lub wzrostu kosztów życia, osoby pytane o przyczynę największego stresu najczęściej wskazywały właśnie na stan finansów.
– W dłuższej perspektywie najbardziej boję się pogorszenia sytuacji na rynku pracy. Nie sądzę, że stanie się to w tym roku, ale jestem prawie pewien, że za naszego życia. Ze względu na rozwój AI programiści i wielu innych specjalistów z innych dziedzin, nie będą już potrzebni w takiej liczbie jak teraz. I nie wiem, co wtedy będę robił – mówi 38-letni Mariusz, programista z Krakowa.
Zwolnienia z pracy najbardziej boi się też 36-letnia Joanna zatrudniona w dużej korporacji w Warszawie. – Śledzę rynek pracy i widzę, że Polska nie jest już tak interesująca dla zachodnich firm, które, ze względu na cięcie kosztów, przenoszą się do Azji. Jeśli zostanę zwolniona, może mi być trudno znaleźć dobrą pracę. W związku z tym boję się wzięcia kredytu na mieszkanie. Zresztą ceny mieszkań też stale rosną.
– Mieszkam i pracuję w aglomeracji krakowskiej, gdzie w ostatnim roku zwolniono setki osób. Sam pracowałem w firmie, która zwalniała grupowo. W nadchodzącym roku będę szukał nowego zatrudnienia, a mam na utrzymaniu trójkę dzieci. Wspólnie z żoną spłacamy też kredyt na dom, dlatego najbardziej boję się recesji bądź stagnacji gospodarczej w Polsce – zdradza 36-letni Rafał pracujący w branży energetycznej.
Na to pytanie odpowiada Agata Gąsiorowska, ekspert w dziedzinie finansów i ich wpływu na nasze samopoczucie i zachowanie.
– Kiedy mówimy o finansach, trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy odczuwamy strach spowodowany realnym zagrożeniem, czy raczej lęk przed czymś bezpodstawnym. Jeżeli na przykład widzę, że moi koledzy wykonujący tę samą pracę są zwalniani albo zwolniono już połowę osób z mojego działu, bo AI przejęło ich zadania, to mamy do czynienia z realnym zagrożeniem. Jedynym sposobem na to, żeby sobie z nim poradzić, są różnego rodzaju strategie zadaniowe, które mają na celu zabezpieczyć nas przed negatywnymi skutkami w przyszłości. Jeśli moją pracę przejęła sztuczna inteligencja, to jedyne, co mogę zrobić, to przekwalifikować się. Realna obawa o sytuację finansową wymaga zresztą szeregu działań. Warto zastanowić się, czy możemy dorobić do wynagrodzenia, ale też szukać oszczędności, np. przez rezygnację z niepotrzebnych wydatków. To są racjonalne działania, które mają na celu przesunąć nas w bardziej bezpieczną stronę.
– Natomiast jeśli nie mam obiektywnych przesłanek co do bezpośredniego zagrożenia utratą pracy, ale naczytałam się w internecie, że AI nam zagraża i zbudowałam sobie przekonanie, że zagraża także mnie, to tutaj mamy do czynienia z lękiem, a więc czymś, co nie ma racjonalnego uzasadnienia. On jest zdecydowanie częściej związany z naszą konstrukcją psychiczną – przekonaniem, że moje decyzje nie są do końca dobre albo, że źle wydaję pieniądze, a w przyszłości będzie na pewno gorzej.
– Jak wynika z moich badań, takie lękowe postawy wobec pieniędzy bardzo rzadko są związane z brakiem umiejętności zarządzania finansami. Zazwyczaj odpowiadają za nie cechy psychologiczne i ogólna skłonność do nadmiernego reagowania emocjonalnego – zarówno na pozytywne, jak i negatywne sytuacje. Osoby, które charakteryzują się wysokim poziomem odczuwania lęku w różnych sytuacjach, często są także przekonane, że ich życiem rządzi przypadek albo inni ludzie. Że czego by nie zrobili, to to i tak nie będą mieli wpływu na efekt. Badania pokazują też, że osoby doświadczające lęku finansowego mają zdecydowanie wyższy poziom materializmu, czyli przekonania o tym, że pieniądze i rzeczy materialne są w stanie rozwiązać wszystkie problemy i zapewnić im szczęście. Obawiają się więc, czy to, ile będą miały w przyszłości, będzie wystarczające, by te pragnienia zaspokoić – mówi Agata Gąsiorowska.
Mimo że młode pokolenia nie doświadczyły wojny, to w psychologii funkcjonuje pojęcie „międzypokoleniowej traumy”, która skutkuje trudnościami w wykształceniu bezpiecznej więzi i może prowadzić do wielu zaburzeń psychicznych. Naukowcy, którzy w latach 60. XX wieku prowadzili badania naukowe, zwrócili uwagę na transfer międzypokoleniowy. W tym celu porównali dzieci zarówno Żydów ocalonych z Holokaustu, jak i tych żyjących w USA, którzy nie doświadczyli wojennych zagrożeń. Okazało się, że dzieci osób, które doświadczyły traumy wojennej, przejmowały od nich niektóre cechy, np. ciągłe poczucie zagrożenia, nadwrażliwość, nieufność, przewlekły smutek czy brak umiejętności wyrażania emocji.
Prof. Michał Bilewicz, psycholog społeczny, w swojej książce “Traumaland” zwraca uwagę, że trauma jest przekazywana nie tylko poprzez zachowania i opowieści rodziców, ale też ich milczenie - nieprzepracowane bolesne doświadczenia stają się tematem tabu i zwiększają wrażliwość na zagrożenie, poczucie nieuzasadnionego lęku czy podatność na teorie spiskowe. Duże znacznie odgrywa też przekaz kulturowy – filmy, literatura czy ekspozycje muzealne często pokazują najbardziej drastyczny wycinek wojennej rzeczywistości, co podsyca lęki. Co ciekawe, zauważono, że najsilniejsze objawy transgeneracyjnego PTSD (zespół stresu pourazowego – przyp. red.) występują w trzecim pokoleniu, a więc u wnuków osób, które doświadczyły piekła wojny. Znajduje to potwierdzenie w badaniach prof. Rzeszutka – według nich co piąty Polak wykazuje objawy PTSD.
– Czytam artykuły dotyczące wojny w Ukrainie, śledzę próby wypracowania pokoju i czuję się czasem, jakbyśmy wszyscy płynęli na Titanicu. Bawimy się, wydajemy pieniądze na głupoty, podróżujemy po całym świecie i udajemy, że nie widzimy, że świat tonie. Nie mam zaufania do polityków, nie jestem przekonana, że się wystarczająco zbroimy, a w dodatku nie jestem pewna, czy możemy liczyć na ewentualną pomoc USA i NATO. Opowieści babci sprawiły, że wojna jawi mi się jako największy życiowy dramat i to jej obawiam się najbardziej – mówi 30-letnia Anna.
– Najbardziej boję się wojny. Czasy są niespokojne, a podejmowane przez rządzących w wielu krajach decyzje – irracjonalne. Zawziętość ludzi się pogłębia, a to mi się kojarzy z czasami sprzed II wojny światowej. Tym bardziej, że zarówno decyzje Putina, jak i Trumpa są nieprzewidywalne – twierdzi 63-letnia Halina.
– To sytuacja specyficzna dla naszych czasów, żyjemy nie tyle w kryzysie, co w multikryzysie, czyli połączonym kryzysie klimatycznym, ekologicznym, związanym z wojną, chorobami i starzeniem się naszego społeczeństwa. Problem polega na tym, że to są fakty, często wcale nie przesadzone. Jednak jeśli przyjmujemy takich informacji za dużo, sami „nakręcamy się” na negatywne zjawiska i odczuwamy coraz większe poczucie zagrożenia. Co robić w takiej sytuacji? Może to głupio zabrzmi, ale nie oglądać telewizji i nie czytać wiadomości. Bo co mamy z nimi zrobić? Tu po raz kolejny odwołam się do realnych zadań – jeśli możesz zrobić cokolwiek, żeby uchronić się lub zmniejszyć ryzyko negatywnych działań, to zrób to. A jeśli nie możesz, to po prostu staraj się o tym nie myśleć – mówi Agata Gąsiorowska.
– Jestem po dwóch operacjach, codziennie zażywam garść leków. Najbardziej boję się całkowitej utraty sprawności. Nie chcę być ciężarem dla rodziny, zresztą nikt nie byłby w stanie się mną zająć. Nie wiem, co się ze mną stanie – mówi 76-letnia Aniela.
– Co miesiąc wydajemy z żoną kilkaset złotych na leki. Najbardziej boimy się, że NFZ się „zawali”, że kolejki do lekarzy będą jeszcze dłuższe, a leki jeszcze droższe. Teraz ratuje nas częściowa refundacja, ale i tak często leczymy się prywatnie, bo na państwową wizytę nie można się doczekać – zdradza 65-letni Roman.
– Realnie możemy zadbać o zdrowie, prowadząc zdrowy styl życia, przede wszystkim jak najwięcej się ruszając. Do tego ważne są badania profilaktyczne, natomiast jakość opieki publicznej to kwestia systemowa, z którą pojedynczy człowiek nic nie może zrobić. A więc znów – róbmy to, co możemy, a pozostałymi kwestiami starajmy się nie przejmować nadmiernie – radzi Agata Gąsiorowska.
– Niestety skłonność do odczuwania lęku w różnych sytuacjach, która jest efektem naszych cech psychologicznych, to silny czynnik ryzyka depresji. Wtedy dochodzi do próby kompensacji braków, np. poprzez nadmierną konsumpcję, a jednocześnie odsuwanie się od bliskich relacji. Tymczasem z wielu różnych badań wynika, że bliskie relacje są najlepsze w leczeniu psychologicznych niedostatków. A więc uchronić może nas coś, co jest darmowe w sensie finansowym, ale bardzo dużo kosztuje w sensie psychologicznym. Dobre relacje wymagają wysiłku, sztuki kompromisów, robienia rzeczy dla drugiego człowieka bez oczekiwania wzajemności. Przede wszystkim musimy akceptować drugą osobę – jej wady i zalety, zły humor, a także to, że czasem nie chce z nami rozmawiać. To jest ten koszt psychologiczny – radzenie sobie z brakiem kontroli, emocjami i niepewnością, bo to jest nieodłączna cecha relacji - mówi Agata Gąsiorowska.
Ekspertka zdradza też, kiedy powinniśmy skorzystać z porady specjalisty:
– Uporczywy niepokój pojawiający się każdego dnia, przewlekły stres, problemy z zasypianiem czy budzenie się w środku nocy to już objawy, z którymi należy zgłosić się do specjalisty, bo może się rozwijać u nas negatywna reakcja stresowa, a nawet epizod depresyjny. Im wcześniej skorzystamy z konsultacji u psychologa lub psychiatry, tym lepiej dla naszego zdrowia psychicznego. Niestety dostęp do opieki psychologicznej jest trudny, więc warto też korzystać z porady u lekarza pierwszego kontaktu, który może stwierdzić, czy nie potrzebujemy pomocy farmakologicznej. Odradzam brania leków uspokajających „w ciemno”, ale czasem nie obejdzie się bez wspomagania farmakologią, bo konieczne jest „fizyczne” unormowanie lęku, a dopiero później psychoterapia.