opinie

Przedstawiamy różne punkty widzenia

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Jesse Watters, znany dziennikarz Fox News, wita się z wiceprezydentem USA. Rozsiadają się wygodnie w fotelach. J.D. Vance jest uśmiechnięty, zrelaksowany, wie, że wywiad będzie łatwy i przyjemny, nie tylko z racji tego, iż Watters jest bezkrytycznym trumpistą. Minęły zaledwie cztery dni od spektakularnego pojmania przez amerykańskie siły specjalne Nicolása Maduro. Atmosfera rozmowy na antenie konserwatywnej stacji jest zatem nieomal euforyczna.

Watters zaczyna od prostego pytania: „Jakie tak naprawdę korzyści przyniosło obalenie wenezuelskiego dyktatora przeciętnemu amerykańskiemu obywatelowi?”.

J.D. Vance odpowiada bez wahania:

„Przede wszystkim będziemy mogli teraz kontrolować ogromne zasoby naturalne Wenezueli […] Ameryka uzyska dostęp do tanich źródeł energii”.

Wiceprezydentowi nie zadrżał głos, powieka nie poruszyła się na milimetr. J.D. Vance wypowiedział te dwa zdania tonem pewnym, a nawet nieznoszącym sprzeciwu.

Akcja USA w Wenezueli. Były szef polskiego wywiadu nie ma wątpliwości

Jeszcze do niedawna, nawet podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa, żaden amerykański polityk zajmujący wysokie stanowisko w rządzie, żaden kongresman, Republikanin czy Demokrata, nie odważyłby się na taką szczerość. „Tak, weszliśmy do Iraku, żeby mieć kontrolę nad złożami ropy”. „Tak, usunęliśmy tego czy innego prezydenta, bo zagrażał naszym interesom ekonomicznym”. „Tak, nakładamy sankcje na europejskich polityków, bo takie jest życzenie naszych technologicznych oligarchów”.

Wenezuela: teraz zaczynają się schody [OPINIA]

Wenezuela: teraz zaczynają się schody [OPINIA]

Deklaracja, która kilka lat temu wywołałaby wielodniową kaskadę krytycznych komentarzy, w dzisiejszej Ameryce jest odbierana, owszem, jako „oburzająca”, ale wcale nie „zdumiewająca”. Wyznanie J.D. Vance’a, iż operacja w Wenezueli miała tak naprawdę na celu zagarnięcie tamtejszych złóż surowców, już nikogo nie szokuje. Szczególnie w obliczu lawiny kolejnych kontrowersyjnych decyzji i zapowiedzi samego Donalda Trumpa i jego najbliższych współpracowników. Czy zdziwi nas desant amerykańskiej piechoty morskiej na wybrzeżu Grenlandii za miesiąc czy dwa? No właśnie. Dlaczego zatem miałyby nas zaskakiwać neokolonialne ambicje Waszyngtonu wobec Wenezueli? Jak się okazuje, zupełnie banalne i nieistotne w kontekście potencjalnego ataku jednego członka NATO przeciwko drugiemu.

Oto cała ideologia ruchu MAGA

Wróćmy jeszcze do pierwszego pytania Jesse’go Wattersa i kilkuminutowego, wenezuelskiego wątku, który pojawia się w wywiadzie.

„Jakie tak naprawdę korzyści przyniosło obalenie wenezuelskiego dyktatora przeciętnemu amerykańskiemu obywatelowi?”.

W tym jednym pytaniu oraz w odpowiedzi wiceprezydenta mieści się cała ideologia ruchu MAGA w obszarze polityki zagranicznej. Watters nie pyta, „co obalenie Maduro przyniosło przeciętnemu WENEZUELSKIEMU obywatelowi”. Nie pyta, jaki plan ma amerykańska administracja, by wyprowadzić wenezuelską gospodarkę z kryzysu (choćby po to, by w ciągu kilku lat przynajmniej część z ośmiu milionów uchodźców chciała do niej wrócić). Nie pyta, czy Ameryka po „obaleniu dyktatury” ma zamiar wysłać do Caracas pomoc humanitarną. Nie pyta, czy i jak ludzie odpowiedzialni za represje wobec opozycji powinni zostać ukarani. Nie pyta, kogo J.D. Vance uznaje za legalnego prezydenta Wenezueli. Nie pyta, dlaczego Nicolás Maduro ma stanąć przed sądem w USA oskarżony o „narkoterroryzm”, a były prezydent Hondurasu Juan Orlando Hernández, skazany za to samo na 45 lat więzienia, został pięć tygodni temu… ułaskawiony przez Donalda Trumpa.

Ukraińskie urazy Donalda Trumpa [OPINIA]

Ukraińskie urazy Donalda Trumpa [OPINIA]

Mniej więcej w tym czasie, gdy J.D. Vance udzielał wywiadu w Fox News, jego szef opublikował na platformie Truth Social entuzjastyczny post na temat relacji amerykańsko-wenezuelskich. Opisując enigmatyczny „Oil Deal” („Porozumienie naftowe”), zapowiedział, iż Stany Zjednoczone będą od tej pory „głównym partnerem handlowym Wenezueli” i że z zysków ze sprzedaży ropy Wenezuela będzie kupowała jedynie produkty amerykańskie. Jednakże, skoro owymi zyskami mają zarządzać… Amerykanie (jak wynika z poprzednich enuncjacji Donalda Trumpa), to moja wcześniejsza uwaga o „neokolonialnych ambicjach” – co do której sam miałem wątpliwości – chyba nie jest aż tak przesadna.

Wenezuelczykom, którzy tak długo i tak dzielnie walczyli z reżimami Hugo Cháveza i Nicolása Maduro, byłoby zapewne miło, gdyby Donald Trump choć raz wspomniał o odbudowie demokracji w ich kraju, o przywróceniu pełnej wolności słowa. O tym, że to sami Wenezuelczycy powinni decydować o własnym losie. Doceniliby kilka ciepłych słów skierowanych w stronę laureatki pokojowego Nobla Marii Coriny Machado (zamiast złośliwych uwag o tym, iż „nie nadaje się na przywódczynię kraju, bo społeczeństwo jej nie szanuje”).

Narracja jest inna

„To jest nasza półkula” – mówi w wywiadzie J.D. Vance, dodając: „Obrona sąsiedztwa USA zawsze była priorytetem amerykańskiej polityki zagranicznej”. Jednocześnie Biały Dom wrzuca na swoim koncie w serwisie X wizerunek Donalda Trumpa z takim samym hasłem („This is our Hemisphere”).

Nie przepadam za tego typu historycznymi dywagacjami, ale w tym momencie trudno oprzeć się pokusie przypomnienia, od kiedy to właściwie Stany Zjednoczone odgrywają dominującą rolę w tej części globu. Bodaj od całkiem niedawna. Ponadto, „dominacja” nie jest tożsama z „własnością”. Meksykanie też mogą stwierdzić: „To nasza hemisfera”, skoro Chichén Itzá, jedno z najstarszych miast w Ameryce Łacińskiej, zostało założone ok. 1000 lat przed przybyciem statku Mayflower z pierwszymi stałymi osadnikami z Anglii. „To również nasza półkula” – mogą odpowiedzieć Brazylijczycy. Oraz Kubańczycy. I Urugwajczycy. A także Haitańczycy, Boliwijczycy, mieszkańcy Panamy, Jamajki, Aruby. Mało tego, na zachodniej półkuli leży niemal cała Hiszpania – zatem, zważywszy na więzy historyczne, kulturowe, językowe, król Filip VI ma nawet silniejszy mandat niż Donald Trump, by stwierdzić: „To jest moje hemisferio”.

Tego typu geograficzno-semantyczne zabawy moglibyśmy ciągnąć bez końca. Również w kontekście sporu o Grenlandię, która, jak przekonuje wielu amerykańskich konserwatystów, leży po prostu zbyt daleko od swojej macierzy, by Duńczycy mogli nią skutecznie zarządzać lub stawić czoła hipotetycznej rosyjskiej czy chińskiej inwazji (odległość z Kopenhagi do Nuuk, w linii prostej, to ok. 3,5 tys. kilometrów). Nie pytajcie jednak, broń Boże, tychże samych zwolenników MAGA, jaka jest odległość między Waszyngtonem a wyspą Guam w Mikronezji, mieszczącą amerykańskie bazy wojskowe. Podpowiadam: 13 tys. kilometrów. Podobny dystans dzieli Londyn od Wysp Falklandzkich, co nie powstrzymało Margaret Thatcher przed wysłaniem w 1982 roku solidnej armady, by wypędzić stamtąd argentyńskich intruzów.

Używanie tego rodzaju argumentów jest zwodnicze, a nawet ryzykowne. Wyobraźmy sobie, że drogą Donalda Trumpa i J.D. Vance’a poszedłby kanclerz Niemiec i za każdym razem, kiedy dochodziłoby do jakiegoś konfliktu w naszej części kontynentu, uciekałby się do sformułowania: „Das ist unser Mitteleuropa”.

„Za dużo niemieckich koncernów medialnych w Czechach? Przecież to nasza Mitteleuropa”.

„Narzucamy surowe przepisy klimatyczne Polakom i Litwinom? Przecież to nasza Mitteleuropa”.

„Nikt w Mitteleuropie nie może zagrażać interesom Republiki Federalnej Niemiec”.

Zaś w wersji ekstremalnej: „Przejmujemy polskie kopalnie węgla. W zamian Polska zobowiązała się, że odtąd, z zysków ze sprzedaży surowca, będzie kupowała WYŁĄCZNIE niemieckie produkty. To bardzo mądry wybór i bardzo dobre rozwiązanie dla obu narodów: Polski i Niemiec”.

Proszę mi wybaczyć te kabaretowe wprawki. Mam na to tylko jedno usprawiedliwienie: ten ostatni, wymyślony „cytat” Friedricha Merza to niemal słowo w słowo komentarz (wcześniej przytoczony we fragmencie) Donalda Trumpa ws. amerykańskich inwestycji w Wenezueli. Jak zatem Państwo widzą, to nie ja jestem autorem scenariusza tej tragifarsy, lecz jedynie widzem i słuchaczem. I wcale nie jest mi do śmiechu.

Efektowna passa może się skończyć boleśnie

„Kontrola nad zachodnią półkulą” w ustach J.D. Vance’a jest jedynie werbalnym wytrychem. Amerykanie, po kilku niepodważalnych sukcesach wojskowych w ostatnich miesiącach (zbombardowanie irańskich instalacji nuklearnych, naloty na pozycje islamskich organizacji terrorystycznych w Iraku, Jemenie, Syrii i Nigerii, aresztowanie Nicolása Maduro, wreszcie przejęcie kilku statków „floty cieni”) najwyraźniej uznali, że są nieśmiertelni, nietykalni, a ich siła militarna najpotężniejsza w dziejach Ameryki. A co najważniejsze, owe imponujące i zazwyczaj perfekcyjnie przeprowadzane (piszę to bez cienia ironii) operacje w najróżniejszych zakątkach globu robią wrażenie i odstraszają ich głównych adwersarzy. Po części upokarzają Chiny i Rosję (udowadniając między innymi, ile było w rzeczywistości warte ich solenne, sojusznicze wsparcie dla Maduro, i jak „skuteczne” okazały się np. rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej).

Kłopot w tym, że ta dotychczasowa, efektowna passa Amerykanów, może się skończyć w najbardziej niespodziewanym momencie, gwałtownie i boleśnie. Atak na laboratoria produkujące metamfetaminę w Meksyku, jaki sugerował w ostatnim wywiadzie Donald Trump? Z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego USA byłaby to decyzja, którą można by usprawiedliwić, albo wręcz pochwalić. Co jednak, jeśli kartel z Sinaloa, w ramach odwetu, porwie np. dwóch agentów Drug Enforcement Administration, albo, co gorsza, jakiegoś amerykańskiego polityka / burmistrza / szeryfa, nagra jego egzekucję i opublikuje na Youtubie?

„Cuba will be next” – mówią co bardziej krewcy Republikanie, marząc o obaleniu kolejnej komunistycznej tyranii w regionie. Być może uda się, jak w przypadku Wenezueli, wyciągnąć z łóżka w środku nocy Miguela Díaza-Canela, pierwszego sekretarza kubańskiej Partii Komunistycznej, i wywieźć go do Miami. Być może umęczeni socjalizmem wyspiarze odzyskają wolność w 24 godziny.

Niewykluczone jednak, że będziemy świadkami innego scenariusza. Díaz-Canel uniknie losu wenezuelskiego kolegi i zostanie ewakuowany w głąb wyspy, dwa amerykańskie chinooki zderzą się w powietrzu gdzieś nad Cieśniną Florydzką, oddział Navy SEALs wpadnie w pułapkę w jednej z uliczek Hawany. A amerykańskie media, szczególnie te nieprzychylne Trumpowi, natychmiast zaczną przypominać słynną klęskę w Zatoce Świń sprzed 65 lat.

To, rzecz jasna, wizja pesymistyczna, choć nie nierealna. Mit o „nieśmiertelności” US Army może się rozpaść w ciągu doby.

Nawet jednak gdyby udało się uwolnić kolejny latynoski naród od czerwonego jarzma, ująć i osądzić kubańskich oprawców, nie musiałoby to wcale wróżyć świetlanej przyszłości dla mieszkańców Hawany, Varadero czy Camagüey. Wenezuelskie doświadczenia wywołują mieszane uczucia. Spodziewałbym się raczej tweeta Donalda Trumpa o takiej oto, z grubsza, treści: „Dla dobra kubańskiego narodu, przejmujemy teraz zarządzanie gospodarką tego kraju, a szczególnie sektorem turystycznym. W ramach „Hotel Deal” Kuba zobowiązuje się do przekazywania zysków z tego sektora na zakup WYŁĄCZNIE produktów amerykańskich. MAKE CUBA GREAT AGAIN!”.

Dla Wirtualnej Polski Marek Magierowski

Marek Magierowski, dyrektor programu „Strategia dla Polski” w Instytucie Wolności, ambasador RP w Izraelu (2018-21) i Stanach Zjednoczonych (2021-24), były wiceminister spraw zagranicznych. Autor książki „Zmęczona. Rzecz o kryzysie Europy Zachodniej” oraz powieści „Dwanaście zdjęć prezydenta”.