Niedawny podziemny protest w Silesii rozgrzał internet. Jedni hejtowali górników, którzy zamiast spędzać Boże Narodzenie z najbliższymi, siedzieli w kopalni. Drudzy okazywali im solidarność. Znamienne, że wśród tych, którzy publicznie zabierali głos, zabrakło Beaty Szydło.
Kiedy Silesię prywatyzowano, to tak naprawdę prywatyzowano jej połowę. Czeski Energetický a Průmyslový Holding (EPH) kupił tę część kopalni, która znajdowała się w Czechowicach-Dziedzicach. Druga część, działająca na terenie Brzeszcz, pozostała państwowa.
Sprywatyzowana połówka Silesii przez lata była własnością Czechów. Gdy ci postanowili ją sprzedać, zaproponowali odkupienie przedsiębiorstwa naszemu państwu, oferując bardzo korzystne warunki. Propozycja nie została przyjęta i ostatecznie kopalnię kupiła polska firma Bumech.
Państwowa połówka pozostaje państwowa do dziś. Jak wspomniałem, działa na terenie Brzeszcz i od tej miejscowości nosi nazwę. Brzeszcze to rodzinne miasto pisowskiej premier Beaty Szydło, która była tu burmistrzem. Szydło została premierem w wyniku zwycięskiej kampanii wyborczej przeprowadzonej przez PiS w 2015 r. Jej hasło brzmiało: „Polska w ruinie”. Do tamtego zwycięstwa PiS walnie przyczynili się górnicy. Solidarność organizowała wiece pod kopalniami, a Szydło obiecywała, że żaden zakład górniczy nie zostanie zamknięty.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Jakie były powody prywatyzacji kopalni Silesia?
Kto kupił Silesię po prywatyzacji?
Dlaczego protestowali górnicy w Silesii?
Jakie problemy miała kopalnia Brzeszcze?
W przypadku państwowego kawałka Silesii słowa dotrzymała. Brzeszcze i trzy inne zakłady Kompanii Węglowej postanowiono zlikwidować. Powód — przynosiły straty. Na początku 2015 r., kilka miesięcy przed zwycięskimi dla PiS wyborami, zdominowany przez PiS Sejmik Województwa Małopolskiego zwołał sesję nadzwyczajną właśnie w obronie kopalni Brzeszcze. Rzeczniczką załogi była Szydło, wtedy posłanka i wiceprezes PiS.
„Ucierpi na tym polska gospodarka, polskie górnictwo, polskie rodziny. Ewa Kopacz podjęła złą decyzję. PO-PSL staje się likwidatorem polskiej gospodarki. Prawo i Sprawiedliwość to, co PO-PSL obecnie zamknie, w przyszłości otworzy. Będziemy restrukturyzować polską gospodarkę nie przez jej likwidację, ale poprzez jej modernizację”, mówiła.

Kopalnia Węgla Kamiennego Silesia w Czechowicach-DziedzicachJarek Praszkiewicz / PAP
Kopalnia za złotówkę
Pisowski radny Zdzisław Filip, wtedy pracownik kopalni Brzeszcze, informował: „Kopalnia Brzeszcze ma realne możliwości stania się kopalnią rentowną w roku 2016”. 2016 był pierwszym rokiem premierowania Beaty Szydło. 27 stycznia radny Filip awansował na prezesa spółki Tauron Wydobycie, która należała do energetycznego giganta, Tauronu, sprzedającego prąd milionom Polaków. I Tauron stał się właścicielem Brzeszcz — czyli tego kawałka Silesii, który pozostawał państwowy.
W tamtym czasie Brzeszcze były już własnością Spółki Restrukturyzacji Kopalń, zajmującej się likwidacją zamykanych zakładów górniczych. SRK sprzedała Tauronowi Wydobycie Brzeszcze za 1 zł. Transakcja była jednak bardziej kosztowna. Jak informowano wówczas: „Tauron Polska Energia zainwestuje w kopalnię Brzeszcze ok. 200 mln zł w ciągu dwóch lat i liczy na zwrot z inwestycji w ciągu siedmiu lat”.
Oczywiście Brzeszcze nie stały się kopalnią rentowną w 2016 r., jak przekonywał Zdzisław Filip. Tauron Polska Energia nie miał zaś żadnego zwrotu z tej inwestycji, bo było to nierealne. Dziś Brzeszcze są własnością państwa. Ciągle na państwowym garnuszku. W grudniu Ministerstwo Energii opublikowało projekt rozporządzenia w sprawie likwidacji kopalń. Przewiduje on, że państwowe dotacje na likwidację zakładów i na odprawy dla górników ma otrzymywać również Południowy Koncern Węglowy (taką nazwę nosi dziś Tauron Wydobycie).
Jednocześnie tenże koncern w ubiegłym roku kupił dla jednej z trzech swoich kopalń nowy kompleks ścianowy za niebotyczną kwotę prawie 430 mln zł. Umowa stanowi, że po roku od jej podpisania do PKW powinno trafić wiele elementów tego kompleksu. Za opóźnienie w dostawach PKW powinien naliczyć kary umowne. Kierownictwo koncernu stwierdziło, że dostawy zostały zrealizowane w terminie, ale odmówiło pokazania dostarczonych urządzeń, o czym ostatnio poinformowałem ministra aktywów państwowych Wojciecha Balczuna.
Mógłbym wskazać inne przykłady wątpliwości związanych z wydawaniem ogromnych kwot przez państwowe spółki górnicze. Ten sam PKW buduje nową kopalnię Grzegorz. Jej budowę rozpoczęto w czasach, gdy wiceministrem energii odpowiedzialnym za górnictwo był Grzegorz Tobiszowski, ale podkreślał on, że zbieżność jest przypadkowa. Budowa się przeciąga. Topione są kolejne ogromne kwoty. Koszt wydrążenia szybu jest już tak wysoki, że wiadomo, iż na wydobywanym tam węglu nie sposób będzie zarobić. Nie mówiąc o tym, że inwestycja jest sprzeczna z koncepcją odchodzenia od wykorzystania węgla do produkcji energii elektrycznej czy cieplnej. A tylko w tym celu rozpoczęto budowę Grzegorza. Przypomnę, że wtedy PKW nazywał się inaczej i był spółką córką Tauronu, czyli właściciela elektrowni węglowych.

Michał Czernek, Mateusz Krymski / PAP
Trzydniowa żałoba narodowa
Prywatny właściciel kopalni z Czechowic-Dziedzic nigdy nie miał takich luksusów, by szastać milionami złotych z regularnego wsparcia państwa. Górnicy z prywatnych firm też nigdy nie byli traktowani tak jak ich koledzy z państwowych zakładów. Przypomnijmy jedną z największych tragedii w polskim górnictwie. Doszło do niej również za rządów PiS i właśnie polityka ekipy rządzącej pośrednio do niej doprowadziła. PiS stosowało wtedy narrację o mafii węglowej. Uważano (często nie bez racji), że przetargi w górnictwie są ustawiane. Przestraszeni szefowie spółek górniczych wstrzymali konkursy na remonty czy nowe inwestycje. Spadło wydobycie, spadły więc także dochody koncernów górniczych. I na gwałt zaczęto szukać oszczędności.
Wtedy ktoś sobie przypomniał, że w Halembie w Rudzie Śląskiej jest nieczynny kompleks ścianowy. To kupa żelastwa, która nawet jako złom warta była niemałe pieniądze, więc postanowiono ją wyciągnąć. Szkopuł w tym, że kompleks znajdował się w części kopalni odgrodzonej tamami ze względu na ogromne ryzyko eksplozji. Podjęto to ryzyko. Co więcej, fałszowano wyniki czujników ostrzegających przed skrajnym zagrożeniem.
Cięciem wielkiego urządzenia na mniejsze kawałki zajmowali się górnicy z prywatnej firmy. Na to, by do takich prac wysłać górników Halemby, nie pozwoliły związki zawodowe. Do cięcia używano palników. 21 listopada 2006 r. podczas prac doszło do wybuchu metanu, który zainicjował eksplozję pyłu węglowego. Zginęło 23 górników — 15 było pracownikami prywatnej firmy, a pozostali w większości pracownikami dozoru kopalni. Na miejsce katastrofy przyjechał prezydent Lech Kaczyński. Ogłoszono trzydniową żałobę narodową.

Znicze na terenie kopalni „Halemba” w Rudzie Śląskiej (22 listopada 2006 r.)Andrzej Grygiel / PAP
Minister znajduje czas
Pracownicy kopalni z Czechowic-Dziedzic też mieli prawo czuć się górnikami drugiej kategorii. Rząd i tzw. strona społeczna, reprezentowana przez związki zawodowe, pominęły ich w umowie gwarantującej odchodzącym z kopalń rozmaite przywileje. Ze względu na trudną sytuację firmy górnicy Silesii nie dostali także ostatniej barbórki. A barbórka to w górnictwie rzecz święta.
Tę rozbieżność w podejściu do jednych i drugich górników szczególnie wyraźnie widać było po stronie rządu. Kilkudziesięciu pracowników Silesii rozpoczęło podziemny protest na dzień przed Wigilią. Główną przyczyną było właśnie wykluczenie załogi Przedsiębiorstwa Górniczego Silesia z osłon socjalnych przyjętych w grudniowej nowelizacji ustawy górniczej. Protestujący żądali, by spotkał się z nimi minister energii Miłosz Motyka. Ten powiedział, że do spotkania dojdzie 7 stycznia.
Gdy jednak okazało się, że po stronie protestujących stoją znaczna część opinii publicznej i największe organizacje związkowe działające w górnictwie, Motyka znalazł czas jeszcze w grudniu. Dwa dni przed sylwestrem podpisano w Katowicach porozumienie, w którym rząd zagwarantował pracownikom Silesii wsparcie. Jeśli stracą pracę w swojej kopalni, znajdą zatrudnienie w kopalniach spółek kontrolowanych przez rząd.

Tygodnik Przegląd
Dziwna prywatyzacja
A ponieważ mamy 2026 r., warto krótko przypomnieć, dlaczego jedyna działająca w Czechowicach-Dziedzicach kopalnia jest dziś prywatna. W 2006 r. należała do Kompanii Węglowej (obecnie Polska Grupa Górnicza). Kierownictwo KW oznajmiło, że to kopalnia „trwale nierentowna”, więc trzeba ją zamknąć. Tę analizę przedstawili fachowcy z klucza rządowego 20 lat temu.
Działająca w kopalni Solidarność zaczęła na gwałt szukać ratunku. I znalazł się on w postaci szkockiej firmy Gibson Group. Za Silesię (mówimy o tej części bez Brzeszcz) Szkoci zaproponowali ćwierć miliarda złotych. W tamtym czasie było to bardzo dużo. Kompania Węglowa przyjęła ofertę, ale po kilku miesiącach unieważniła przetarg. Gibson Group przeproszono i zwrócono wpłacone przez nią wadium w wysokości 4 mln zł.
Następnie okazało się, że tym, co ma być „trwale nierentowne”, interesują się biznesmeni z całego świata. Potencjalni nabywcy przyjeżdżali aż z RPA, ze Szwajcarii i z Holandii. Ale Kazimierz Grajcarek, dziś rzecznik protestujących pod ziemią, a wtedy przewodniczący Sekretariatu Górnictwa i Energetyki NSZZ Solidarność, przekonywał wicepremiera Waldemara Pawlaka, że najlepiej będzie przekazać zakład, którego nie chce KW, jego pracownikom. Rząd się zgodził i rozpoczęto przygotowania do prywatyzacji pracowniczej.
Górnicy założyli spółkę Przedsiębiorstwo Górnicze Silesia. Jeden udział wynosił 50 zł. Udziały wykupiło 300 górników, co pozwoliło na uzbieranie 60 tys. zł kapitału zakładowego. Z takim kapitałem można otworzyć co najwyżej przyzakładowy sklepik, ale nie kupić kopalnię.
Gdy Kompania Węglowa ogłosiła rokowania w sprawie sprzedaży kopalni, wówczas PG Silesia zaproponowało 30 mln zł. Konkurenci ze Szwajcarii oferowali najpierw 100 mln zł, ale gdy zobaczyli kontrpropozycję, obniżyli ofertę do 50 mln zł. Kompania Węglowa nie przyjęła jednak od Szwajcarów wadium i na placu boju pozostało PG Silesia.
W imieniu spółki pracowniczej wadium wpłaciła czeska spółka EPH, kontrolowana przez multimilionera Daniela Křetínskiego. Następnie EPH zwiększyła kapitał zakładowy PG Silesia o wysokość swojego wadium (kilkaset tysięcy złotych) i górnicy przestali mieć w spółce cokolwiek do powiedzenia. Tak odbyła się prywatyzacja kopalni.
Kiedy ją sprzedawano, wszyscy wiedzieli o ogromnych złożach węgla wokół zakładu, ocenianych na 460 mln ton. Wówczas było to prawdziwe czarne złoto i z pewnością magnes przyciągający chętnych do nabycia kopalni. Czasy jednak się zmieniły, a polski węgiel uznawany jest dziś za balast ciążący naszej gospodarce. Mimo że większość energii elektrycznej produkujemy z węgla.
Historia Silesii każe nam jednak krytycznie spojrzeć na wszelkie analizy i oceny. Skoro kopalnia, która 20 lat temu miała być trwale nierentowna, działa do dziś, to jak jest z innymi kopalniami? I czy do polskiego górnictwa podatnicy rzeczywiście muszą dopłacać miliardy?