2. sezon serialu Tysiąc ciosów jest już dostępny na platformie Disney+. Z tej okazji spotkałem się z twórcą i scenarzystą projektu, Stevenem Knightem. Porozmawialiśmy o nowych odcinkach i planach na dalszą przyszłość.
ADAM SIENNICA: Kręciliście oba sezony Tysiąca ciosów jednocześnie. Czy reakcje krytyków i widzów po pierwszym sezonie miały jakiś wpływ na waszą pracę nad drugą serią na etapie postprodukcji?
STEVEN KNIGHT: Nie, musieliśmy mieć wiarę w nasz projekt. Disney wierzył w nas, dlatego od razu dał zielone światło na dwa sezony. Nie wiedzieliśmy, czy otrzymamy pozytywne reakcje, ale w to wierzyliśmy. Dlatego, gdy pracowaliśmy na planie, mając gotowe scenariusze, musieliśmy kontynuować ją w tym samym stylu. Takie podejście było w pełni uzasadnione. Ponieważ drugi sezon był już nakręcony, nie mieliśmy zbyt wiele przestrzeni, by zrobić coś inaczej. Ale to dobrze – reakcje okazały się niezwykle pozytywne.
![]()

Reklama

fot. Robert Viglasky/Disney+
![]()
Widzę różnicę między sezonami. Mam wrażenie, że drugi sezon jest bardziej metaforą życia jako ringu bokserskiego, w którym każda postać toczy walkę – z osobistymi demonami lub z inną osobą. Czy to był kierunek, w który celowałeś, tworząc scenariusz?
Tak, zdecydowanie. Każdy walczy na swój sposób, ale nie ma nic bardziej bezpośredniego niż pojedynek bokserski. To dwie osoby próbujące zdominować się nawzajem fizycznością, siłą ciała.
To bardzo czytelna metafora tego, co wszyscy robimy w życiu. Masz rację – bohaterowie czasem walczą między sobą, ale tak naprawdę najczęściej mierzą się z własnymi demonami. I dokładnie to chciałem pokazać w drugim sezonie.
Motyw boksu jest czymś wyjątkowym dla tego serialu. Obok gangsterów i klimatu Londynu stanowi bardzo intrygujący element, dzięki któremu drugi sezon wydaje się nasycony głębszymi emocjami.
Tak, to naturalne, że pierwszy sezon każdego serialu jest inny. Wtedy wykonuje się ogrom pracy, by zbudować fundamenty historii i ustanowić postacie. Potrzeba też czasu, by bohaterowie trafili do serc widzów. Kiedy to się uda, twórcy zyskują większą swobodę – mogą zejść głębiej, poszerzyć opowieść i poprowadzić każdą z postaci w bardziej złożoną, emocjonalną podróż.
Pomimo tej podbudowy w pierwszym sezonie, drugi rozpoczynasz od przeskoku w czasie. To zabieg, który zazwyczaj wymaga bardzo precyzyjnego podejścia, by widz nie poczuł się zagubiony już w pierwszym odcinku. Jak do tego podchodzisz, by od razu zaangażować odbiorcę?
Nie chciałem zaczynać dokładnie w miejscu, w którym skończyliśmy. Skoro mamy pierwszy i drugi sezon, a nie są one emitowane bezpośrednio po sobie, pojawia się pytanie: jaki jest sens ich rozdzielenia? Dla mnie odpowiedź była prosta – chciałem rozdzielić głównych bohaterów. Umieścić ich w różnych miejscach i pokazać, że tak naprawdę ci ludzie do siebie pasują. Istnieje między nimi niemal grawitacyjne przyciąganie, które sprawia, że powinni być razem. A żeby to zaprezentować, najpierw trzeba było ich od siebie oddzielić.
Zależało mi też na tym, by każdy z nich znalazł się w sytuacji, w której zrozumie, że nawet jeśli los stawia cię w jednym miejscu, to tak naprawdę tam, gdzie powinieneś być i gdzie naprawdę do siebie pasujesz, są ludzie, przy których możesz być najbardziej sobą. I właśnie o tym jest historia drugiego sezonu.
fot. naEKRANIE.pl
To grawitacyjne przyciąganie jest szczególnie widoczne w dynamice relacji Mary i Ezechiasza. W pewnym sensie są dla siebie lustrzanym odbiciem – jakby zaglądali sobie nawzajem w dusze. W tym sezonie widać to bardzo wyraźnie. Ta „grawitacja” jest więc kluczowa dla tej relacji, prawda?
Dokładnie. W pewnym sensie tworzy się tu trójkąt – Sugar kocha Mary jeszcze od czasów sprzed początku pierwszego sezonu, a potem pojawia się Ezechiasz.
Nie jest to jednak sytuacja, w której ktoś komuś „odbiera” drugą osobę, bo nie da się odebrać kogoś takiego jak Mary Carr. Ona idzie tam, gdzie chce, i robi to, co chce. To relacja absolutnie dwustronna. I rzeczywiście jest w tym odbicie – te dwie postacie wzajemnie się odzwierciedlają. Właśnie dlatego ta dynamika znajduje się w samym sercu wszystkiego, co dzieje się w tej historii.
I to jest właśnie najważniejsze. Widzowie zobaczą w zwiastunie boks, brytyjskich gangsterów i konflikty, ale drugi sezon Tysiąca ciosów pokazuje, że to historia znacznie głębsza. To właśnie dynamika między postaciami wydaje się największą siłą serialu.
Zdecydowanie. Cieszę się, że to wybrzmiewa, bo dokładnie taki był nasz zamiar. Teraz, gdy mamy bohaterów, z którymi widzowie naprawdę się utożsamiają, możemy na tym fundamencie budować dalej i poruszać kwestie, które nie są już wyłącznie fizyczne. To emocje wysuwają się na pierwszy plan.
Zakładam, że – podobnie jak postać Mary Carr – masz wszystko zaplanowane. Czy są już pomysły na trzeci sezon Tysiąca ciosów?
Mam plany jak Mary, ale na razie nie możemy rozmawiać o trzeciej serii. Gang Czterdziestu Słonic działał do lat 50., więc jest jeszcze wiele historii do opowiedzenia w tym świecie. Gdyby to zależało ode mnie, kontynuowałbym tę opowieść przez długi czas.