Są pojęcia, których ekonomiści unikają jak ognia. „Depresja” jest jednym z nich. Przywołuje ona ponure czarno-białe obrazy z końca lat 20. XX w. — kolejki przed jadłodajniami dla ubogich, masową biedę i upadek porządku cywilizacyjnego. Kto dziś używa tego słowa, szybko zostaje uznany za alarmistę lub proroka zagłady.
Nie ma jednak sensu ukrywać rzeczywistości za eufemizmami. Kto trzeźwo analizuje dane ekonomiczne i — co ważniejsze — bada nastroje panujące w zarządach średnich przedsiębiorstw i działach planowania koncernów, nie uniknie gorzkiego wniosku: Niemcy pogrążają się w najgorszym kryzysie gospodarczym od prawie 100 lat.
Nie doświadczamy normalnej recesji. Ta jest nieprzyjemna, ale po okresie słabości gospodarka wychodzi z niej wzmocniona, a krzywa koniunktury szybko idzie w górę. To jest właśnie kluczowa różnica w porównaniu z obecną sytuacją. Dziś po prostu nie da się przewidzieć, kiedy skończy się stagnacja i kiedy Niemcy wrócą na ścieczkę wzrostu gospodarczego.
Siły napędowe wzrostu nie tylko osłabły, ale uległy strukturalnemu uszkodzeniu. Nie mamy do czynienia z przejściowym spowolnieniem gospodarczym, ale z chroniczną chorobą niemieckiego „modelu biznesowego”. Diagnoza jest jednoznaczna, a objawy są widoczne od lat — przez długi czas były jednak maskowane przez tani pieniądz i boom eksportowy do Chin. Trzy filary, na których opierał się nasz dobrobyt — tania energia, wiodąca pozycja technologiczna, zwłaszcza w przemyśle motoryzacyjnym i maszynowym, oraz sprawnie funkcjonujący globalny podział pracy — wszystkie one jednocześnie się załamały.
Weźmy na przykład temat energii. Niemiecka polityka postanowiła uczynić ją towarem rzadkim i drogim, podczas gdy nasi konkurenci w USA lub Azji podążają zupełnie przeciwną drogą. Powody tej decyzji — skrywane zwykle pod hasłami o konieczności ochrony klimatu — mogą być szczytne. W przypadku kraju uprzemysłowionego, którego sercem była energochłonna produkcja wszystkiego, od chemikaliów po stal, oznacza to jednak rezygnację z własnej przyszłości. Ponadto państwo nakłada obciążenia podatkowe, które karzą wydajność zamiast ją stymulować.
Jeszcze bardziej dramatyczna jest sytuacja w naszym flagowym sektorze — motoryzacji. Przez dziesięciolecia silnik spalinowy był gwarantem nadwyżek eksportowych i dominacji technologicznej. Wymuszone politycznie i przełomowe technologicznie przejście na elektromobilność zmieniło jednak sytuację — i Niemcy nagle straciły asa w rękawie. Zyski wyemigrowały — ogniwa akumulatorowe pochodzą z Azji, a kompetencje w zakresie oprogramowania w większości przypadków z USA.

Flagi Volkswagena, Chin i Niemiec przed siedzibą Volkswagen Group China w Pekinie, 9 listopada 2025 r.Cheng Xin / Contributor / Getty Images
Podobnie wygląda sytuacja w przemyśle dóbr inwestycyjnych. Niemiecki producent maszyn, będący niegdyś niekwestionowanym dostawcą na całym świecie, musi dziś mierzyć się z chińską konkurencją, która nie tylko go kopiuje, ale w wielu obszarach wręcz dorównała mu pod względem technologicznym.
Wszystkie te czynniki materialne — niezależnie od tego, jak poważny byłby niedobór metali ziem rzadkich lub wysokie ceny energii elektrycznej — nie wyjaśniają jednak w pełni skali kryzysu. Amerykańskie słowo „depresja” trafia w sedno problemu bardziej niż niemieckie „wirtschaftskrise” oznaczające kryzys gospodarczy. Depresja oznacza nie tylko załamanie gospodarcze — ujętą liczbowo długą i ciężką recesję. Odnosi się ona również do stanu psychicznego. Oznacza przygnębienie, beznadziejność i zbiorową apatię.
To właśnie ta depresja psychiczna ciąży obecnie nad Niemcami. To narastające poczucie, że najlepsze dni mamy już za sobą, że nasze dzieci nie będą miały lepiej niż rodzice. Ten element psychologiczny ma duże znaczenie ekonomiczne. Inwestycje to zawsze zakłady na przyszłość. Kto nie wierzy w lepszą przyszłość, nie inwestuje — oszczędza, wycofuje kapitał lub emigruje.
Główną przyczyną tej rezygnacji nie jest to, że niemieccy inżynierowie i przedsiębiorcy zapomnieli, jak rozpoznawać i rozwiązywać problemy. Chodzi o to, że nie pozwala się im już tego robić.
Państwo, które w swojej pysze wierzy w to, że może kierować procesami gospodarczymi w najdrobniejszych szczegółach, zmusiło siłę innowacyjną tego kraju do noszenia gorsetu biurokracji i nadmiernych regulacji. Dusimy się w obowiązkach sprawozdawczych, przepisach dotyczących łańcuchów dostaw i procedurach zatwierdzania, które trwają latami, chociaż wystarczyłyby tygodnie. Przedsiębiorczość — duch ryzyka, który uczynił Niemcy wielkimi w XIX w. — dziś jest systematycznie niszczona.
Czy ta „niemiecka wielka depresja” jest więc naszym przeznaczeniem? Czy musimy pogodzić się z tym, że Niemcy staną się skansenem industrializacji, podziwianym przez turystów, ale nieistotnym gospodarczo?
Musimy wrócić do roli „warsztatu świata”
Nie musi tak być. Droga wyjścia z kryzysu nie prowadzi jednak przez dotacje dla przestarzałych gałęzi przemysłu ani przez jeszcze większą kontrolę państwa. Prowadzi przez radykalny powrót do tego, co w XIX w. uczyniło ten kraj „warsztatem świata”, a po II wojnie światowej — cudem gospodarczym: bezwarunkową i częściowo entuzjastyczną otwartość na nowe technologie.
Spójrzmy wstecz. Kiedy Werner von Siemens skonstruował w 1847 r. swój telegraf wskazówkowy, Niemcy były jeszcze w dużej mierze rolniczym mozaikowym krajem. To przedsiębiorcy tacy jak on, dzięki gotowości do podejmowania ryzyka i doskonałości technologicznej, stworzyli nowe gałęzie przemysłu niemal z niczego. Pomogły w tym zorientowany na wyniki system edukacji oraz otwartość państwa pruskiego na innowacje.
Elektrotechnika i przemysł chemiczny były „start-upami” tamtych czasów. Siemens jest do dziś jedną z najbardziej udanych niemieckich firm przemysłowych wszech czasów — dlatego, że nieustannie się zmieniał. Cud gospodarczy okresu powojennego również nie opierał się na konserwacji starego, ale na budowaniu nowego, wspieranym przez politykę regulacyjną, która wyznaczała ramy, ale nie decydowała o wyniku.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Dzisiaj stoimy u podobnego progu. Nowe technologie nie nazywają się już dynamami ani barwnikami anilinowymi. Nazywa się je sztuczną inteligencją, technologią dronów, lotnictwem i kosmonautyką, biotechnologią i syntezą jądrową.
Właśnie w dziedzinie technologii dronów oraz lotnictwa i kosmonautyki drzemie ogromny potencjał, który — co więcej — ma zasadnicze znaczenie dla zdolności obronnych Europy. Wojna w Ukrainie uświadamia nam, że suwerenność technologiczna jest również kwestią bezpieczeństwa. Dlaczego kolejna wielka firma zajmująca się autonomicznymi systemami obronnymi lub cywilnymi dronami logistycznymi nie miałaby pochodzić z Bawarii lub Badenii-Wirtembergii?
Podobnie jest z kwestią energii — zamiast wyczerpywać się ideologicznymi sporami, Niemcy powinny kontynuować badania nad reaktorami termojądrowymi z taką samą intensywnością, jak niegdyś kontynuowały budowę kolei. Może to być klucz do niemal nieograniczonej, czystej energii — a tym samym do reindustrializacji. Również w dziedzinie sztucznej inteligencji wyścig jeszcze się nie zakończył — o ile skoncentrujemy się na jej zastosowaniach przemysłowych, w których — dzięki bazie danych z zakresu budowy maszyn — nadal mamy przewagę.
Państwo musi uwolnić inicjatywę
Warunkiem tego renesansu jest jednak odpowiednia postawa państwa, które na nowo zdefiniuje swoją rolę. Potrzebujemy ambitnego kraju, ale jego ambicje nie mogą się ograniczać do bycia mistrzem świata w regulacjach. Jego ambicją musi być tworzenie ekosystemów, w których kwitną innowacyjne technologie. Oznacza to ogromne inwestycje w infrastrukturę cyfrową i edukację, ulgi podatkowe dla kapitału wysokiego ryzyka, a przede wszystkim radykalną redukcję biurokracji. Regulacje muszą służyć sukcesowi gospodarczemu przedsiębiorstw na rynkach światowych, a nie go utrudniać.
Musimy zdobyć się na odwagę, aby pozbyć się depresji mentalnej. Musimy przestać maksymalizować ryzyko i minimalizować szanse. W jednym z najciemniejszych momentów historii USA, w najgorszym momencie światowego kryzysu gospodarczego, władzę w tym kraju objął Franklin D. Roosevelt. Wiedział, że programy gospodarcze są bezużyteczne, jeśli ludzie stracili wiarę w siebie.
W swoim przemówieniu inauguracyjnym wygłosił słowa, które są dziś tak samo aktualne dla Niemiec, jak wtedy dla Stanów Zjednoczonych. — Przede wszystkim pozwólcie mi wyrazić moje głębokie przekonanie, że jedyną rzeczą, której musimy się bać, jest sam strach — powiedział.
Mówił o tej bezimiennej, nierozsądnej i nieuzasadnionej obawie, która paraliżuje wysiłki niezbędne do przekształcenia odwrotu w natarcie. To właśnie ta paraliżująca obawa jest naszym przeciwnikiem.
Wielka depresja w Niemczech nie jest prawem natury. Jest wynikiem błędnych decyzji i defetystycznego nastawienia. Jeśli ponownie przypomnimy sobie o naszych historycznych atutach — wynalazczości, otwartości technologicznej i odwadze podejmowania ryzyka biznesowego — kryzys ten nie będzie oznaczał końca naszego dobrobytu, ale początek nowej ery przedsiębiorczości.
Świat nie czeka na nas. Ale będzie dla nas otwarty, jeśli zastąpimy strach przed przyszłością chęcią jej kształtowania.