Twórcy „Stanu Wyjątkowego” w oparciu o swoje źródła odtwarzają posiedzenie prezydium komitetu politycznego PiS — zwanego PKP — na które Kaczyński wezwał „maślarzy” i „harcerzy”. Tak się składa, że prawie wszyscy liderzy tych frakcji zajmują stanowiska wiceprezesów partii i z automatu są w PKP. Wśród „maślarzy” są to Przemysław Czarnek, Patryk Jaki i Tobiasz Bocheński, a wśród „harcerzy” — Morawiecki, choć jego cichym sojusznikiem jest wiceprezeska PiS Beata Szydło, z którą po niemal dekadzie zakopał wojenny topór i zawarł taktyczny sojusz antymaślarski.
Z naszych rozmów z politykami PiS wyłania się dość spójny obraz PKP. Na sali było około 20 osób, ścisłe kierownictwo partii. Jarosław Kaczyński zebrał ich, bo napięcie w PiS zaczęło wymykać się spod kontroli. Cel był prosty: zdyscyplinować partię i spróbować zahamować wojnę frakcyjną, która rozsadza PiS.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Prezes mówił o przyszłości PiS i o wyborach. Z jednej strony wysyłał sygnał do „harcerzy” mówiąc, że o szerokiej, wielonurtowej partii, skupionej na rozwoju kraju — czyli tak jak Morawiecki. Ale z drugiej — co ważniejsze — stanął po stronie „maślarzy” w kwestii obsady stanowiska premiera, jeśli po kolejnych wyborach PiS odzyska władzę.

Mateusz Morawiecki i Patryk JakiJacek Turczyk / PAP
Najnowsza prezesowska projekcja kolejnego szefa rządu brzmi: przede wszystkim młody. Morawiecki za dwa lata będzie miał prawie 60 lat, więc trudno mu będzie spełnić to kryterium. „Harcerze” to doskonale rozumieją, ale liczą, że w tej chwili nie ma co się przywiązywać do deklaracji Kaczyńskiego, który jeszcze wiele razy może zmienić zdanie.

Tobiasz Bocheński i Jarosław KaczyńskiMarcin Obara / PAP
Za zamkniętymi drzwiami PKP Kaczyński przekonywał, że ma świeże analizy — rozmawiał z socjologami oraz politologami współpracującymi z Nowogrodzką i przyglądał się sondażom. To on sam otworzył temat przyszłego kandydata PiS na premiera. W jego ocenie partia powinna jeszcze w 2026 r. ogłosić nazwisko kandydata, który stanie się twarzą kampanii przed wyborami parlamentarnymi jesienią 2027 r. Prezes mówił wprost: wyborcy oczekują dziś nowej twarzy. Ktoś młodszy, najlepiej poniżej 50. roku życia. Dodał też, że ma już w głowie konkretne nazwisko, ale nie zamierza zdradzać szczegółów.

Zbigniew Bogucki i Karol NawrockiRadek Pietruszka / PAP
Do opisu pasują Tobiasz Bocheński, Przemysław Czarnek i Patryk Jaki — czyli maślarze.
Nie można wykluczyć, że Kaczyński myśli o kimś spoza tej trójki, np. o szefie Kancelarii Prezydenta Zbigniewie Boguckim. Faktem jest jednak, że najświeższą twarzą PiS jest dziś Bocheński.
Prezes przekonuje, że PiS nie grozi rozłam. Na razie nie grozi
Wymierzając Morawieckiemu cios, pozbawiający szans na premierostwo, Kaczyński ubrał to w dyplomatyczne słowa. Podkreślał, że bardzo ceni jego dorobek, chwalił wiedzę. I zapowiedział, że tworzenie nowego programu będzie koordynował Piotr Gliński, czyli stronnik Morawieckiego. To o tyle symboliczne, że „maślarze” doprowadzili wcześniej do wycięcia „harcerzy” z zespołów, które przygotowują program PiS w konkretnych obszarach.
Prezes przekonywał, że PiS nie grozi rozłam, a cała energia powinna iść w walkę z przeciwnikiem zewnętrznym, a nie w wewnętrzne przepychanki. Nie przypadkiem na PKP pojawił się też temat prawicowej konkurencji. Kaczyński jasno stawiał sprawę: PiS nie może ścigać się z Grzegorzem Braunem na radykalne hasła. Podkreślał również, że nie widzi żadnej możliwości stworzenia z nim koalicji.

Konwencja programowa PiS w Katowicach, 24.10.2025Art Service / PAP
To pocieszające dla frakcji Morawieckiego. Szkopuł w tym, że takie deklaracje Kaczyńskiego też nie są wiele warte. Parę ładnych lat temu prezes wyzywał lidera Samoobrony Andrzeja Lepper i polityków SLD od postkomunistów, tropiąc ich rzekome wschodnie powiązania, a potem dał Lepperowi stołek wicepremiera we własnym rządzie, zaś z postkomunistami stworzył nieformalną koalicję, by przejąć media publiczne. Przykład bardziej współczesny — ubliżał Jarosławowi Gowinowi, gdy był on ministrem u Tuska. A potem wziął go na pokład Zjednoczonej Prawicy i dał stołek w jej rządzie. Personalne wybory prezesa są niebywale pragmatyczne, a ich fundamentem zawsze jest arytmetyka — królowa nauk politologicznych.
Twórcy „Stanu Wyjątkowego” nie mają cienia wątpliwości: jeśli tego będzie wymagać arytmetyka, to Kaczyński dogada się z samym diabłem. No, może poza Tuskiem.

Roman Giertych, Jarosław Kaczyński i Andrzej Lepper podczas konferencji prasowej po podpisaniu aneksu do umowy koalicyjnej, 29.06.2007Radek Pietruszka / PAP
To, co się dzieje w PiS to jest prawdziwa wojna o sukcesję
Morawiecki jest we władzach PiS w mniejszości — wspierają go tylko były wicepremier Piotr Gliński oraz były szef Klubu PiS Ryszard Terlecki. Były premier jest w defensywie, ale będzie się bronił rękami i nogami przed wypchnięciem z PiS. Rozłam nie jest marzeniem Morawieckiego, który doskonale rozumie, że PiS to sprawdzony na prawicy szyld — nawet jeśli trochę zmurszały i nieco skompromitowany podczas dwóch kadencji rządów.
Szyld to gwarancja pieniędzy, struktur i — nade wszystko — wyborców. Budowanie czegoś od nowa to gigantyczne ryzyko, tym bardziej, że nie bardzo wiadomo, czym harcerska partia Morawieckiego miałaby się odróżniać od PiS. Dlatego Morawiecki będzie walczył wewnątrz partii.
Mówiąc wprost: to, co się dzieje w PiS, nie jest zwykła wojenka o pozycję w partii i dostęp do ucha prezesa, jakich wiele było przez ponad dwie dekady działalności partii. To jest prawdziwa wojna o sukcesję. Kaczyński może udawać, że kontroluje sytuację, ale po prawdzie — nie kontroluje wcale. Bo to jest gra o to, kto po nim. Gra, w której jego już nie ma, bo żadna z walczących frakcji nie przewiduje dla niego znaczącej roli.
Tak, to prawda — w 2027 r. to jeszcze on będzie decydował o partyjnych listach. Ale nie będzie już takim hegemonem jak w 2015 r., 2019 r. i 2023 r. Wyrosło mu całe pokolenie głodnych władzy następców, z których każdy jest już na tyle silny, że umieści na listach wielu swoich ludzi.
Tyle że w 2027 r. Kaczyński będzie miał już 78 lat. Trudno zakładać — a na pewno w PiS nie zakłada nikt poza sędziwymi druhami Kaczyńskiego, którzy wchodzą do Sejmu, bo daje im „jedynki” na listach — że prezes będzie dyktować warunki także w kolejnych wyborach, gdy będzie miał lat 82.
„Kura” o szantażowaniu Morawieckiego. Kaczyński podobno w to wierzy
Myśląc o sukcesji, Morawiecki musi być przygotowany, że w 2027 r. przed wyborami jego wrogowie podejmą próbę pozbycia się go z partii rękami Kaczyńskiego.
Ślady już widać. To choćby szeroko omawiany w kilku wydaniach „Stanu Wyjątkowego” atak Jacka Kurskiego na Morawieckiego. Nasi rozmówcy w PiS — i to wcale nie wrogowie Morawieckiego — mówią, że wśród amunicji użytej przez „Kurę” jest sporo pocisków pobłogosławionych przez samego prezesa. A ten fragment szczególnie: „Mateusz Morawiecki ewidentnie realizuje jakiś plan. Zachowuje się przy tym tak, jakby się czegoś strasznie bał. A strach jest złym doradcą. Deklaracje b. premiera dalece wykraczają poza mandat naszego środowiska, a chwilami przekraczają granice politycznej śmieszności. Śmieszność polega na ogłaszaniu się premierem wbrew zdrowemu rozsądkowi” — napisał Kurski.
„Dlatego irracjonalne, nielojalne wobec PJK zachowania Mateusza Morawieckiego, przybierane przezeń ostatnio miny i pozy, wydawane sprzeczne komunikaty świadczą o tym, że człowiek ten musiał znaleźć się pod wielkim naciskiem i działa w warunkach osobistego strachu. Strach jest bardzo złym doradcą. Dlatego b. premier powinien być otoczony przez naszą partię ochroną. Jeśli jest on czymś szantażowany, jeśli kuszony jest kooptacją do władzy i osobistymi gwarancjami w zamian za rozbicie albo osłabienie prawicy, to jego obowiązkiem jest stanięcie w prawdzie i powiedzenie tego albo publicznie, albo swojemu politycznemu zwierzchnikowi. Tylko prawda i jasność sytuacji daje wolność i możliwość zarządzenia problemem po naszej stronie i dla dobra obozu patriotycznego”.
Kaczyński ma właśnie wierzyć w to, że Tusk ma jakieś haki na swego dawnego doradcę. Ale z ręką na sercu — nie jesteśmy w stanie wykluczyć, że to Kurski, używając swych talentów, zaszczepił prezesowi taką ideę.
Tak czy inaczej — znów — Morawiecki musi być przygotowany na polityczną egzekucję ze strony słabnącego prezesa jeszcze przed wyborami. Dlatego też wysyła emisariuszy do PSL i Polski 2050. Obie partie dawnej Trzeciej Drogi mają dziś bardzo złe sondaże i — podobnie jak Morawiecki — mogą potrzebować szalupy, by dostać się do Sejmu w 2027 r. Strach przed progiem wyborczym inspiruje nieoczywiste sojusze.
Polska 2050 bez Szymona Hołowni. Która ministra wygra?
Przyszłość Polski 2050 bez Szymona Hołowni w nazwie partii jest niepewna.
Wszystko zależy, kto wygra wybory wewnętrzne i jak ułoży sobie relacje z Tuskiem. W pierwszej turze sobotnich wyborów ministra funduszy Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz dostała 277 głosów, a druga — co jest niespodzianką — była ministra środowiska Paulina Hennig-Kloska z 131 głosami. Faworytką wyborów była Pełczyńska-Nałęcz, ale jeśli zagra sojusz, jaki przed wyborami z Hennig-Kloską zawiązali następni w stawce Joanna Mucha (119 głosów) oraz Ryszard Petru (95 głosów), to wybory mogą się skończyć sensacją.
Jeśli chodzi o PSL, to partia znów się rozgląda za koalicjantem, dzięki któremu — jak wcześniej z Kukizem i Hołownią — mogłaby wejść do Sejmu. Na stole jest wariant startu na wspólnej liście z Koalicją Obywatelską, ale chłopi nie chcą być skazani na Tuska, bo wiedzą, że to niełatwy i nielubiany w ich elektoracie partner.
Tusk wyrzuca ważny dla Lewicy projekt do kosza
Swoją drogą Tusk właśnie pokazał miejsce w szeregu swemu najbardziej lojalnemu koalicjantowi — Lewicy. Publicznie oznajmił, że wyrzuca do kosza ważny dla tej partii projekt ustawy reformującej Państwową Inspekcję Pracy. Inspektorzy mieli dostać prawo do przekształcania umów śmieciowych i kontraktów firma-firma — w etaty.
„Przesadna władza dla urzędników, wprowadzana reformą, byłaby destrukcyjna dla firm i oznaczałaby utratę pracy dla wielu ludzi” — oznajmił Tusk.
W minionym tygodniu o tę właśnie ustawę wybuchła awantura na posiedzeniu rządu.
Premier poczuł się oszukany, bo projekt był już wcześniej omawiany przez ministrów i wówczas odrzucono pomysł automatycznej zmiany umów cywilnoprawnych na etaty. Tusk oskarżył ministrę pracy Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk z Lewicy, że próbowała przemycić takie zapisy.

Członkowie rządu podczas głosowania w Sejmie. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk w trzecim rzędziePiotr Nowak / PAP
Reforma początkowo była przedstawiana jako przełom: inspektorzy PIP nie tylko wykrywaliby naruszenia prawa pracy, ale mogliby je od razu naprawiać, zamiast odsyłać pracownika na długą ścieżkę sądową z pracodawcą. Jednocześnie to właśnie ten instrument stał się dla krytyków symbolem zbyt daleko idącej ingerencji w swobodę działalności gospodarczej.
Projekt trafił do legislacyjnego obiegu w sierpniu 2025 r. Na początku września został oficjalnie wpisany do rządowego wykazu i od tego momentu zaczęła się legislacyjna karuzela: kolejne wersje dokumentu, uwagi zgłaszane przez pracodawców, ostrzeżenia prawników i spory o kluczowe szczegóły. Czy decyzja inspektora pracy ma działać wstecz? Czy powinna być natychmiast wykonalna? Jak szybko i w jakim trybie można ją zaskarżyć? W grudniu 2025 r. projekt przeszedł przez Stały Komitet Rady Ministrów, ale już wtedy było jasne, że to jeszcze nie koniec — dokument miał zostać dalej zmiękczony.
Kluczowy moment nastąpił w listopadzie zeszłego roku — Tusk wezwał wtedy na spotkanie Dziemianowicz-Bąk. Był tam też szef Stałego Komitetu Rady Ministrów Maciej Berek i lewicowy wicepremier Krzysztof Gawkowski. Skończyło się kompromisem.
Mimo zielonego światła projekt długo nie mógł doczekać się miejsca w porządku obrad rządu. Czas naglił, więc Dziemianowicz-Bąk zdecydowała się wysłać w tej sprawie oficjalne pismo do premiera. I właśnie wtedy wybuchła awantura.
Będzie nowy projekt. Mniej urzędników, więcej sądów
Reforma Państwowej Inspekcji Pracy jest jednym z elementów kamienia milowego, od którego uzależniona jest wypłata części środków z KPO. Brukseli chodzi o to, żeby w żadnym kraju UE nie było dumpingu płacowego poprzez umowy śmieciowe. Pierwotnie kamieniem milowym było pełne ozusowanie umów cywilnoprawnych. Ale potem rząd postawił właśnie na wzmocnienie PIP jako narzędzia walki z nadużyciami.

Premier ściska rękę ministra Żurka na posiedzeniu rząduRadek Pietruszka / PAP
Presja ze strony Unii jest realna — kamień milowy trzeba zrealizować. Jednocześnie premier nie chce rozwiązań, które mogłyby wywołać otwarty konflikt z przedsiębiorcami, którzy są jego elektoratem.
Dla Lewicy reforma PIP była sprawą sztandarową. Miała pokazać, że państwo wreszcie staje po stronie pracowników. Do tego dochodzi fakt, że Włodzimierz Czarzasty, który w listopadzie ubiegłego roku objął funkcję marszałka Sejmu, sprawuje nadzór nad Państwową Inspekcją Pracy.
W otoczeniu Czarzastego słychać opinie, że premier celowo uderzył w Lewicę, która w ostatnich miesiącach — zwłaszcza po zajęciu fotela marszałka — poczuła się zbyt pewna siebie.

Adrian Zandberg i Włodzimierz CzarzastyTomasz Gzell / PAP
W tle toczy się też rywalizacja na lewicy. Partia Razem ostro uderza w Lewicę Czarzastego za wstrzymanie zmian. „Ten festiwal sprawczości mnie onieśmiela” — napisał na platformie X Adrian Zandberg. „Sprawczość”, o której ironicznie pisał, to hasło, którym Lewica opisuje swą obecność w rządzie.

Donald Tusk i Włodzimierz CzarzastyTomasz Gzell / PAP
Tusk wie, że w tej sytuacji musi coś Lewicy dać. Dlatego spotkał się z Czarzastym i wystąpił z nim wspólnie, deklarując: „Było oczywiste, że znajdziemy taki sposób postępowania, żeby powstał dobry projekt, który nie będzie dawał pełnej, samowolnej władzy urzędnikom, ale będzie jednocześnie chronił pracowników przed nadużywaniem i złym wykorzystaniem elastycznych form zatrudnienia”.
Tusk zapowiedział, że Dziemianowicz-Bąk dostanie rekomendacje, żeby podjąć prace we współpracy z ministrem sprawiedliwości. Nikt dokładnie nie wie, jak ma wyglądać projekt, ale zaangażowanie Waldemara Żurka wskazuje na to, że kluczowe w przypadku przekształcania umów będą sądy pracy, a nie rządowi inspektorzy.
Jeszcze przed spotkaniem Tuska z Czarzastym wicepremier i szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział jednak, że jego partia będzie blokować reformę Państwowej Inspekcji Pracy i nie zgadza się na żaden nowy projekt. Szef MON powiedział nam wręcz, że rząd powinien renegocjować kamień milowy KPO, który zobowiązuje Polskę do reformy. To wszystko oznacza, że napięcia koalicyjne w tej kwestii jeszcze się nie skończyły.
Szef PSL prowadzi własną grę z prezydentem
Kosiniak-Kamysz coraz wyraźniej prowadzi własną grę. Nie chodzi tylko o kontakty PSL z Morawieckim. Chodzi także, a może przede wszystkim, o kontakty PSL z Karolem Nawrockim. Prezydent właśnie powołał — dość groteskową zresztą — Radę Parlamentarzystów. W jej składzie znaleźli się — co nie dziwi — posłowie PiS i Konfederacji. Ale — i to już zaskakujące — są też dwie posłanki PSL: ultrakonserwatywna Urszula Nowogórska oraz bardziej liberalna Urszula Pasławska.

Urszula Pasławska i Władysław Kosiniak-Kamysz w czasie kampanii prezydenckiej w 2020 r.Leszek Szymański / PAP
Wedle Nawrockiego Rada ma „uwzględniać opinie reprezentantów możliwie szerokiej grupy wyborców” co wymaga „rozmowy z przedstawicielami różnych środowisk, osobami o różnej wrażliwości, głoszących różne opinie”. Tak się jednak składa, że wszyscy posłowie to prawica, tylko różne jej odcienie. W Radzie nie ma — co oczywiste — KO, ale także Polski 2050 ani Lewicy (jest jedynie lewicowa renegatka Paulina Matysiak, wykluczona z partii Razem za pisowskie odchylenie). Nam to trochę przypomina dawną ideę Andrzeja Dudy o „koalicji polskich spraw”, którą PiS kusił PSL po wyborach w 2023 r.

Urszula Nowogórska i minister rolnictwa Stefan KrajewskiLukasz Gagulski / PAP
Posłanki PSL zaczynają współpracę z Nawrockim akurat, gdy Nawrocki wetuje kolejne ważne rządowe projekty. Do swych rekordowych 20 ustaw zawetowanych w niespełna pół roku Nawrocki właśnie dorzucił trzy kolejne — ustawę o świadczeniu usług drogą elektroniczną, ustawę o Narodowym Centrum Badań i Rozwoju oraz ustawę, która dawała klientom możliwość wyboru całkowicie elektronicznej korespondencji z ubezpieczycielami.
Kluczowa jest ustawa cyfrowa, która wdrażała unijne przepisy (Digital Services Act — DSA). Uprawniała ona osoby fizyczne i m.in. prokuraturę, policję, Krajową Administrację Skarbową i Straż Graniczną do złożenia wniosku o wydanie nakazu zablokowania nielegalnej treści w Internecie.
Zawetowane przepisy zakładały, że urzędnicy Urzędu Komunikacji Elektronicznej oraz Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (swoją drogą — kontrolowanej przez PiS) mogliby nakazywać platformom internetowym blokowanie treści dotyczących blisko 30 czynów zabronionych, zawierających m.in.: groźby karalne, namowę do popełnienia samobójstwa, pochwalanie zachowań o charakterze pedofilskim, propagowanie ideologii totalitarnych, a także nawoływanie do nienawiści i znieważanie na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych.

Karol Nawrocki i Władysław Kosiniak-KamyszRafał Guz / PAP
Prezydent wetuje prawo, które miało umożliwić walkę z przestępstwami w internecie
Nawrocki zawetował nowelę, ponieważ jego zdaniem dawała ona urzędnikom „nadmierne kompetencje” bez „wystarczających gwarancji niezależności od bieżącej polityki”. Zdaniem Nawrockiego ustawa w założeniu miała chronić obywateli, szczególnie dzieci, ale w praktyce jej wprowadzenie oznaczałoby „administracyjną cenzurę”.
Uzasadnienie prezydenta nie zgadza się treścią ustawy. Po pierwsze Sejm przyjął poprawki Senatu, które zniosły rygor natychmiastowej wykonalności decyzji blokujących.
Wniesienie sprzeciwu do sądu wstrzymywało blokadę — miało to zmniejszyć ryzyko nieodwracalnych skutków dla legalnych treści. Zasada ta została przyjęta w poprawce złożonej przez Senat. Wcześniej o jej wprowadzenie apelowali posłowie PiS.
Autor miał 14 dni na wniesienie do sądu odwołania od decyzji UKE lub KRRiT. Treść mogłaby zostać usunięta dopiero po wyroku sądu lub po 14 dniach od decyzji UKE lub KRRiTV, jeśli autor nie złoży sprzeciwu do sądu.
Minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski ostro zaatakował prezydenta. Jego zdaniem Nawrocki swoim wetem wystawił dzieci „na żer internetowym predatorom”. Ocenił, że weto nie jest obroną wolności słowa, a „klauzulą bezpieczeństwa dla pedofilów i oszustów, którzy mogą czuć się w polskiej sieci bezkarni”.

Włodzimierz Czarzasty i Krzysztof GawkowskiMarcin Obara / PAP
Bez względu na to, co twierdzi Nawrocki — przyczyny weta do tej ustawy były inne. Po pierwsze, Nawrocki wygrał wybory dzięki rumuńskiej firmie wyspecjalizowanej w lansowaniu prawicowych kandydatów w internecie. Radykalna prawica bardzo boi się blokowania treści w internecie, uważając, że to utrudni jej zdobywanie wyborców. A jedyne, o czym myśli Nawrocki to kolejna kadencja w Pałacu Prezydenckim.
Po wtóre, takich przepisów nie chcą amerykańskie internetowe Big Techy, które wspiera prezydent Donald Trump. Jak zauważa portal Politico, Waszyngton sprzeciwia się wszelkim wysiłkom mającym na celu osłabienie wpływu amerykańskich firm w Europie — i wykorzystuje do tego przychylnych sobie polityków, takich jak Nawrocki. „Trump i jego otoczenie z ruchu MAGA potępiają unijną ustawę o usługach cyfrowych (DSA), która ma na celu zmuszenie dużych platform, takich jak X Elona Muska, Facebook i Instagram, do moderowania treści. Według Republikanów jest to „orwellowska” cenzura wobec konserwatystów i prawicowców.” Dokładnie tak mówił Nawrocki — który odpłaca się Trumpowi za poparcie w wyborach prezydenckich.
Nawrocki upaja się prezydencką destrukcją. Obstawiamy, że do końca kadencji rządu będzie 100 wet
Powiemy tak. Zapisane w konstytucji destrukcyjne uprawnienia prezydenta doskonale pasują do charakteru Nawrockiego. Nawrocki swe talenty w niszczeniu sprawdzał wcześniej — poza ringiem i leśnymi ustawkami — jako dyrektor w Muzeum II Wojny Światowej i jako prezes w Instytucie Pamięci Narodowej. W MIIW na wstępie zdewastował wystawę stałą stworzoną przez poprzedników, bo zdaniem PiS była za mało polskocentryczna, patriotyczna i kościelna. W IPN potrafił naukowcom blokować publikację książek, bo mu podpadli. Zasłynął też czystkami wśród pracowników obu instytucji.
Nie ma się więc co dziwić, że Nawrocki wetuje jak leci, że się tym podnieca i rozwesela. My obstawiamy, że do końca kadencji rządu będzie 100 wet. Rozwalanie ma pan prezydent we krwi — a teraz może robić rozwałki na najwyższym poziomie, do którego nie doszedł ani w boksie, ani w lesie.