Celem amerykańskiej operacji w Wenezueli jest przejęcie kontroli zarówno nad wydobyciem, jak i eksportem surowców z tego kraju. W tym celu Trump i jego doradcy omawiają plan przejęcia kontroli nad państwową spółką naftową Wenezueli PDVSA — regionalnym partnerem strategicznym rosyjskiego przedsiębiorstwa państwowego Roszarubeżneft. Według planu Trumpa wzrost dostaw surowców z Wenezueli na rynek światowy pozwoli obniżyć cenę ropy Brent do 50 dol. za baryłkę (181 zł) — obecnie wynosi ona około 61 dol. (221 zł).
Powszechnie uważa się, że Wenezuela posiada największe złoża ropy naftowej na świecie — 303 mld baryłek, czyli jedną piątą światowych zasobów. Nie oznacza to jednak, że wystarczy tylko odkręcić kran, aby na rynek natychmiast wpłynęła rzeka ropy, obniżając ceny i zmniejszając dochody trafiającego do rosyjskiego budżetu wojskowego.
Utopijne plany Trumpa
Po pierwsze — jeszcze około 20 lat temu rezerwy Wenezueli szacowano na skromną wartość — około 80 mld baryłek mniej lub bardziej „tradycyjnych” węglowodorów. Resztę stanowiła ropa ciężka i bardzo ciężka, która krzepnie podczas wydobycia — trzeba ją rozrzedzać i ulepszać za pomocą specjalnego sprzętu, co znacznie podnosi koszty produkcji. Przy cenie ropy Brent na poziomie 50 dol. (181 zł) za baryłkę, której pragnie Trump, takie technologie raczej się nie zwrócą.
Po drugie — sankcje nałożone przez USA na Wenezuelę po wyborze Nicolasa Maduro na prezydenta w 2019 r. zmniejszyły jej produkcję ropy o blisko połowę — właśnie dlatego, że kraj ten stracił dostęp do importowanych materiałów i technologii do eksploatacji ciężkich złóz ropy naftowej. Obecnie Wenezuela produkuje mniej niż milion baryłek ropy dziennie (dla przykładu w Rosji dzienna produkcjia wynosi 9 mln baryłek) — to niecały 1 proc. światowej produkcji. W 2004 r. w kraju wydobywano około 3,1 mln baryłek.
Żaden plan Trumpa nie pomoże szybko przywrócić produkcji do tego poziomu — dlatego obietnice prezydenta USA dotyczące „otwarcia kurka i obniżenia cen” wydają się utopijne.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
— Powrót do poziomu wydobycia sprzed 20–25 lat zajmie co najmniej 10–15 lat i będzie wymagał ogromnych inwestycji, które będą niemożliwe bez stabilności politycznej, a obecnie nie ma co do niej żadnej pewności — mówi Tatiana Lanszyna, ekspertka ds. energetyki.
Z powodu głębokiego kryzysu instytucjonalnego i nieudanej polityki gospodarczej Wenezueli, a później także sankcji międzynarodowych, przez dziesięciolecia nie napływały do tej branży, ale i do całego kraju, niezbędne inwestycje — dodaje.
W rezultacie Wenezuela ma przestarzałą infrastrukturę i braki w wykwalifikowanej kadrze, co przełożyło się na opóźnienie technologiczne. — Czynniki te wyznaczają pułap wzrostu, niezależnie od scenariuszy. Dlatego wpływ Wenezueli na ceny w najbliższych latach będzie pośredni i ograniczony — mówi Tatiana Mitrowa, ekspertka z Centrum Globalnej Polityki Energetycznej Uniwersytetu Columbia.
Małe kroki
Jeśli nie mówimy o skoku od razu do poziomu sprzed 20 lat, ale o bardziej realnych postępach, to w ciągu dwóch lat można osiągnąć poziom wydobycia 1,5 mln baryłek dziennie (czyli dodać zaledwie 0,5 mln baryłek do obecnej produkcji) — taki jest konsensus analityków. Nawet do tego skromnego osiągnięcia potrzebne są jednak setki miliardów dolarów inwestycji i stabilność polityczna w kraju.
Amerykańskie firmy nie powrócą do niego, dopóki sankcje nie zostaną zniesione, a inwestorzy nie będą mieli pewności, że w Wenezueli będą mogli zarabiać i że będzie tam zapewniony przynajmniej minimalny poziom bezpieczeństwa — powiedział Agencji Reutera Mark Christian, dyrektor ds. rozwoju biznesowego firmy konsultingowej Chris Well Consulting.
Dodatkowe 0,5 mln baryłek dziennie to zbyt mało, aby mogło znacząco wpłynąć na ceny ropy na globalnym rynku. „Skala wahań cen nie przekroczy 2–3 dol. (7,2 — 10,9 zł) za baryłkę” — pisze na swoim kanale na Telegramie analityk naftowy Kiriłł Rodionow.
Eksperci, z którym rozmawiała Nowa Gazieta, uważają, że dynamika cen ropy Brent w najbliższym czasie będzie zależała od popytu na surowiec ze strony największych gospodarek — przede wszystkim Stanów Zjednoczonych, Chin i Indii. Światowe banki inwestycyjne nie zmieniają na razie swoich i tak już dość niskich prognoz cen ropy naftowej na 2026 r. Obecnie średnia cena ropy Brent wynosi nieco ponad 61 dol. (221 zł) za baryłkę. Jest to o około 22 proc. więcej od wartości, o jakiej marzy Trump.
Problem polega jednak na tym, że ceny nie tylko nie spadną, ale też nie wzrosną, a przecież często w przypadku konfliktu zbrojnego lub niestabilności w kraju dostawcy surowce drożeją. Jak powiedział ekonomista globalnego banku w wywiadzie dla „Nowej Gaziety”, „w perspektywie krótkoterminowej, do 2026 r., i w wąskim znaczeniu (wpływ na konkretne parametry makroekonomiczne) jest to rzeczywiście prawie nieistotne wydarzenie, które ma niewielki wpływ na prognozy, a raczej potwierdza brak optymizmu co do cen ropy”.
Dla Putina — „patrona” Maduro — i dla rosyjskiej machiny wojennej niekorzystne jest jednak utrzymanie się cen na obecnym poziomie.
Poważny sygnał alarmowy dla Kremla
Kreml bardzo ucieszyłby się z drogiej ropy — kontynuowanie agresji na Ukrainę wymaga bowiem dużych nakładów finansowych. Nic dziwnego, że Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego Rosji przewiduje, że w 2026 r. średnia cena ropy Brent wyniesie 70–72 dol. (253-261 zł). Jak jednak pisze Rodionow, nawet jeśli w Wenezueli nastąpi renesans wydobycia ropy, będzie to „kolejny czynnik stabilizacji cen na stosunkowo niskim poziomie. Cena 100 dol. (362 zł) — w ujęciu realnym — nie pojawi się już na rynku”.
Wszystko to stanowi poważny sygnał alarmowy dla Kremla, który nie ma już zbyt wielu sojuszników-dyktatorów na świecie, zwłaszcza na półkuli zachodniej.
— Działania administracji USA są teraz wyraźnie i otwarcie ukierunkowane na „wykorzystanie” słabych punktów rosyjskiego państwa — mówi ekonomista w rozmowie z „Nową Gazietą”.
Oprócz niewielkiej liczby zagranicznych przyjaciół problematyczne dla Rosji są wysokie uzależnienie od zasobów energetycznych i niezdolność do reagowania na działania siłowe ze strony większego mocarstwa — wskazuje ekspert. Dodaje, że Trump uderzał w te czułe punkty już nie raz. W Wenezueli uderzył jednak we wszystkie trzy na raz.
— To ważne, bo po pierwsze podkreśla, że Trump nie jest w żadnym wypadku prorosyjski, a po drugie — że podejmuje działania, które potencjalnie mogą ograniczyć zasoby (finansowe, polityki zagranicznej) obecnego reżimu rosyjskiego — podsumowuje ekonomista.