Najpierw — komentarzem o „narzucaniu” Polsce rozwiązań — szef rządu uspokaja, tylko kto wie, czy tak naprawdę nie samego siebie. Oto w listopadzie br. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) orzeka, że Polska jest zobowiązana do respektowania zawieranych za granicą i żyjących tam przez jakiś czas małżeństw jednopłciowych. Moment jest dla władzy pechowy.

Na półmetku rządów koalicji 15 października (Koalicja Obywatelska, Polska 2025, PSL i Nowa Lewica) kobiety, które chcą decydować o swoich ciałach, nadal zdane są na własne portfele albo zastraszane organizacje pomocowe, a społeczność LGBT+ i tęczowe rodziny, według urzędowych dokumentów, nie istnieją. W dodatku w sondażową siłę rosną prawicowi radykałowie: pudrująca swoje nacjonalistyczne postulaty Konfederacja oraz dumnie łamiący prawo Grzegorz Braun.

Pytanie, jak odnaleźć się w tym politycznym tyglu powraca do obozu władzy od czerwca, kiedy w Pałacu Prezydenckim miejsce Andrzeja Dudy zajął jego bardziej konserwatywny kolega, Karol Nawrocki.

W efekcie powyborcza rekonstrukcja rządu przynosi nie tylko ministerialne roszady, ale też przechylenie kursu na prawo. Po likwidacji Ministerstwa Równości pod kierownictwem Katarzyny Kotuli — dziś na stanowisku Sekretarza Stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów — z ust premiera Tuska słychać studzenie społecznego entuzjazmu, tak gorącego jesienią roku 2023.

Wobec realizacji kampanijnych obietnic — czy to realnej świeckości państwa, czy choćby podstawowej równości — Tusk zapewnia o konieczności kompromisów. A wobec respektowania wspomnianego wyroku TSUE niosący europejskie wartości na sztandarach premier przekonuje: „Jeszcze raz chcę państwa uspokoić: nikt niczego w tej sprawie nam nie będzie narzucał”.

Rządowej opieszałości winien ma być PSL, najbardziej konserwatywny z koalicjantów, któremu obywatelska równość nie w smak. Na tyle, że lider ugrupowania i wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz postuluje roczny okres próbny dla nie-związków partnerskich, czyli umowy o wspólnym pożyciu. To element „kompromisowej”, powtarza rząd, ustawy o statusie osoby najbliższej. Poprzedni projekt, wypracowany z organizacjami działającymi na rzecz równości, ląduje w koszu.

Dziś nie ma już mowy o związkach partnerskich, zaś w spocie zapowiadającym obecne rozwiązanie decydenci unikają nawet skrótu LGBT+. Tak na wszelki, polityczny wypadek.

Ludzie nieheteronormatywni, ale też osoby w związkach różnopłciowych, które nie chcą brać ślubu, zamiast od razu do Urzędu Stanu Cywilnego mają kierować się do notariusza, by tam sporządzić rejestrowaną później cywilnie umowę. Nie znajdzie się w niej ani ochrona tęczowych rodzin poprzez tzw. pieczę zastępczą, ani możliwość wspólnego nazwiska, ani pełne prawo do decyzji o pochówku partnera w razie konfliktu z jego rodziną.

I tak to, co miało być powodem małej dumy, zostało powodem sporego wstydu.

Ale odczłowieczana przez kolejne lata społeczność LGBT+ wstydu za nieswoje winy najadła się już wystarczająco. Z kolei obecny rząd mógł jeszcze go uniknąć. Jednak poszedł w zaparte. Donald Tusk zignorował eksperckie analizy, wskazujące, że umizgiwanie się do prawicowego elektoratu wzmacnia, owszem, ale prawicę.

Na nic też zdały się słane premierowi listy od tęczowych rodzin, krytyczne słowa organizacji LGBT+ oraz sondaże. W badaniach opinii publicznej rzekomo blokujący związki partnerskie PSL szura po dnie, a o przekroczeniu progu wyborczego może na razie pomarzyć. Z kolei poparcie związków partnerskich osób tej samej płci przekracza 60 proc.

Donald Tusk i Katarzyna KotulaPawel Wodzynski/East News / East News

Donald Tusk i Katarzyna Kotula

Koniec końców pod znakiem zapytania staje słowność szefa rządu, jego europejska wiarygodność i społeczna wrażliwość. Dopełnieniem tej politycznej klapy jest grudniowa konferencja, gdzie premier nie potrafi nawet powtórzyć skomplikowanej nazwy tak długo zapowiadanej przez siebie ustawy. Nie pomaga streszczenie projektu przez Donalda Tuska zdaniem: „Coś, co nikogo nie zachwyci”.

Zachwycać się, przyznaję, trudno. Rząd chciał dowieść swojej sprawczości tak, by przy tym niczego nie zaryzykować, nikomu się nie narazić. Ale zaryzykował — przyzwoitość — i naraził się, a jakże — prawicy.

Prawicowi politycy pod rękę z firmującymi ich przekaz organizacjami pokroju Ordo Iuris i mediami w stylu TV Republika, manipulują założeniami okrojonej do granic absurdu ustawy. Straszą „homomałżeństwami Tuska”, przygotowując tym grunt pod prezydenckie weto.

Nawet jeśli okaże się ono faktem, co sugerują współpracownicy Karola Nawrockiego, to w obecnej sytuacji smutek rządu — który nie złożył najpierw na prezydenckie biurko ustawy w pełnym kształcie — będzie wyglądał jak ronienie krokodylich łez.

Szansa na równość została przegrana już wcześniej. Wtedy kiedy obecna władza, podobnie jak jej poprzednicy, uznała, że godność i wolność podlegają negocjacjom.