- David Bowie, znany z licznych artystycznych wcieleń, co rusz zaskakiwał fanów swoimi projektami muzycznymi. Nie inaczej było z wydanym bez zapowiedzi albumem „The Next Day” (2013) i jego następcą, krążkiem „Blackstar” (2016)
- Album „Blackstar” (jako „★”) wydany 8 stycznia 2016 r. stał się symbolicznym pożegnaniem artysty, który dwa dni później zmarł na raka wątroby. Przez 18 miesięcy, do samego końca, trzymał chorobę w sekrecie
- Album także powstawał w tajemnicy. Bowie współpracował przy nim z muzykami jazzowymi, tworząc jedno z najpiękniejszych dzieł w swojej karierze
- Teledyski do utworów „Lazarus” i „Blackstar”, pozostają nadal inspiracją i świadectwem jego jasnej, zdecydowanej artystycznej wizji — nawet u schyłku życia, w obliczu nieuchronnej śmierci
-
Dużo czytania, a mało czasu? Sprawdź skrót artykułu
Gdy 8 stycznia 2016 r. fani na całym świecie celebrowali 69. urodziny wokalisty, tłumnie wybierając się do sklepów po nowy krążek, „Blackstar”, nikt nie spodziewał się, że już za kilkadziesiąt godzin, rankiem 11 stycznia pogrążą się w żałobie, a płyta, z którą nie zdołali się jeszcze dobrze oswoić stanie się swoistym testamentem ikony w ich rękach. David Bowie zmarł dzień wcześniej — po cichu, w otoczeniu rodziny, po trwającej przez 18 miesięcy walce z nowotworem wątroby.
Zawsze robił to, co chciał. Chciał robić to po swojemu i chciał robić to najlepiej, jak potrafił. Jego śmierć nie różniła się od jego życia — była dziełem sztuki. Stworzył dla nas „Blackstar”, pożegnalny prezent. Od roku wiedziałem, że tak właśnie będzie. Nie byłem jednak na to przygotowany. Był niezwykłym człowiekiem, pełnym miłości i życia. Zawsze będzie z nami. Teraz nadszedł czas na łzy
— napisał wówczas na Facebooku producent albumu, Tony Visconti — jednocześnie wieloletni przyjaciel Davida Bowiego i jego powiernik.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Jak długo David Bowie ukrywał swoją chorobę?
Kiedy odbyła się premiera albumu 'Blackstar’?
Jakie tematy dominują na albumie 'Blackstar’?
Kto był producentem albumu 'Blackstar’?
Premiera „Blackstar” miała miejsce w złotych czasach YouTube’a, gdy fani popkultury szeroko komentowali premiery filmowe, serialowe i płytowe w mediach społecznościowych i korzystając z ostatniego tchnienia tematycznych forów. Teledyski do piosenki tytułowej i „Lazarusa” były tak niejednoznaczne i zadawały tak wiele pytań, że fani byli przytłoczeni mrokiem pochłaniającym wszystko bijącym z ekranu.
We współczesnych czasach TikToka bez wątpienia sieć zalewałyby tysiące teorii spiskowych na temat posępnej, intrygująco dziwnej wizualnej realizacji tego, co w utworach. David Bowie umierał, ale nie chciał nam tego powiedzieć. Przynajmniej nie w sposób dosłowny, nie w tym momencie.
(Jeszcze nie) emerytura gwiazdy rocka
Lata 90. były drugą artystyczną młodością dla Bowiego. Po niezbyt udanych latach 80. eksperymentował z muzyką brytyjskiej młodzieży i mimo że już po pięćdziesiątce, jakby sam stał się młody — zapomniał o części korzeni i na dwóch ostatnich krążkach dekady, „Earthling” (1997) oraz „Hours…” (1999), zanurzył się w industrialnym rocku i muzyce techno oraz drum and bass. W produkcji wspomagał go Reeves Gabrels z The Cure (panowie występowali razem w projekcie Tin Machine), a muzyk szukał sposobów na odkrycie siebie na nowo, ale męczyło go gonienie za trendami.
Przełomem był występ w charakterze głównej gwiazdy festiwalu Glastonbury w 2000 r., gdy zamiast odgrywać piosenki z ostatnich płyt, zdecydował się wrócić do formatu „greatest hits” — wykonał w klasycznych wersjach swe najważniejsze utwory, jak m.in. „Life on Mars?”, „Heroes”, „Ziggy Stardust” czy „Ashes to Ashes”. Ku jego zdziwieniu, 20-; 30-letnie utwory żyły pełnią życia, niczym wydane wczoraj. Bowie zdecydował wrócić na własne tory i stworzyć album zgodny z nim samym — ciepło przyjęte przez krytyków albumy „Heathen” (2002), a następnie „Reality” (2004).
Oba promował globalnymi trasami koncertowymi, obfitującymi w sumie w 148 koncertów. Podczas koncertu w Pradze 23 czerwca 2004 r. odczuwał ból, który miał być jedynie wywołany uciskiem nerwu. Kres nadszedł dwa dni później, po koncercie w niemieckim Scheesel, gdzie występował jako gwiazda festiwalu Hurricane.
Już w trakcie przeczuwał, że nie jest w najlepszej formie, a promieniujący z klatki piersiowej ból nie dawał mu spokoju. Po ostatniej piosence wieczoru, czyli „Ziggy Stardust”, opuścił scenę i gdy tylko stanął za kulisami, upadł. Stamtąd trafił prosto do szpitala, gdzie przeszedł operację zablokowanej tętnicy wieńcowej. Okazało się, że parę dni wcześniej miał atak serca.
Bowie najadł się strachu, a scena przestała być dla niego przyjaznym miejscem. Na estradzie wystąpił jeszcze tylko dwukrotnie — u boku Alicii Keys w 2006 r. podczas balu charytatywnego, a ostatecznie 19 maja 2007 r. u boku Ricky’ego Gervaisa wykonując w Nowym Jorku piosenkę „Little Fat Man”, wykonaną wcześniej w serialu komediowym „Statyści”.

David Bowie (2004 r.)Stuart Mostyn/Redferns / Getty Images
Ktoś pomyślałby, że skoro Bowie nie poświęca czasu na koncertowanie, to będzie teraz bardziej aktywnie wydawał nowe albumy. Nic bardziej mylnego — artysta niemalże zniknął, a jedynie sporadycznie pojawiał się na wydarzeniach branżowych, wspierając syna Duncana czy żonę Iman, a brytyjskie tabloidy donosiły, że ma to związek z rzekomą chorobą Alzheimera, na którą cierpi Bowie. „Jest ostry jak brzytwa. Ostrzejszy niż kiedykolwiek. Ten chłopak nie stracił ani jednej komórki mózgowej” — zaprzeczał Tony Visconti w „Sunday Telegraph”. W tym czasie Bowie zwyczajnie cieszył się życiem i obserwował, jak dorasta jego kilkuletnia córka Lexi, będąc po raz pierwszy zaangażowanym ojcem.
W marcu tego samego roku niespodziewanie ukazał się 27. album Bowiego, „The Next Day”. Powstawał na przełomie 2011 i 2012 r., a do sekretnej współpracy zaprosił zaufanych muzyków, w tym basistkę Gail Ann Dorsey, perkusistę Sterlinga Campbella, czy gitarzystów Gerry’ego Leonarda i Earla Slicka. Na dyskrecji zależało artyście do tego stopnia, że kazał muzykom podpisać specjalną klauzulę, zakazującą im ujawniania wspólnych działań w studio, a jego wytwórnia nie wiedziała o powstawaniu krążka jeszcze na kilka miesięcy przed jego wydaniem.
Album czerpał mocno z art rocka, którym zasłynął w końcówce lat 70., a wiele utworów, jak „Stars (Are Out Tonight)”, „Where Are We Now?” czy „Love Is Lost” brzmią niczym przedłużenie jego artystycznych wcieleń sprzed dekad. Teledyski promujące poszczególne utwory były krótkimi filmami, wręcz małymi dziełami sztuki — wystąpili w nich m.in. Tilda Swinton, Gary Oldman czy Marion Cotillard.
Ten niespodziewany, dopracowany w każdym celu projekt, rozbudził marzenia fanów Bowiego o jego powrocie na scenę — „The Next Day” udowodniło, że artysta wciąż ma do zaoferowania więcej niż inni, a wśród innych gwiazd swojego pokolenia jest wyjątkiem bez strachu szukającym w zasobach własnej kreatywności nowych rozwiązań.
„Blackstar”. Testament nie tylko muzyczny
Rok później wyszła jazz-noirowa historia o rozpadzie małżeństwa, „Sue (Or in a Season of a Crime)”, pod batutą Marii Schneider, co zwiastowało nowy projekt, także powstający w tajemnicy, ale całkiem inny niż cokolwiek, czego dotąd dokonał. Pod koniec życia Bowie na nowo zafascynował się jazzem, gdy usłyszał w jednym z nowojorskich pubów kwartet Marka Guiliana. To jazzowa awangarda wyznaczała mu nowy wektor i żywiła ambicje.
Premiera „Sue” zbiegła się z diagnozą raka wątroby i początkiem chemioterapii, o których Bowie nie powiedział współpracownikom. Skupiła go za to na pracy i rodzinie — to ona od momentu pierwszych problemów zdrowotnych stała się dla niego najważniejsza. Do samego końca mógł liczyć na wsparcie wieloletniej żony Iman oraz syna Duncana i córki Lexi.
David Bowie nie pojawiał się publicznie od kilku lat, nic dziwnego, że wielkim wydarzeniem był jego udział w broadwayowskiej premierze musicalu „Lazarus”, który współtworzył z Endą Walshem. 7 grudnia 2015 r., jak zawsze nienagannie ubrany — w szarej koszulce, czarnej marynarce, z okularami korekcyjnymi i przylizanymi nieco siwymi włosami wspierał twórców spektaklu. Nikt nie spodziewał się wtedy, że to jego ostatnie publiczne wystąpienie.
Kluczowe prace nad „Blackstar” trwały od stycznia do maja 2015 r. Do współpracy zaprosił muzyków jazzowych, zafascynowany ich żywą chemią.
Gdy David nas zobaczył, usłyszał to, jak elektryzujący i agresywni jesteśmy — nawet bardziej niż sądził — to naprawdę przekonało go do nas
— mówił basista kwartetu Tim Lefebvre w rozmowie z „Mojo”.
Na krążku obok Bowiego zaprezentowali się pianista Jason Lindner, saksofonista Donny McCaslin, wspomniany już basista Tim Lefebvre, perkusista Mark Guilian i gitarzysta Ben Monder. Za instrumenty smyczkowe odpowiadał Tony Visconti (był też współproducentem albumu) oraz James Murphy (na instrumentach perkusyjnych).

David Bowie (2015 r., 1992 r.)0000001/Reporter, FaceToFace/REPORTER, Kevin Mazur Archive/WireImage / East News
Od samego początku niemal wszystkie piosenki miały swój zarys stworzony przez Bowiego, a po podpisaniu klauzuli poufności muzycy zapoznali się z jego nagraniami demo. Bowie nie chciał dyrygować, dając im wolną rękę i pozwalając na własne interpretowanie pierwotnych pomysłów. Przygotowując zespół, zależało mu na zachowaniu niezwykłego muzycznego porozumienia, jakie wyczuł w ich muzyce. Zaufał ich jazzowemu językowi i instynktowi.
Tony Visconti dowiedział się o chorobie przyjaciela na początku sesji nagraniowych.
Właśnie wrócił z chemioterapii i nie miał brwi ani włosów na głowie i nie było mowy, żeby mógł to ukryć przed zespołem. Ale powiedział mi to w tajemnicy i naprawdę się wzruszyłem, kiedy usiedliśmy twarzą w twarz i o tym rozmawialiśmy
— opowiadał w magazynie „Rolling Stone”.
Producent wspominał heroiczność Bowiego, jego optymistyczne podejście do życia — nawet wtedy, gdy po chwilowym polepszeniu stanu zdrowia okazało się, że rak powrócił ze zdwojoną siłą i się rozprzestrzenił.
„[W listopadzie 2015 r.] nie miał już szans na wyleczenie” — mówił Visconti. Zbiegło się to z nagraniami do klipu „Lazarus”.
Jestem bardzo chory i mogę nie dać rady
— miał powiedzieć reżyserowi teledysku, Johanowi Renckowi, gdy planowali nagranie (cyt. „The Guardian”).
Wtedy też zakończyły się prace nad albumem, a Visconti zrozumiał, że dla Bowiego to prawdziwa i symboliczna klamra. „Był taki odważny i dzielny. Jego energia nadal była niesamowita jak na człowieka chorego na raka. Nigdy nie okazywał strachu. Po prostu skupił się na nagrywaniu” — dodawał. Wedle producenta, muzyk spodziewał się, że dane jest mu jeszcze kilka miesięcy życia i odliczał dni do powrotu do studia. Po zarejestrowaniu „Blackstar” chciał nagrać jeszcze jeden album, a trzy piosenki, które pozostały znalazły się na pośmiertnej EP-ce, „No Plan”.
„Blackstar” zdominowany jest przez tematy ostateczne. Bowie u boku wybitnych muzyków wymieszał jazzową finezję z elektronicznym chłodem. Oszałamiająca równowaga między muzyką a słowami, uderza jak obuchem, ukazując mrok nieuchronności losu, nadchodzącą, osobistą apokalipsę. To pożegnanie w niepodrabialnym, niedoścignionym stylu. Ból, obecność i jej brak, izolacja, śmierć — pogodzenie z nią, a zarazem niepokój wywołany przez jej bezdyskusyjność, wylewają się tu niemal z każdego utworu.
Dla fanów Davida Bowiego szczególnie trudna nawet po dekadzie od premiery zdaje się końcówka krążka, szczególnie kompozycje „Dollar Days” i „I Can’t Give Everything Away”, które poza symbolicznym, wizualnym pożegnaniem z teledysku do „Lazarusa” są bardziej intymnym, osobistym wykrzyczeniem au revoir! i zakończeniem ziemskiego etapu na własnych zasadach. I podkreśleniem, że sztuka nie kończy się wraz ze śmiercią twórcy.
Zobacz też: