Najlepszy wgląd w amerykańską politykę zagraniczną sprzed ery Trumpa daje hollywoodzki hit z 1978 r. pt. Spider-Man. Młody bohater słyszy w nim od swojego wuja ważne zdanie: „z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”. Przez całe pokolenie był to wzorzec dla Amerykanów — pomijając bezsensowne wojny w Wietnamie, Iraku i Afganistanie. Zasadniczo USA łączyły własny interes z interesem sojuszników, podopiecznych, instytucji międzynarodowych. To już jednak przeszłość.

Dla Trumpa Ukraina jest jedynie kartą przetargową w grze o władzę z Europą. Niedawno zaatakował Wenezuelę. Teraz chce przejąć Grenlandię, a wkrótce Kubę, a nawet Kolumbię. Przyświeca mu w tym następujące motto: wy przegrywacie, ja zgarniam pulę.

Dawny dobry pasterz zamienia się w szalejącego Rumpelsztyka [złowrogiego karła z popularnej baśni braci Grimm]. Ten też w końcu kompletnie oszalał. Trump nie jest jednak przypadkiem wymagającym opieki psychiatrycznej. Co nim kieruje? Dobrze pokazuje to „Ojciec chrzestny”, nagrodzony Oscarem klasyk o mafii.

Młody Michael Corleone (w którego wcielił się Al Pacino) opowiada pewnego rodzaju swojej żonie historię.

— Mój ojciec (Marlon Brando) złożył mu ofertę, której nie mógł odrzucić.

— Jaką?

— Przyłożył mu pistolet do skroni i zapewnił, że albo jego mózg, albo podpis znajdzie się na umowie.

W skrócie: podporządkuj się, albo stracę kontrolę — twoja śmierć jest mi tak obojętna, jak oskarżenie o morderstwo. Kryje się za tym to, co stratedzy nazywają „racjonalnością irracjonalności” — jeśli nie zrobisz tego, co chcę, stracę nad sobą kontrolę. W tej strategii pozornie szalony człowiek tylko udaje, że oszalał. A przerażony przeciwnik pada na kolana.

Trump z pewnością nie wymaga hospitalizacji w szpitalu psychiatrycznym. Jest wysoce inteligentnym pokerzystą, który z zimną krwią zdobywa punkty, nawet dysponując słabą talią kart. Bo już sama groźba użycia przemocy przynosi więcej niż przemoc. Co odróżnia go od hazardzistów XX w. grających o wysokie stawki? „Trumpinator” woli atakować słabszych, takich jak choćby Wołodymyr Zełenski. Trump wie to, co wie też ukraiński prezydent — że bez USA Ukraina zniknie w paszczy Putina. Mali muszą robić to, czego chce Wielki.

Przede wszystkim zysk

Zełenski nie dostaje już od USA broni, ale potrzebuje ważnych danych od amerykańskiego systemu obserwacji kosmosu. Rakiety Ukraina otrzymuje w ramach trójstronnej transakcji. USA dostarczają baterie Patriot, a Europejczycy płacą i przekazują je Kijowowi. Dobry interes. Pod względem politycznym systemy Patriot nie są tak prowokacyjne jak pociski ziemia-ziemia, które wystrzelona z Ukrainy, mogą dotrzeć aż do Rosji. Takiego sprzętu nie dostarczają Kijowowi nawet Europejczycy. A Trump na tym wszystkim zarabia. Dokonywane przez Europejczyków zakupy systemów Patriot przynoszą miliardy dolarów do amerykańskiej kasy.

A skoro o pieniądzach mowa — o co toczy się wojna w Ukrainie? Europejczycy boją się twardej rosyjskiej siły, która może zwrócić się przeciwko nim. Jeśli Moskwa przejmie Ukrainę, jej dywizje staną na wschodniej granicy Polski. Wtedy na celowniku znajdą się trzy kraje bałtyckie — były one częścią imperium radzieckiego, które Putin chce od 2008 r. Putin chce wskrzesić.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Dla Europy Ukraina jest strategiczny kołem ratunkowym przed Putinem. Dla Trumpa — pionkiem, który przestawia na różne sposoby, by podporządkować Putina celom geopolitycznym USA i wytyczyć strefy wpływów. A te mogą układać się według niego prosto: Europa dla ciebie, Ameryka Południowa dla mnie. Koszmar dla sojuszników USA. Ale najpierw miliardy dla Trumpa. Kuszą go ogromne zasoby naturalne Ukrainy i bajeczne zyski dla amerykańskich inwestorów z jej odbudowy — jeśli w ogóle nadejdzie pokój.

Londyn i Paryż chcą wysłać tam wojska po zakończeniu wojny — być może zrobi to również Berlin — choć kanclerz Merz prewencyjnie się zabezpiecza, deklarując, że rozmieści wojska niemieckie „po zawieszeniu broni na sąsiednim terytorium NATO”. To wszystko mrzonki.

Dlaczego Putin miałby zadowolić się już zaanektowanymi już terytoriami, skoro nie musi obawiać się USA, potęgi numer jeden na świecie? Brytyjski premier Keir Starmer nie kryje sceptycyzmu wobec planu Trumpa. — Porozumienie pokojowe możemy osiągnąć tylko wtedy, gdy Putin będzie gotowy do kompromisu — powiedział. Prezydent Rosji w żadnym wypadku nie pokazuje jednak, by był „gotowy na pokój”. Zawieszenie broni to jedynie przerwa, która daje agresorom trampolinę do kolejnej ofensywy.

Pozorowana agresja

Wróćmy do innych intryg Trumpa, w których naśladuje on Ojca Chrzestnego z kultowej trylogii filmowej. Weźmy przykład Kopenhagi, lojalnego członka NATO. Trump chce Grenlandii, 50 razy większej od Danii. USA mają tam swoją bazę wojskową już od 1951 r. Zgodnie z umową mogą budować bazy na całej wyspie, kontrolować szlaki powietrzne i morskie, aby powstrzymać wpływy Rosji i Chin. Teraz jednak Trump chce ją kupić lub przejąć. A to, zdaniem premier Danii, oznaczałoby „koniec NATO”.

No i co z tego? Już podczas swojej pierwszej kadencji Trump wyśmiewał sojusz, nazywając go „przestarzałym”. Rzeczniczka prasowa Białego Domu Karoline Leavitt wspomniała nawet o „opcji militarnej”. — Nikt nie wyruszy na wojnę (przeciwko nam) z powodu Grenlandii — powiedział Stephen Miller, zastępca szefa sztabu Donalda Trumpa. I rzeczywiście, Europejczycy co prawda protestują przeciwko działaniom prezydenta USA, ale bardzo powściągliwie.

Razem z Wielką Brytanią mają drugi co do wielkości PKB na świecie, a do tego większą populację niż Rosja i USA. Tylko że Clausewitz nie żyje już na tym kontynencie, a wojna nie jest już „kontynuacją polityki” z dodatkiem ołowiu. Bundeswehrę tworzy teoretycznie 180 tys. żołnierzy, ale tylko jedna piąta z nich jest przeszkolona i wyposażona do walki. Europejczycy zwiększają wprawdzie budżety wojskowe, ale nadal daleko im do posiadania siły bojowej, która budziłaby respekt.

Słabość militarna nie jest jedynym problemem Europy. Pomimo wszystkich doniosłych apeli i deklaracji nie stworzy ona tak szybko zjednoczonych sił zbrojnych ze względów natury politycznej. Co więcej, istotną rolę odgrywa geografia. Spojrzenie na mapę pokazuje, że im bliżej rozrywanej wojną Ukrainy leży dany kraj, tym silniejsza jest jego chęć wzmocnienia obrony — wystarczy spojrzeć na Polskę, kraje bałtyckie i Finlandię. Państwa położone dalej, jak Hiszpania czy Portugalia, nie są już takie skore do wzmacniania sił zbrojnych. Do tego dochodzą kraje przyjazne Rosji, takie jak Węgry.

Europa może i powinna być nieco bardziej śmiała w stosunku do USA. Nie tak jak Trump, który przemawia argumentami siły militarnej, ale uderzając tam, gdzie najbardziej zaboli ekonomicznie: cłami i wszelkiego rodzaju barierami handlowymi. Na takie działania najmocniej reagują biznesmeni. Kto, tak jak Trump, kieruje się przede wszystkim zyskiem, boi się strat. Spójrzmy na Włochy, które zdołały znieść mordercze bariery celne Trumpa na makaron. Jako trzecia co do wielkości gospodarka świata Niemcy mogłyby pokazać siłę.

Trump tylko z pozoru jest awanturnikiem. Agresywność jest jego narzędziem działania, ale wycofuje się, gdy napotyka wiarygodny opór. Problem w tym, że Macron, Merz i Starmer nie są jeszcze przygotowani do podjęcia walki psychologicznej, w której wola ma przewagę nad bronią.