3 stycznia 2026 r. pod osłoną nocy, w precyzyjnie zaplanowanej akcji siły specjalne USA dokonały uderzenia bezpośrednio na pałac prezydencki w Caracas. W wyniku tej operacji Amerykanie schwytali i uprowadzili Nicolása Maduro i jego żonę, Cilię Flores. To, co wydarzyło się w stolicy Wenezueli, przypomina scenariusz filmu sensacyjnego, jednak skutki tej operacji są aż nazbyt realne i zdaniem prof. płk. Dariusza Kozerawskiego, byłego rektora-komendanta Akademii Obrony Narodowej, obecnie wykładowy w Katedrze Bezpieczeństwa Narodowego Uniwersytetu Jagiellońskiego będą oddziaływały na wiele globalnych wydarzeń rozpoczynającego się właśnie roku.
Przypomnijmy, w ramach operacji uprowadzenia Maduro i jego żołny Stany Zjednoczone zaangażowały 150 platform powietrznych operujących z 20 baz, w tym najnowocześniejsze myśliwce F-22 i F-35. Celem nie była inwazja na kraj, lecz uprowadzenie dyktatora. Amerykanie najpierw oślepili wenezuelską obronę przeciwlotniczą punktowymi uderzeniami rakietowymi, a następnie do akacji wkroczyli żołnierze jednostek specjalnych, którzy przejęli prezydenta i jego żonę.
Para została ewakuowana na amerykańskie okręty wojenne w ciągu zaledwie kilku godzin. Oficjalne źródła mówią o precyzji, jednak doniesienia z Wenezueli wskazują, że w skutek działania wojsk amerykańskich śmierć poniosło co najmniej 24 żołnierzy ochrony prezydenta Wenezueli i kilkudziesięciu cywilów.
Marcin Wyrwał w podcaście „Fronty Wojny” porównuje tę sytuację do rosyjskich prób pojmania Wołodymyra Zełenskiego w 2022 r. Różnica? Amerykanom się udało. — Wenezuela nie mogła skutecznie oddziaływać na potencjał amerykański. To była klasyka gatunku, ale przy ogromnej dysproporcji sił. Ukraina natomiast jest to państwo posiadające jedne z najlepszych sił specjalnych na świecie i skuteczny system ochrony. Ukraińcy przewidywali rosyjskie plany — tłumaczy prof. Kozerawski.
Ekspert podkreśla jednak, że kluczem sukcesu Stanów Zjednoczonych w Wenezueli był ich wywiad. Amerykanie, zdaniem byłego wojskowego, mieli „swoich ludzi” w najbliższym otoczeniu wenezuelskiego dyktatora, co pozwoliło na chirurgiczne cięcie przeprowadzone na koniec przez ich siły specjalne.
— Ta operacja miała pokazać światu skuteczność Donalda Trumpa. Kurtyna spadła. Już nawet nie maski, po prostu kurtyna. Za nią mamy Strategię Bezpieczeństwa Narodowego USA z 4 grudnia 2025 r., gdzie kluczem jest utrzymanie wpływów amerykańskich na półkuli zachodniej — analizuje ekspert.
Flota cieni na celowniku Stanów Zjednoczonych
Gdy świat jeszcze nie ochłonął po wydarzeniach w Caracas, administracja Trumpa zadała kolejny cios, tym razem wymierzony w finansowe i militarne zaplecze Kremla. Chodzi o tzw. flotę cieni, czyli setki starych, często nieubezpieczonych tankowców, które Rosja wykorzystuje do omijania sankcji i transportu ropy naftowej oraz komponentów wojskowych.
Amerykańska marynarka wojenna dokonała bezprecedensowego zatrzymania dwóch takich jednostek na pełnym morzu. Oficjalny komunikat mówi o „kontroli ładunku surowców energetycznych”, jednak gość „Frontów Wojny” sugerują drugie dno.
— Flota cieni to platformy transportujące nie tylko surowce naturalne. Nie wiemy, co dokładnie było na statkach zatrzymanych przez Amerykanów, ale wiemy, że Iran produkował w Wenezueli komponenty, w tym elektronikę do swoich dronów. Zatrzymanie tych statków to był sygnał: „kontrolujemy każdy wasz ruch” — zauważa prof. Kozerawski.
Operacja ta, zdaniem eksperta, ma na celu nie tylko odcięcie dopływu gotówki do Moskwy, ale przede wszystkim zablokowanie transferu technologii dronowych, które stały się kluczowe na froncie w Ukrainie. Jednocześnie Trump pokazuje, że „półkula zachodnia” to jego strefa wpływów, na której ani Rosja, ani Chiny nie mają już prawa głosu.
Grenlandia: Koniec NATO wisi w powietrzu?
Najbardziej niepokojącym wątkiem rozmowy jest jednak kwestia Grenlandii. Trump otwarcie przyznał, że „opcja militarna jest zawsze na stole”, jeśli Dania nie zgodzi się na transakcję przekazania wyspy Amerykanom. Jak zauważana gość „Frontów Wojny” nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA z grudnia 2025 r. jasno wskazuje, że Arktyka i Grenlandia, to dla Waszyngtonu kwestia bardzo ważna.
Marcin Wyrwał pyta jednak, czy wejście militarne USA na Grenlandię to de facto koniec NATO? — Jeden sojusznik atakowałby drugiego — punktuje dziennikarz. Prof. Kozerawski próbuje tonować nastroje, choć przyznaje, że Trump w tym przypadku stosuje metodę „kubła zimnej wody”.
— Europa została obudzona w brutalny sposób. Dlatego dziś Dania i inne kraje europejskie muszą być pragmatyczne. Skoro Trump twierdzi, że Europa nie jest w stanie zapewnić Grenlandii bezpieczeństwa, to trzeba do sprawy podejść inaczej. Uważam, że w tej kwestii odpowiedź sekretarza generalnego NATO Marka Rutte była genialna. Zaproponował on, by Amerykanie zainstalowali tam więcej swoich żołnierzy jako sojusznicy i aby pilnowali tej wyspy razem z Europą — mówi prof. płk Kozerawski.
Jednocześnie, wykładowca Katedry Bezpieczeństwa Narodowego Uniwersytetu Jagiellońskiego podkreśla, że Grenlandia to dla Trumpa świetny temat zastępczy na potrzeby wewnętrzne. Dodaje, że w USA sytuacja jest napięta — ceny rosną, a poparcie dla ruchu MAGA spada przed kluczowymi wyborami połówkowymi w listopadzie 2026 r. Sam prezydent, jego zdaniem, ma mieć świadomość, że porażka republikanów może oznaczać dla niego impeachment.
Co to oznacza dla Polski?
Prof. płk Kozerawski ostrzega, że przypadek Wenezueli może stać się niebezpiecznym precedensem dla Federacji Rosyjskiej. Jego zdaniem, jeśli USA mogą uprowadzić przywódcę państwa w swojej strefie wpływów, to dlaczego Putin nie miałby spróbować tego samego w Mołdawii czy krajach bałtyckich? Dlatego — podkreśla wojskowy — ważna jest jedność Europy i jej solidarne wsparcie dla walczącej z Rosją Ukrainy.
Dziennikarze Onetu pytają więc o spotkanie tzw. koalicji chętnych, które miało miejsce 6 stycznia 2026 r. w Paryżu pod przewodnictwem Emmanuela Macrona. Przywódcy 27 państw rozmawiali tam o zwiększeniu wsparcia militarnego dla Ukrainy, w tym o gotowości do wysłania sił pokojowych na terytorium Ukrainy w celu zabezpieczenia rozejmu lub ochrony kluczowych obszarów.
— Europa zaczyna „prężyć mięśnie”, tworząc koalicje chętnych, ale wciąż brakuje jej realnych zdolności militarnych — zauważa Edyta Żemła. Pyta też, na ile zagrożenie ze wschodu jest dziś dla nas realne? — Nigdy po II wojnie światowej globalny gracz strategiczny, jakim jest Rosja nie zagrażała Polsce aż tak bardzo — ostrzega prof. płk Kozerawski.
Czy Polska jest przygotowana na świat, w którym siła militarna zastępuje dyplomację? O tym w kolejnych odcinkach „Frontów Wojny”.