Przez wiele miesięcy Donald Trump opowiadał, że jego działania wobec Wenezueli są wymierzone w przemyt narkotyków. Po pojmaniu prezydenta Nicolasa Maduro zaczął jednak powtarzać, że głównym celem Stanów Zjednoczonych jest przejęcie kontroli nad potężnymi zasobami ropy naftowej w Wenezueli. Z kolei chęć zajęcia Grenlandii Waszyngton uzasadnia „kwestiami bezpieczeństwa”, ale rzeczywiste powody mogą być inne. 

Zobacz wideo Trump przeszacował wartość ropy z Wenezueli, bo nafciarze z USA jej nie chcą

Zarówno deklaracje, jak i działania Stanów Zjednoczonych, powinny stanowić sygnał alarmowy dla Europy i skłonić rządy na kontynencie do działań, by realnie zadbać o własne interesy i bezpieczeństwo, przekonywała w tym tygodniu na spotkaniu z dziennikarzami Pauline Heinrichs, wykładowczyni na wydziale studiów nad wojną w King’s College w Londynie.

– W dobie, gdy Europa jest wyraźnie zainteresowana inwestowaniem w bezpieczeństwo, zdumiewa fakt, że wciąż idzie to w parze z inwestycjami w paliwa kopalne. Europa musi wreszcie zacząć łączyć te fakty. Odejście od paliw kopalnych, a w szczególności od ropy, nie jest kwestią ideologiczną. To konieczność ekonomiczna – stwierdziła badaczka. Jak dodała, Unia Europejska musi potraktować sytuację poważnie i nie czekać na kolejny sygnał ostrzegawczy. 

„Słabnący hegemon”

Stany Zjednoczone w ostatniej dekadzie stały się eksporterem paliw kopalnych (lub „państwem naftowym”) na świecie, wyprzedzając m.in. Arabię Saudyjską. Już teraz kontrolują one znaczną część rynku i nie tylko samodzielnie zaspokajają własne potrzeby, ale też starają się coraz więcej eksportować. 

Mimo tego prezydent Trump wielokrotnie powtarzał, że po porwaniu i postawieniu przed sądem wenezuelskiego prezydenta Nicolasa Maduro priorytetem jest dla niego kontrola nad wenezuelskimi zasobami ropy. Część analityków widzi w tym działania obliczone na politykę wewnętrzną – nadzieje na spadek cen ropy na rynkach, dzięki zwiększeniu produkcji w Wenezueli, miałyby przynieść (oczekiwane przez wyborców) spadki cen na stacjach w USA. Dużym znakiem zapytania pozostaje to, czy i w jakim tempie takie plany mogą zostać zrealizowane, biorąc pod uwagę kiepski stan infrastruktury wydobywczej w Wenezueli i skalę inwestycji potrzebnych w niestabilnym politycznie kraju. 

W wielu aspektach są to oznaki desperacji słabnącego hegemona, który nie do końca potrafi sprostać gwałtownie zmieniającemu się układowi sił oraz nowemu ładowi energetycznemu, w którym przestał on zajmować dominującą pozycję

– oceniła Pauline Heinrichs.

Europa stoi przed wyborem

Te zmiany związane są z postępującą transformacją energetyczną i wypieraniem paliw kopalnych przez inne technologie – odnawialne źródła energii, baterie, samochody elektryczne. Zdaniem ekspertki działania USA można powiązać z transformacją energetyczną. – Dlatego słabnące potęgi naftowe, zamiast zaakceptować rzeczywistość, decydują się kurczowo trzymać przeszłości. I inwestować w zarówno nieopłacalne, jak i nieekologiczne wydobycie paliw kopalnych – powiedziała. 

Jak podkreśliła, paliwa kopalne są z natury dobrem nieprzewidywalnym i niestabilnym, co pokazuje nie tylko obecna sytuacja, ale także rosyjska wojna z Ukrainą i gwałtowne wzrosty cen ropy i gazu w 2022 roku. – Musimy o wiele jaśniej mówić o tym, że paliwa kopalne są przyczyną niestabilności w skali globu, jak i w konkretnych regionach świata – stwierdziła. 

Unia Europejska musi dokonać wyboru, w którą stronę podążać. Może albo podtrzymywać fantazje wokół niestabilnych paliw kopalnych – i nieprzewidywalnych obcych prezydentów – ponosząc ogromne koszty gospodarcze i środowiskowe. Lub może zacząć poważnie traktować fakt, że znajdujemy się w transformacji energetycznej i to ona jest przyszłością

– stwierdziła. A co konkretnie Europa może zrobić? O tym mówił na tej samej konferencji prasowej Julian Popov, były minister środowiska Bułgarii i analityk think tanku Strategic Perspectives.

– Europejska dyplomacja powinna podjąć zdecydowane działania, aby przekształcić ten kryzys w szansę, kierując dyskusję w stronę transformacji energetycznej i przemysłowej, a jednocześnie wspierając szybki wzrost inwestycji w sieci i magazynowanie energii w całej UE – powiedział i dodał:

Europa powinna zwiększyć inwestycje w 'super sieci’ i kable HVDC (linie wysokonapięciowe prądu stałego), magazynowanie energii, odnawialne źródła energii i efektywność energetyczną.

Molekuły kontra elektrony

Kwestie rywalizacji między energią XX wieku (paliwami kopalnymi) i XXI wieku (elektrycznością) poruszyła firma consultingowa Eurasia Group w swoim raporcie o największych ryzykach na 2026 roku. Ta rywalizacja „molekuł” (czyli paliw kopalnych) i „elektronów” (symbolizujących elektryfikację) jest widoczna najbardziej wyraźnie między Stanami Zjednoczonymi pod rządami Trumpa a Chinami. 

Jak czytamy w raporcie:

Kluczowe technologie gospodarki XXI wieku opierają się na elektryczności: to pojazdy elektryczne, drony, robotyka, zaawansowana produkcja, inteligentne sieci energetyczne, magazynowanie energii – i oczywiście sztuczna inteligencja.

Jak piszą autorzy, wszystkie te kluczowe technologie łączy to, że opierają się na elektronice. Ci, którzy na nią postawią, będą budować nowoczesną gospodarkę. A pozostali – kupować technologie od tych pierwszych. W tej chwili Chiny stały się globalnym liderem elektryfikacji, zaś Stany Zjednoczone oddają wyścig walkowerem i obstają przy paliwach kopalnych.

Choć Chiny wciąż czerpią dużą część energii z węgla, to budowane każdego roku nowe moce to w ogromnej większości źródła odnawialne. Do tego dominują w produkcji paneli fotowoltaicznych czy baterii, a coraz bardziej także na rynku samochodów elektrycznych. 

Stany Zjednoczone są niekwestionowanym liderem w wydobyciu ropy naftowej i zwiększają możliwości eksportu gazu. Jednak popyt na ten gaz może zderzyć się ze ścianą wobec alternatywy w postaci energii odnawialnej z Chin. I to wcale nie z powodu tego, że państwa chcą wybierać „czyste” technologie, ale dlatego, że energia odnawialna staje się bardziej opłacalna – i stabilna. Nawet jeśli dany kraj importuje zarówno gaz, jak i ropę oraz baterie, to jest między nimi zasadnicza różnica: raz kupiony panel fotowoltaiczny zostaje na miejscu i produkuje prąd przez kolejne kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Tymczasem ropę i gaz trzeba kupować stale, także w momentach, gdy ich ceny drastycznie rosną. 

Jak piszą autorzy raportu: „Waszyngton przekonuje świat do zakupu nośników energii XX wieku, podczas gdy Pekin oferuje infrastrukturę XXI wieku”. Gdy inne kraje i regiony – od Unii Europejskiej, przez Indie, po państwa rozwijające się – także będą dalej stawiać na elektryfikację, Stany Zjednoczone mogą zacząć znajdować się w coraz mniej pewnej pozycji mimo pozycji naftowego potentata.