Jesienią zeszłego roku „Gazeta Wyborcza” informowała o bardzo trudnej sytuacji w krakowskim schronisku dla zwierząt. Pracownicy jednostki weszli w spór z jej zarządcą, KTOZ, domagając się podwyżek i większej liczby etatów. Obecnie mediacje prawdopodobnie zmierzają do końca. Barbara Wojewoda, pracująca na etacie pielęgniarza zwierząt, w rozmowie z Onetem relacjonuje, że przez te kilka miesięcy warunki pracy nie uległy poprawie. — Niestety nic nie drgnęło. Będzie jeden lekarz i w najbliższej przyszłości jeszcze jedna osoba. Natomiast jest to rozwiązanie tymczasowe i ono tak naprawdę zapełni istniejące wakaty — wyjaśnia przedstawicielka Komisji Zakładowej OZZIP krakowskiego schroniska, z którą rozmawiamy w grudniu 2025 r.
— KTOZ się tym broni, że właśnie będą dwie nowe osoby. Ale tak naprawdę jest uzupełnienie strat z tego roku, bo w tym roku straciliśmy dwie lekarki zatrudnione na pełen etat — wtóruje jej osoba zatrudniona na stanowisku lekarza weterynarii i pragnąca zachować anonimowość. — To będzie po prostu uzupełnienie tego, co już było, a już przy takim składzie i tak mieliśmy problemy po prostu z wyrabianiem się czasami. Ten grudzień to był jeden z cięższych miesięcy od czasu, kiedy w ogóle tam pracuję — dodaje.
„W związku z postulatem o zwiększenie ilości pracowników w schronisku, informujemy, że na dzień 30 września 2020 roku, pracowników schroniska było 45, obecnie zatrudnionych jest 65 osób, przy mniejszej ilości zwierząt niż w 2020 roku” — czytamy w opublikowanym w październiku zeszłego roku oświadczeniu KTOZ.
Barbara Wojewoda podkreśla, że te szacunki są mylące. — Oni tam liczą nawet osoby, które są dwa razy w miesiącu albo przychodzą na czas próbny. I na przykład dwie osoby na urlopie macierzyńskim też są policzone jako stały skład na pełen etat — wyjaśnia. — Przychodzimy do pracy chorzy nie dlatego, że jesteśmy nadludźmi. Przychodzimy z gorączką dlatego, że wiemy, że jeżeli nas zabraknie, to nasze obowiązki będzie musiał ktoś przejąć, będzie musiał pracować za dwie osoby, a w ostateczności, że na przykład nie będzie w ogóle lekarza na zmianie — mówi.
Wojewoda nie ukrywa, że praca w schronisku jest obciążająca fizycznie i psychicznie. Sama została zatrudniona ponad 2 lata temu. — Wydaje się, że to niedługo, natomiast przy tak olbrzymiej rotacji, jaka u nas jest, to już jest konkretny staż pracy, po którym wiele osób już po prostu nie ma siły, rezygnuje i odchodzi — zaznacza.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Jakie są najbliższe terminy mediacji w schronisku?
Ile zwierząt przebywa obecnie w schronisku?
Jakie warunki pracy panują w krakowskim schronisku?
Co jest powodem trudnej sytuacji w schronisku?
— Pracujemy na mrozie, na deszczu, upale, pracujemy ze zwierzętami, które są po przejściach, doświadczyły traum, często reagują agresją, więc tutaj ryzyko pogryzień. Do tego niestety obcujemy na co dzień ze śmiercią, z cierpieniem zwierząt, z odchodzeniem naszych podopiecznych. Jesteśmy wyeksponowani na ogromną krzywdę. I jak ktoś przychodzi i widzi to wszystko, z czym będzie się musiał mierzyć, a równocześnie widzi, że za to wszystko będzie dostawał niewiele ponad minimalną krajową, bez szansy na podwyżki, bez żadnego dialogu pracodawcy z pracownikami, bez rozmowy o bieżących problemach schroniska, no to ludzie po prostu rezygnują — mówi.
Barbara Wojewoda wskazuje, że częste wymiany pracowników to duży problem. — W tej pracy szkolenie trwa długo. Nowa osoba przez właściwie cały czas podlega naszej opiece, nie pracuje samodzielnie. Dopiero po mniej więcej trzech miesiącach zaczyna również pracować na innych zmianach niż tylko poranne, czyli też na zmianach popołudniowych, na dyżurach, gdzie tak naprawdę zakres obowiązków jest gigantyczny — mówi. Jednym z postulatów pracowników dodatek za szkolenie nowo zatrudnionych. Jak twierdzi przedstawicielka związku, KTOZ zapowiadał, że pojawi się dodatek za szkolenie nowo zatrudniony. Na pytanie Onetu w tej sprawie organizacja ucina jednak jednym zdaniem: „Regulamin wynagradzania obowiązujący pracowników KTOZ nie przewiduje takiego dodatku”.
Koniec zmiany o 21? „Lekarze zostają nawet do 2 w nocy”
W schronisku zazwyczaj przebywa mniej więcej 600 zwierząt. — Obowiązków jest tak dużo, że nie wystarcza nam czasu, żeby nad każdym się pochylić. I skutkuje to tym, że pracujemy po godzinach. Lekarze zostają do północy, do pierwszej w nocy, do drugiej w nocy. Dla niektórych to jest rutyna. Jeśli chodzi o pielęgniarzy, którzy asystują na tych zmianach popołudniowych lekarzowi — my przynosimy zwierzęta, trzymamy koty, podajemy leki, przyjmujemy kolejne zwierzęta. Nasza zmiana kończy się planowo o godzinie 21. Ale jesteśmy w stałym takim dylemacie, czy wyjść o czasie do domu, skończyć pracę, po prostu ją przerwać, czy zostać z lekarzem. Zazwyczaj dalej jest do zrobienia coś, czego nie można po prostu pominąć, bo to są konkretne zwierzęta, które po prostu zostawimy bez pomocy — opowiada.

Krakowskie schronisko dla zwierzątJakub Porzycki / Agencja Gazeta / Agencja Wyborcza.pl
Jak wygląda dzień schroniskowego lekarza? Zmiana poranna trwa od 7 do 15, dyżur lekarski od 10 do 18, zmiana popołudniowa od 13 do 21.— Na zmianie od 7 do 15 rozkładamy leki dla wszystkich zwierząt, które dostają je na stałe i o stałych porach. Później zajmujemy się takimi najbardziej potrzebującymi zwierzętami, na takim naszym OIOM-ie — tymi po ciężkich zabiegach, po ciężkich wypadkach. Plus dodatkowo psami, które potrzebują tego dnia pomocy — biegunki, wymioty, pogryzienia. Takie podstawowe sprawy. Dodatkowo starszymi pieskami, które są u nas już na stałe na szpitalu. Druga zmiana, od 13 do tej umownie 21, zajmujemy się kotami, no i tych kotów mamy zazwyczaj około 300. Tu problemem jest głównie koci katar, który się bardzo po tych naszych zatłoczonych pomieszczeniach roznosi. Żeby o nie zadbać, do pomocy mamy oczywiście techników, ale nie zawsze — relacjonuje weterynarz.
Zmiana dyżurowa od 10 do 18 służy przede wszystkim przyjmowaniu zwierząt do schroniska. — Jeśli zwierzę jest zdrowe, to tylko trzeba je zaszczepić, zaczipować, jak coś mu jest — zainterweniować. Często się zdarzają właśnie jakieś zwierzęta, mocno zaniedbane albo po wypadkach, gdzie działać. Plus dodatkowo wydajemy zwierzęta nowym właścicielom do domów — wyjaśnia.
Problemy ze zwierzętami z interwencji
Pracownicy twierdzą, że KTOZ nie słucha ich także w kwestii ograniczenia liczby przyjmowanych zwierząt, szczególnie tych trafiających tam masowo w nagłych wypadkach. — Zdarzało się przez ostatnie pół roku, że schronisko było oblężone zwierzętami przywiezionymi z interwencji. Raz to było kilkadziesiąt zwierząt, psów i kotów z nielegalnego transportu, prawdopodobnie z Rumunii. Albo interwencja z Czernichowa. Też bardzo kontrowersyjna, ponieważ to nawet nie jest gmina Kraków. Przywieziono kilkadziesiąt zwierząt do schroniska, w którym były dwa wolne boksy, w tym było ponad 10 suczek ciężarnych, które musiały urodzić, ponieważ zabezpieczone przez prokuraturę, nie mogą być wzięte ani poddane kastracji aborcyjnej — opowiada Barbara Wojewoda.
— Większość tych psów, zabranych ze złych warunków trafiła do złych warunków. One tak samo trafiały do kennelek. Załatwiały się w nich, rozlewały wodę, siedziały na tych mokrych szmatach. Suczki, które rodziły. I z jednej strony mamy do czynienia z ciągiem dalszym dramatu tych zwierząt, z drugiej strony to realna krzywda wyrządzona tym zwierzętom, które są pod naszą opieką, ponieważ był moment, że mniej więcej połowa pomieszczeń szpitala była zajęta przez mamy ze szczeniętami i brakowało miejsca na otwieranie kocich szpitali, a to bo był jeszcze sezon koci. Nie było też miejsca na psy, które wymagały po prostu przebywania na szpitalu — wspomina pracowniczka schroniska.
Na pytania Onetu dotyczące tych dwóch konkretnych interwencji KTOZ nie odpowiada. „Stwierdzenie, iż zwierzęta z interwencji trafiają wówczas do nie dość dobrych warunków i obniża to dobrostan zwierząt już w schronisku przebywających należy potraktować jako naruszenie naszych dóbr osobistych” — czytamy jedynie w przesłanej nam odpowiedzi, opatrzonej także sugestią „podjęcia się roli wolontariusza, co może rozwiać niezgodne z prawdą sugestie i stwierdzenia”.

Krakowskie schronisko dla zwierzątJakub Porzycki / Agencja Gazeta / Agencja Wyborcza.pl
O problemach w sezonie kocim, czyli mniej więcej od połowy lata do późnej wiosny, kiedy rodzi się dużo kociąt, mówi także lekarz weterynarii z placówki. — W szczycie tych kotów potrafią być naprawdę ogromne ilości. I świetnie, że staramy się wszystkim kotom pomóc. Tylko, że w tym roku przyjęliśmy ich zdecydowanie zbyt dużo, także z interwencji spoza gminy. Uważam, że jednak powinien być wyznaczony jakiś limit, bo naprawdę byliśmy przepełnieni i tym zwierzętom nie dało się po prostu udzielić takiej pomocy, na jaką każde z nich zasługiwało. Koty przebywały w pomieszczeniach, które nie były dostosowane do trzymania kotów. W pomieszczeniach szpitalnych przystosowanych do trzymania piesków były rozstawione kennele, gdzie te koty przebywały. A dla zwierząt też jest szkodliwe, że przebywają w przegęszczonych pomieszczeniach — mówi.
Związek zawodowy pracowników schroniska domaga się 1200 zł netto podwyżki dla wszystkich pracowników oraz zatrudnienia nowych osób. Pierwsza tura mediacji odbyła się 5 grudnia, najbliższa jest planowana na 22 stycznia. Na razie żadna ze stron nie ujawnia efektów.
— Po pierwszym spotkaniu w toku rokowań zaczęto naciskać na podpisanie protokołu rozbieżności, chociaż zarząd nie pochylił się nad drugim z postulatów, ucinając wszelkie możliwości wyjaśnienia, doprecyzowania. Była olbrzymia presja, żeby już zakończyć fazę rokowań, przejść do etapu mediacji. W trakcie rokowań po stronie KTOZ wystąpiła mediator z listy ministra, co wzbudziło nasze uzasadnione obawy o bezstronność tej osoby, jak również niepokój co do możliwych znajomości i układów, dlatego poprosiliśmy o wyznaczenie mediatora spoza województwa — mówi Barbara Wojewoda.
— To, co udało nam się wywalczyć, to zacząć od maja zliczać nadgodziny, po raz pierwszy one były opłacane. Niestety niektórzy pracownicy w tym okresie od maja do października już wyczerpali roczny limit nadgodzin, w związku te, które wyrabiali później, nie były płacone i pracowali za darmo po godzinach. Pracodawca nie przedstawił żadnego rozwiązania tej sytuacji — mówi przedstawicielka Komisji Zakładowej OZZIP.
W listopadzie części pracowników kończyły się umowy. Jak podkreśla Wojewoda, ci z dłuższym stażem spodziewali się, że tym razem dostaną te na czas nieokreślony. — Pracodawca jednak wyciska możliwość zatrudnienia jeszcze czy na rok — i taką właśnie dostałam ja — czy nawet na krótszy okres, byle to była umowa na czas określony — mówi.
Pracownicy niezmiennie domagają się wyższych zarobków. Jak podawała „Gazeta Wyborcza”, pensje lekarzy weterynarii to 6500 — 6800 zł (pełny etat), 3400 zł (pół etatu), techników weterynaryjnych 3700 — 5003 zł (pełny etat), pielęgniarzy — 3700 — 4940 zł (pełny etat), 2112 — 2489 zł (pół etatu), 3075 zł (3/4 etatu), 3972 zł (7/8 etatu).
— W przypadku osób, które pracują rok, dwa, trzy, to jest w zasadzie odrobinę więcej niż minimalna krajowa (4806 zł brutto — przyp. red.). Jeśli chodzi o pracowników z dłuższym stażem, to jest to kwota troszkę wyższa. Natomiast co też jest istotne, to to, że ludzie, którzy pracują na przykład po 20 lat w schronisku, kiedyś mieli tą pensję, jak na ówczesne warunki stawek całkiem dobrą. Z biegiem czasu poprzez brak podwyżek, poprzez inflację w zasadzie te wypłaty zaczęły się obniżać. Teraz w żaden sposób nie odpowiadają ani ich doświadczeniu, ani stażowi pracy. Jest to po prostu dramatycznie mało — tłumaczy.
W wystosowanym w październiku oświadczeniu KTOZ podkreślało, że oczekiwania pracowników są nie do spełnienia. „Organizacji nie stać na podwyżkę dla każdego pracownika w wysokości 1 200 zł netto, a tak wysoka podwyżka jednorazowa jest niespotykana. Spełnienie tego postulatu powodowałoby obciążenie w kwocie 1 290 000,00 zł rocznie. Pracownicy schroniska co rok otrzymują podwyżki, mają również dostęp do licznych benefitów, tj. bony na święta wielkanocne oraz Bożego Narodzenia, Wczasy pod Gruszą (w zeszłym roku była to kwota 1000 zł brutto, w tym już 1500 zł brutto), świąteczne paczki ze słodyczami dla dzieci, dofinansowanie do karty Multisport, możliwość skorzystania z bezzwrotnej zapomogi dla pracowników znajdujących się w kryzysowej sytuacji życiowej, z czego niejednokrotnie korzystali” — czytamy.
Barbara Wojewoda podkreśla, że pracownicy schroniska walczą o swoje prawa, ale pośrednio także o zwierzęta. — Człowiek, który jest wyczerpany, który jest rozedrgany, jest po prostu wykończony psychicznie i fizycznie, przestaje być uważny. Zdarzają się błędy, zdarza się o czymś zapomnieć, zdarzają się też wypadki w tej pracy. To jest to, że my tak naprawdę nie wychodzimy z tej pracy po tych ośmiu godzinach z poczuciem jakiegoś spełnienia czy satysfakcji, że udało się dzisiaj zrobić to, to i to, pomóc temu i temu polepszyć jego sytuację. Tylko to jest właściwie permanentne poczucie, że czegoś się jeszcze nie zrobiło, że za mało, że wszystko jest kosztem czegoś — mówi.
— Wydaje mi się, że tutaj najważniejsze jest to, że my po prostu potrzebujemy większej liczby ludzi, bo my naprawdę chcemy tym zwierzętom pomóc. I to nie są jakieś nasze wymysły, że nie chce nam się pracować czy po prostu jesteśmy leniwi. Tylko naprawdę chcielibyśmy solidnie tym zwierzakom pomagać, a nie mamy na to przestrzeni czasowej — dodaje lekarz weterynarii ze schroniska.

Pies w krakowskim schroniskuJakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
Pracownicy apelują: nie przestawajcie wspierać schroniska
Wojewoda zaznacza, że jednocześnie nie można zapomnieć, jak mocno zmieniło się funkcjonowanie krakowskiego schroniska w przeciągu ostatnich 15-20 lat. — Jest lepsza opieka medyczna. Zwierzęta są dużo lepiej zaopiekowane. Są lepiej leczone, są diagnozowane. Dostają leki nie tylko ratujące życie, ale też suplementy. Nie ma też takiego zagęszczenia, jak dawniej. Często ze strony KTOZ pada argument, że kiedyś zwierząt było więcej, a pracowników mniej. To prawda, ale przyjrzyjmy się na przykład temu, jak wyglądała wtedy liczba zgonów i zagryzień. Zmieniło się także bardzo traktowanie zwierząt na bardziej podmiotowe — mówi.
Placówka w ostatnich dwóch dekadach znacznie się rozbudowała. — Schronisko zwiększyło praktycznie trzykrotnie swój obszar. Dzięki temu psy mogą być albo osobno, albo po prostu jest mało psów w boksie. Ale tych obowiązków jest dużo więcej i jest dużo większa przestrzeń do ogarnięcia, do posprzątania. To umyka w tej rozmowie między nami a pracodawcą — mówi Barbara Wojewoda.
Pracowniczka schroniska apeluje do opinii publicznej. — Padają w naszą stronę takie komentarze, że przez nasze działania tak naprawdę godzimy w zwierzęta, że ludzie przestaną dotować schronisko, że przestaną wpływać wpłaty z półtora procenta podatku. Więc bardzo chcielibyśmy poprosić, żeby dalej wpłacać, żeby dalej pomagać schronisku, żeby nie zapomnieć o nas, żeby jak najbardziej wspierać finansowo placówkę. A może nawet jeszcze bardziej — mówi.