Ich doświadczenie bycia przedmiotem cudzych decyzji, eksperymentów i politycznych kalkulacji sięga znacznie głębiej — do relacji z Danią, która przez dekady sprawowała nad Grenlandią realną władzę. W imię „opieki”, „modernizacji” i dla „dobra dzieci”, Duńczycy podejmowali krzywdzące Grenlandczyków decyzje. Mogli to robić, bo Grenlandia jest częścią Królestwa Danii, choć od 1979 r. posiada autonomię, poszerzoną w 2008 r.

Dyskusja o tym, jak przez ostatnie dekady wyglądała sytuacja Grenlandii pod okiem duńskiego rządu, wybuchła na nowo po wpisie islandzkiej piosenkarki Bjork.

„Nawet obecnie Duńczycy traktują Grenlandczyków jak ludzi drugiej kategorii. Wciąż dochodzi do odbierania dzieci rodzicom, nawet tak niedawno, jak w 2025 r. Kolonializm wielokrotnie wywoływał u mnie dreszcze grozy na plecach. Myśl, że moi grenlandzcy bracia i siostry mogliby przejść od jednego okrutnego kolonizatora do drugiego, jest zbyt brutalna, by ją sobie w ogóle wyobrazić” — napisała wokalistka.

Bjork odniosła się we wpisie także do swojej rodzinnej Islandii, która do 1918 r. była częścią Danii, później suwerennym państwem pozostającym w unii personalnej z Królestwem Duńskim, a w 1944 r. stała się całkowicie niezależną Republiką Islandzką.

„Życzę wszystkim Grenlandczykom błogosławieństwa w ich walce o niepodległość. Islandczycy odczuwają ogromną ulgę, że udało im się uwolnić spod duńskiej władzy w 1944 roku” — napisała.

Jej słowa odbiły się szerokim echem w krajach nordyckich i stały się impulsem do ponownej debaty o nierozliczonych aspektach relacji Danii z Grenlandią. Ciemnych spraw w duńsko-grenlandzkiej historii jest wiele, a część z nich wciąż nie doczekała się pełnego wyjaśnienia i zadośćuczynienia.

Usłyszały: zdejmijcie ubrania. Zbadamy was tam na dole

W 2025 r. duński rząd złożył grenlandzkim kobietom oficjalne przeprosiny. Zrobił to po tym, jak dziennikarskie śledztwa ujawniły fakt, że w latach 1965-1991 wprowadzono na wyspie kontrolę urodzeń. Sposób, w jaki Duńczycy tego dokonali, jest jedną z najbardziej wstydliwych kart w historii ich państwa.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Co mówiła Bjork o Grenlandczykach?

Jakie były przeprosiny duńskiego rządu w 2025 roku?

Jakie były skutki eksperymentu społecznego z 1951 roku?

Co podkreśliła minister spraw zagranicznych Grenlandii?

W 2023 r. rządy Danii i Grenlandii ogłosiły rozpoczęcie własnego śledztwa w tej sprawie. Raport badań opublikowany został we wrześniu ubiegłego roku. Składa się z trzech części. Ostatnia jest najbardziej szokująca. Nawet dziewczynkom do 12. roku życia, które nie były aktywne seksualnie, zakładano wkładki domaciczne. I nie wyjaśniano im, co tak naprawdę się dzieje. Jedna z cytowanych w raporcie kobiet, której wkładkę założono, gdy miała 14 lat, opowiada:

„Kiedy byłyśmy w szkole, ktoś wszedł i powiedział: »Dziewczyny, musicie się zbadać«. Zabrano nas do szpitala. Nie wiedziałyśmy, co się stanie. Kiedy dotarłyśmy do lekarza, powiedziano nam: »Zdejmijcie ubrania. Zbadamy was tam na dole«. Nigdy wcześniej nie dotykano mnie tam na dole. To było bardzo nieprzyjemne. Bardzo bolało i zaczęłam krwawić”.

I właśnie po opublikowaniu tego raportu rząd Danii zdecydował się na oficjalne przeprosiny. Zapowiedział też powstanie „Funduszu Pojednania”, który ma zapewnić rekompensatę Inuitkom, wobec których stosowano przymusową antykoncepcję.

To jednak nie pierwszy raz, kiedy rząd Danii musiał przepraszać Grenlandczyków.

Okrutny eksperyment. „Jedziesz do Danii. To piękny kraj”

W 2020 r. duńska premier Mette Frederiksen po raz pierwszy oficjalnie odniosła się do tego, co spotkało „dzieci eksperymentu” — jak są powszechnie nazywane. — Nie możemy zmienić tego, co się stało. Możemy wziąć odpowiedzialność na siebie i przeprosić tych, którymi powinniśmy się zająć, ale zawiedliśmy — oświadczyła premier Frederiksen.

W 1951 r. 22 grenlandzkich dzieci zostały zabranych do Danii w ramach eksperymentu społecznego, którego celem było wychowanie ich na „nowych obywateli”. Rodzinom Inuitów obiecano wtedy, że dzieci wrócą do nich po sześciu miesiącach z „kursu”. Tak naprawdę nie wróciły nigdy. Wśród nich była Helen Thiesen.

Kobieta pamięta, że było pięknie i słonecznie, gdy do ich domu przyszło dwóch rosłych Duńczyków. Przekonywali jej matkę, że Helen powinna popłynąć z nimi do Danii. Miała nauczyć się duńskiego i zdobyć dobre wykształcenie. Mieć lepszy start. Ojciec Helene zmarł trzy miesiące wcześniej na gruźlicę, a jej matka została sama z trójką małych dzieci.

— Moja mama kucnęła i wyjaśniła mi: „Jedziesz do Danii”. Zapytałam: „Co to jest Dania?” „To bardzo odległy kraj” — powiedziała mama. „Ale jest piękny, jak raj. Nie musisz się smucić” — opowiadała na antenie BBC Helen Thiesen.

Do Kopenhagi dopłynęli statkiem, a później trafili na „obóz letni”, który okazał się kwarantanną. Duńczycy bali się, że mali Inuici sprowadzą choroby zakaźne.

Helen trafiała do kilku rodzin zastępczych. W jej przypadku w końcu zapadła decyzja o powrocie do Grenlandii. Nie była jedyna. Po roku 16 dzieci ponownie wsiadło na statek. Sześcioro zostało w duńskich rodzinach.

— Kiedy statek dopłynął do Nuuk, chwyciłam swoją małą walizkę i pobiegłam przez mostek, prosto w ramiona mamy — wspomina Helen. — Chciałam jej opowiedzieć o wszystkim, co widziałam. Ale mama milczała. Spojrzałam na nią. Kiedy w końcu się odezwała, nic nie rozumiałam. Pomyślałam: „To straszne. Nie mogę już rozmawiać z mamą”. Mówiłyśmy dwoma różnymi językami.

Helen nie wróciła do domu. Razem z innymi dziećmi, które przypłynęły z Danii, trafiła do sierocińca, powstałego w miasteczku pod ich nieobecność. Tam zabraniano im rozmawiać po grenlandzku. Dzieci żyły tuż obok własnych rodzin, w rodzimej społeczności, jednak całkiem wyobcowane. To odbiło się na ich dorosłym życiu.

— Niektórzy po tym wszystkim wpadli w kryzys bezdomności, inni całkiem się załamali. Stracili tożsamość i zdolność mówienia w ojczystym języku, a wraz z tym poczucie celu w życiu — wspomina Thiesen na antenie BBC.

Po latach nagłaśniania sprawy i bataliach sądowych rząd Danii oficjalnie przeprosił sześcioro żyjących uczestników eksperymentu z 1951 r. za brutalne odcięcie ich od rodzin i kultury oraz zawarł porozumienie o wypłacie każdemu z nich rekompensaty w wysokości ok. 250 tys. koron [ok. 140 tys. zł] za doznane krzywdy.

Spędziła z córką godzinę. Nie zdała „duńskiego testu”

Problem w tym, że instytucjonalna dyskryminacja Inuitów, a zwłaszcza inuickich kobiet, nie dotyczy jedynie wydarzeń historycznych. Jednym z najbardziej krytykowanych elementów współczesnych relacji Danii z Grenlandią były tzw. testy kompetencji rodzicielskiej (FKU), stosowane przez duńskie służby społeczne. Choć teoretycznie od maja ubiegłego roku testy są zakazane w przypadku osób grenlandzkiego pochodzenia, w sierpniu 2025 r. godzinę po porodzie Inuitce Ivanie Nikoline Bronlund odebrano córkę.

Testy te, opracowane w duńskim kontekście kulturowym i językowym, były wykorzystywane m.in. przy decyzjach o umieszczaniu dzieci w pieczy zastępczej. Od lat zwracano uwagę, że nie uwzględniają one realiów kulturowych, języka ani modelu życia grenlandzkich rodzin. A to — zdaniem krytyków, organizacji praw człowieka i części ekspertów — prowadziło do systemowej nierówności i nieproporcjonalnie częstego odbierania dzieci Inuitom.

Co ważne, testy psychologiczne dotyczące kompetencji rodzicielskich nie są w Danii powszechnie stosowane. Przeprowadza się je w rodzinach, co do których istnieją wątpliwości, czy są w stanie zapewnić dziecku dobre życie.

Statystyki pokazują, że w przypadku iunickich rodzin dzieci trafiały do pieczy zastępczej pięciokrotnie częściej niż u rdzennych Duńczyków.

„Nie jesteśmy Duńczykami. Nie jesteśmy Amerykanami”

Choć Donald Trump — ani żaden inny zagraniczny polityk — nie ma prawa do tego, by „przejąć” Grenlandię, to jego najnowsze wypowiedzi na temat wyspy wywołały nieoczekiwany efekt uboczny: szerszą międzynarodową debatę o suwerenności, historii i aspiracjach Grenlandczyków. W jednym z ostatnich oświadczeń minister spraw zagranicznych Grenlandii Vivian Motzfeldt podkreśliła, że „na Grenlandii nic się nie zmieniło”.

„Przyszłość naszego kraju zależy od Grenlandczyków. Nie jesteśmy Duńczykami. Nie jesteśmy Amerykanami i nie chcemy się nimi stać. Jesteśmy Inuiaat Kalaallit, jesteśmy Grenlandczykami. Nasza ziemia należy do nas i inni nie będą jej kontrolować ani posiadać” — przekazała w opublikowanym na stronie grenlandzkiego rządu oświadczeniu Vivian Motzfeldt.

Podkreśliła też, że w sprawie bezpieczeństwa Akrtyki konieczna jest współpraca.

„Współpraca ta musi jednak odbywać się w drodze rozmów twarzą w twarz, z wzajemnym szacunkiem oraz poszanowaniem prawa międzynarodowego i demokracji. Wysyłanie podważających komunikatów za pośrednictwem prasy szkodzi zaufaniu i chęci zacieśniania współpracy między naszymi krajami. Możemy spotykać się na szczeblu politycznym, ale oczekujemy, że Stany Zjednoczone będą znać zasady demokratyczne oraz stanowisko i wartości polityczne Grenlandii. Oczekujemy konstruktywnego i pełnego szacunku dialogu w przyszłości. Oczekujemy również, że Stany Zjednoczone będą w przyszłości przekazywać wewnętrznie skoordynowane komunikaty” — dodała.